Ksiazki w moim zyciu


ZYCIE WSROD KSIAZEK






ANDRZEJ M. KOBOS



Pamieci Tadeusza Filipa

– mojego Mistrza i Przyjaciela



... coz to za rzecz przedziwna,
Czytanie – jako galazka oliwna,
Lub migdalowy kwiat ...


Cyprian Kamil Norwid



     Swiat ksiazek, swiat wspanialy, bez konca, ciagle rozszerzajacy sie, jak byc moze Wszechswiat. Swiat wierny, ktory nie zdradzi, za to pelny niespodzianek, odkrywajacy coraz to nowe tajemnice. Swiat trwaly – mimo nietrwalosci papieru – jakby ironia trwalosci rzeczy kruchych.

     Odkad siega moja pamiec, wokol mnie byly ksiazki. Byly naturalna czescia otaczajacej mnie rzeczywistosci.

     W mieszkaniu naszym w Wadowicach, w tzw. "gabinecie" mojego Ojca, stala duza szafa biblioteczna, zrobiona przed wojna przez mojego dziadka Jozefa Kobosa, krakowskiego mistrza-stolarza meblarskiego z Grzegorzeckiej 22. Za dwoma ogromnymi szybami, pelna byla ksiazek, ktore do dzisiaj pamietam z grzbietow, z ktorych wiele dotad mam. Siegalem wowczas po te ksiazki z ogromnym zaciekawieniem, niewiele jeszcze z nich rozumiejac. Niektore mialy ilustracje, niekiedy kolorowe. Pamietam wertowanie dwudziestu tomow Encyklopedii Gutenberga z lat 1920., po ktore siegam i dzisiaj – po latach, a przez osiemnascie lat siegalem na drugim koncu swiata. Pamietam gruby jednotomowy niemiecki atlas Brockhausa, ktory, nawet kiedy juz umialem czytac, pozostal pelen tajemniczych niemieckich napisow na mapach i pod licznymi czarno-bialymi fotografiami na kredowym papierze. Rozbudzaly one moja ciekawosc swiata, zainteresowanie geografia. Atlas ten sprzedalem pozniej niebacznie w Krakowie podczas "restrukturyzacji" mojej biblioteki. Pamietam powojenne ("szwedzkie") wydanie dziel Mickiewicza, ktore czytuje nadal, przedwojenne wydanie zbiorowe Conrada. Pamietam cienki atlas anatomii kobiety (Cialo kobiety), z kolorowymi szkicami anatomicznymi, ktory wprowadzil mnie w intrygujace tajniki tej wspanialej konstrukcji Boskiej. W tylnym rzedzie (biblioteka byla gleboka) staly ksiazki, ktorych wtedy lepiej bylo nie ekponowac. Wsrod nich dziesiec tomow Pism Jozefa Pilsudskiego, ktore mam do dzisiaj.

     Wiekszosc tych dawnych ksiazek nosi ladnie stylizowana pieczatke mojego ojca: "Mieczyslaw Kobos". Mam tez (z pieczatka mojego stryja Tadeusza Kobosa) ksiege J. Grabca (autor bez pelnego imienia!) Rok 1863 o Powstaniu Styczniowym, z kolorymi lub rytowanymi ilustracjami oraz starymi fotografiami, tragicznymi w swojej wymowie. Byla tez ksiega o starych, stylowych meblach z pieczatka mojego dziadka Jozefa Kobosa. Ksiazka ta przepadla po moim wyjezdzie z Polski. Byla stara, tajemnicza ksiazka Sully'ego pt. Umyslowosc ludzka, ktorej nigdy nie zdolalem do konca zglebic. Tez zniknela. Natomiast piekny, dwutomowy "obraz zycia" Napoleona I, piora Kircheisena, mam do dzisiaj. Bylo na polkach kilka tomow z przedwojennej Biblioteki Laureatow Nagrody Nobla, powojenne powiesci z "Klubu Dobrej Ksiazki", w wiekszosci socrealistyczne w tresci; pamietam np. trzytomowe Daleko od Moskwy Azajewa, ktore intrygowalo mnie tym, ze pozostawalo nieprzeciete.

     Jedna z ksiazek ma szczegolna historie, bardzo wczesna w moim swiecie ksiazek – ksiazka kucharska Jak gotowac Marii Disslowej. Fascynowala mnie we wczesnym dziecinstwie, a wlasciwie jej kolorowe ilustracje wspanialych potraw, do tego stopnia, ze czesciowo ja podarlem. Przez lata byla bez okladki, z brakujacymi stronami, czesc stron wlozonych bylo luzno. Zawsze planowalem pokleic ja i oprawic na nowo, ale nigdy do tego nie doszlo. Ta, bez okladki ksiazka, wraz z luznymi stronami dotarla nawet pozniej do Kanady i... pozostala podarta. Az w roku 1993, po 12 latach od wyjazdu z Polski, kupilem w Warszawie w antykwariacie Lamus na Rakowieckiej te ksiazke kucharska w doskonalym stanie! W 1997 roku w Edmonton drukowalem z niej przepisy na mazurki w Panoramie Polskiej.

     Pozniej dostalem pierwsza swoja "etazerke", pamietam jej ksztalt. W niej ustawialem moje ksiazki, ksiazki mojego dziecinstwa. Wybor ich byl niewielki, bo i wtedy (wczesne lata 1950.) nie bylo ksiazek dla dzieci. Pamietam ilustrowane przez Jana Marcina Szancera Bajki i Satyry Ignacego Krasickiego i Basnie Andersena oraz piekna ksiazke o zwierzetach i mysliwych w tajdze syberyjskiej, przelozona z rosyjskiego, z rysunkami. Autorem jej byl Witalij Biankij, tytulu teraz nie jestem pewny, czy aby nie Ksiega tajgi? Mam w oczach W pustyni i w puszczy, ktore ojciec czytal mi bodajze kiedy bylem chory, i Lato lesnych ludzi Marii Rodziewiczowny, ktore moja matka uratowala z biblioteki szkolnej, kiedy w roku 1951 a moze 1952 takie ksiazki wyrzucano na przemial, jako obce ideologicznie nawet dzieciom. Byl to najczarniejszy czas stalinizmu w Polsce. Byly tez w mojej biblioteczce liche ksiazki, ktore kupowalo sie po stalej cenie 2 zl. 40 gr., a wsrod nich przelozone z rosyjskiego Przygody jungi, o chlopcu na carskim okrecie wojennym. Na takich ksiazkach nauczylem sie czytac ksiazki. Nawet mi to z poczatku nie szlo, nie mialem cierpliwosci dotrwac do konca ksiazki. I wtedy ojciec nauczyl mnie w prosty sposob czytac ksiazki do konca: Zaczynal mi czytac na glos jakas ciekawa ksiazke, doczytal do polowy albo mniej i mowil: "A teraz czytaj sobie sam do konca, to sie dowiesz co stalo sie dalej". Metoda ta poskutkowala bardzo szybko. Pozniej juz, pod choinke dostalem duze ksiazki Jamesa Fenimore'a Cooper'a: Tropiciel sladow i Ostatni Mohikanin. Zreszta na kazda Gwiazdke dostawalem ksiazki. Nastalo tez moje zainteresowanie podrozami polarnymi, oczywiscie z ksiazek Czeslawa Centkiewicza. W polowie lat 1950., Ojciec Jan Kamienski z wadowickiego klasztoru Karmelitow Bosych podarowal mi ladne wydanie Pisma Swietego, ktore niestety zostalo w Polsce.

     Przez lata bywalem nieomal codziennie w ksiegarni na rynku wadowickim. Kupowalem owe ksiazki po 2 zl. 40 gr. Byly wtedy w Wadowicach az dwie ksiegarnie, jedna nazywala sie "Oswiata". (Ta pasja ksiegarni przetrwala u mnie do dzisiaj  – przez nastepne 50 lat.) Wkrotce zaczalem nosic ksiazki do introligatora wadowickiego – pana Mruczka, u ktorego intrygowala mnie gilotyna i prasa do ksiazek z korba i ogromnym kolem zamachowym. Od jesieni 1953 roku mieszkalismy zreszta w domu babci Anieli Olszewskiej, kilka domow od owego Mruczka. Robil on tylko proste oprawy, bez napisow na grzbiecie – ale ksiazka przez to stawala sie dla mnie trwala caloscia.

     Ksiazki (moze troche mniej liczne) byly u wszystkich kilkorga przyjaciol moich rodzicow, do ktorych czesto mnie zabierali. U panstwa Frysztakow, na przyklad, pamietam mnostwo tomow przedwojennej Biblioteki Laureatow Nagrody Nobla. Ich corka, Ewa Frysztak, duzo starsza ode mnie, byla w poznych latach 1950. znana projektantka okladek ksiazkowych. We wczesnych latach 1960., niedlugo przed swoja smiercia, pan Walenty Frysztak, obdarowal mnie czescia tych ksiazek, glownie powiesci. W kazdym razie, do czyjegokolwiek mieszkania wchodzilem, zawsze podchodzilem do szafy czy polek z ksiazkami. Intrygowaly mnie nie tyle oprawy, ile tytuly ksiazek: czy znam juz te tytuly, czy sa one dla mnie nowe? Ojciec kilkakrotnie zwracal mi uwage, ze tak nie wypada, ale niewiele to pomagalo.

     Od roku okolo 1957, na poczatku moich lat gimnazjalnych, czesto odwiedzal mojego ojca pan Doktor Aleksander Slapa, przedwojenny jeszcze ksiegarz u Gebethnera, a w owym czasie zalozyciel i dyrektor Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Mimo wyraznie socjalistycznych sympatii i powiazan z Cyrankiewiczem (z ktorym byl w obozie w Oswiecimiu), wydawal on bardzo wartosciowe ksiazki z literatury polskiej (np. Dziela Zebrane Wyspianskiego w redakcji Leona Ploszewskiego, z ktorego corka Maria zaprzyjaznilem sie w Lund po ponad 40 latach) i przeciekawe, niekiedy arystokratyczne pamietniki. Przysylal mojemu ojcu wiele egzemplarzy okazowych. Tak nastapilo moje spotkanie z Wyspianskim, zanim jeszcze w XI klasie musialem przeczytac Wesele jako lekture szkolna (mialem zreszta niechec do obowiazkowych lektur). Aleksander Slapa nie zyje juz od 40 lat – ja nadal ze wzruszeniem biore do reki Kopiec wspomnien o Krakowie z jego piekna dedykacja z roku 1959: "Kochanemu, mlodemu milosnikowi Ksiag – A. Slapa."

W roku 1959 zaczela sie moja 33-letnia przyjazn z Tadeuszem Filipem (1907-1992). Tadeusz – przedwojenny dyplomata, ktory wojne spedzil w Londynie, esteta, zapoznany intelektualista, poliglota – dobrze nauczyl mnie angielskiego. Rowniez wprowadzil mnie Tadeusz w swiat literatury polskiej i europejskiej, rozbudzil moje zainteresowanie historia, muzyka klasyczna, starozytna Grecja. Bez watpienia uksztaltowal mnie intelektualnie. W sferze tej zawdzieczam mu wiecej niz komukolwiek innemu. Uczyl mnie angielskiego na Conradzie i wojennej polsko-angielskiej antologii Moja Ojczyzna – Polszczyzna, ktora wydal w Londynie w roku 1944 z Maurice Michael'em, brytyjskim oficerem lacznikowym przy polskim sztabie w Hotelu Rubens w Londynie. Tadeusz nie tylko ukierunkowal moje zainteresowania literackie i wybor lektury, ale otworzyl przede mna swiat oryginalnych, starych, pieknych wydan ze sztychowanymi ilustracjami. Byly to w wiekszosci wielkie dziela literatury francuskiej, angielskiej, hiszpanskiej, wloskiej, niemieckiej i polskiej z jego biblioteki. Pamietam np. wielotomowe, oprawne w skore, wydanie Moliera ze sztychami, stare wydanie Orlando Furioso Ariosta, oxfordzkie antologie roznojezycznej poezji, wydanie Krola-Ducha Slowackiego przez Pawlikowskich w Medyce, piekny egzemplarz Dumy o Hetmanie z dedykacja Zeromskiego dla jego corki Moniki, pierwsze wydania Norwida przez Zenona Przesmyckiego – Miriama. To Tadeusz odkryl dla mnie Norwida; sam zreszta napisal doskonale opracowanie Fortepianu Szopena Norwida, wydane w 1949 roku w Krakowie. Mam je z dedykacja Tadeusza z Promethidiona: "Taka rozmowa byla o Chopinie, ktory najwiekszym u nas jest artysta."  Podobnie wprowadzil mnie Tadeusz do Beniowskiego. Wspanialy jego slownik "wilenski" jezyka polskiego wzbogacal moje slownictwo. Tadeusz tlumaczyl Ariosta, Hafiza (z perskiego!), Quevedo, Sw. Terese z Avili, Garcie Lorce, Jesienina.

     Nauczyl mnie piekna starych sztychow; na scianach wisialy u niego: erotyczny sztych Fragonarda, kilka malych sztychow Chodowieckiego, duza mapa Polski Sansona-Jailliota z 1696 roku, drzeworyt Skoczylasa Taniec zbojnikow i dwie XIX-wieczne litografie – Tynca i Wadowic, medaliony Ovidiusza i Horacego, a obok pieca medal nadawany weteranom napoleonskim po restytucji cesarstwa oraz fotografia zaglowca szkolnego "Lwow", na ktorym Tadeusz plywal w 1927 roku. W serwantce stalo troche starej porcelany, glownie "Stary Berlin". Po smierci Tadeusza w roku 1992 jego biblioteka zostala niestety rozgrabiona. W 1993 roku przywiozlem tylko kilka drobiazgow po nim, w tym ow medal po-napolenski. Fotografia "Lwowa" pozostala u jego kuzyna, pana Szczerbowskiego.

     Tadeusz zapalil mnie do szperania po antykwariatach. Przez dwadziescia lat w Krakowie mialem nieomal codzienne do tego okazje. Mialem w tym bibliofilstwie partnera i przyjaciela z lat jeszcze mlodzienczych, Tomka Maczuge, potem przez jakis czas antykwariusza grafiki.

Szczegolnie milo wspominam dwa krakowskie antykwariaty. Pierwszy, Stanislawa Krzyzanowskiego na Placu Szczepanskim, maly, z pieterkiem, na ktore wchodzilo sie po metalowych schodkach, spiralnie okreconych wokol pionowej rury. Pamietam sedziwego Krzyzanowskiego, niskiego, barczystego acz przychylonego, o duzej twarzy, z bujna, bielutka czupryna na jeza. Kupilem u niego cudowne wydanie Na Skalnym Podhalu Tetmajera z roku 1914 z kolorowymi reprodukcjami obrazow tatrzanskich Leona Wyczolkowskiego, jedna z najpiekniej kiedykolwiek wydanych polskich ksiazek. Po smierci Krzyzanowskiego, antykwariat przejal "Markiz" Pochwalski, dawny kawalerzysta. Markiz z wyraznym trudem tolerowal mlodych ludzi przegladajacych stare lacinskie, polskie, francuskie czy niemieckie ksiegi, zakurzone, o pozolklym papierze. Kupilem u niego pieknie wydane przez Altenberga Trzy po trzy Fredry i jednotomowe, drobnym drukiem wydanie Norwida przez Tadeusza Piniego.

     Drugim moim ulubionym miejscem byl juz tam nie istniejacy antykwariat na Slawkowskiej prowadzony wowczas przez Jana Cieslawskiego. Tam kupilem wspaniale lwowskie wydania Altenberga dziel "wloskich" Kazimierza Chledowskiego. Od nich zaczelo sie moje zainteresowanie wloskim Renesansem. Tam rowniez kupilem przedwojenna Historie Polski Polskiej Akademii Umiejetnosci oraz kilka starych Rocznikow Krakowskich. Na ulicy Szpitalnej mial antykwariat Szaja Taffet, o nieco ospowatej twarzy z ogromnym nosem, chyba ostatni juz ze starej rodziny zydowskich antykwariuszy krakowskich. Zachodzilem tam czasem, ale ze mial (przynajmniej na wierzchu) wylacznie liche wydania popularnych romansow i kryminalow, powiazane po kilka sznurkiem, nie kupilem u niego nic, przynajmniej teraz nie moge sobie niczego przypomniec. Inne antykwariaty byly na Brackiej i na Szpitalnej (Brücknera), ale byly tam raczej tylko nowe wydania, chociaz na Brackiej kupilem kiedys ilustrowane Prawem i Lewem Lozinskiego z 1904 roku.

     Po dwunastoletniej przerwie, w latach 1993 i 1994 wrocilem do antykwariatow krakowskich. Znowu Slawkowska, Bracka. Kupilem wowczas piekne przedwojenne wydanie Chlopow z ilustracjami Apoloniusza Kedzierskiego oraz kilka wczesnych Rocznikow Krakowskich. W nowym antykwariacie Rara Avis, aczkolwiek w starej kamienicy na Szpitalnej, wyszukalem sztych wedlug plotna Goyi – portret Dony Isabel Cobos De Porcel (oryginalne plotno w National Gallery w Londynie), ktory teraz z duma pokazuje przyjaciolom jako portret mojej pieknej Pra-prababki. Dobry antykwariat gorski odkrylem w Zakopanem, i w nim znalazlem rzadkie Nowele Tatrzanskie Janusza Kotarbinskiego i Wierchy z 1927 roku.

     W roku 2002 zaczely sie moje regularne wizyty w Krakowie z Lund w Szwecji, gdzie mieszkam od jesieni roku 2001. (Przeprowadzka ksiazek z Edmonton to oddzielna historia...) Znowu krakowskie antykwariaty... Ostatnie nabytki w 2004 roku, to rzadkie Roczniki Krakowskie Nr 5 i 13, a takze piekne wydanie Trzaski Everta i Michalskiego Dziejow obyczajow w dawnej Polsce Bystronia znalezione u Janusza Letochy na Brackiej. Kusil mnie Janusz dwutomowym pierwszym wydaniem Pana Tadeusza, ale bylo to poza moimi finansowymi mozliwosciami.

Wbrew pozorom, antykwariaty warszawskie, szczegolnie ten na Swietokrzyskiej, byly w latach 1970. zrodlem kilku moich cennych nabytkow, np. Listopad Henryka Rzewuskiego, wydany w Warszawie 1900 r. jeszcze z cyrylicznym napisem "Dozwolieno Cenzuroju". Tam tez zrobilem kiedys blad mojego zycia. Mialem w reku piekne, dwutomowe ilustrowane wydanie Popiolow przez Mortkowicza, ale nie mialem z soba tylu pieniedzy. Szkoda, trzeba bylo gdzies w Warszawie pozyczyc. Juz nigdy wiecej nie widzialem tego wydania. W Alejach Ujazdowskich, w "Logosie" i "Kosmosie," kupilem kilka wczesnych Wierchow i Rocznikow Krakowskich. Do antykwariatow warszawskich wrocilem w roku 1993, po 12 latach poza Polska. Plonem tego powrotu byly m. in. oryginalny Album Legionow Polskich z 1933 roku, bogata ikonograficznie ksiega Dziesieciolecie Polski Niepodleglej i ogromna, trzytomowa Polska – Jej dzieje i Kultura pod redakcja Aleksandra Bruecknera z 1938 roku oraz pieknie ilustrowane Gawedy zolnierskie, "poklosie spuscizny pamietnikarskiej Napoleonczykow", opracowane przez Waclawa Gasiorowskiego.

     I jeszcze jedno, trwajace ciagle doswiadczenie: itnieje jakas, trudna do opisania, radosc, nieomal fizyczna rozkosz dotkniecia, trzymania w reku i wertowania rzadkiej, starej ksiazki, o ktorej sie slyszalo, a ktorej poszukiwalo sie przez wiele lat. Nawet, kiedy zaczely ukazywac sie reprinty starych ksiazek, ktore czasem kupowalem, przyjemnosc z ich czytania nie jest juz ta sama; bialy, czysty papier odbiera czesc uroku.

     O normalnych ksiegarniach juz nie wspomne szerzej, poza tym, ze w Krakowie mialem swoje stale ksiegarnie (szczegolnie "Gebethnera" na A-B Rynku i "Pegaz" na rogu Karmelickiej i wowczas 1-go Maja), do ktorych przez kilkanascie lat wstepowalem co kilka dni. Kupowalem beletrystyke polska i zachodnia, pamietniki, kompletowalem i rozczytywalem sie w ksiazkach serii wydawniczych, takich jak Biblioteka Arcydziel, Arcydziela XX wieku, "ceramowska," "celofanowa" poetow, Jednorozca, Nike, Biblioteka Poezji i Prozy. Nawiasem mowiac, w 1997 roku, z impulsu pewnej korespondencji, zastanawiajac sie nad "Epilogiem" Innego Swiata Gustawa Herlinga-Grudzinskiego,  z ksiazek tamtego okresu przeczytalem znowu po trzydziestu latach Milczenie morza Vercors'a.

     W antykwariatach wyszukiwalem nie wznawiane wielkie pozycje literatury polskiej i swiatowej. Jednakze, wbrew pozorom, rynek wydawniczy w pozniejszym PRL-u byl wcale bogaty w bardzo wartosciowe pozycje literatury (czasem tylko wstepy do nich byly nie do zniesienia). Mialem przyjaciol wsrod personelu niektorych ksiegarni; Krystyne B. u Gebethnera, wspominam szczegolnie milo: zostawiala mi co lepsze ksiazki. Podobnie bylo w Warszawie, chociaz tam bywalem rzadziej. Kupilem ksiazki nawet w Kijowie w jesieni 1971 roku, np. album malarstwa Aleksandra Gierymskiego. Na kupno tego albumu sprzedalem w kijowskim metrze skladany parasol!

     Okolo 1970 roku zetknalem sie blizej z ksiazkami z paryskiej Biblioteki "Kultury". Pierwsza z nich byl bodajze Doktor Ziwago Borysa Pasternaka, pozyczony mi przez Romana Wolskiego pochodzacego ze starej komunistycznej rodziny. O roku 1972 mialem dosyc regularny dostep do tych ksiazek ze zbiorow Profesora Henryka Markiewicza, za posrednictwem jego syna Ryszarda, mojego przyjaciela. Otworzyl sie przede mna inny swiat, nie tylko Inny swiat Gustawa Herlinga-Grudzinskiego. Podczas pierwszego pobytu w Oxfordzie (1973-1975) i kilku nastepnych, czytywalem niemal wylacznie Kulture i ksiazki Biblioteki "Kultury". Glownym problemem stal sie przywoz tych ksiazek do Krakowa. Wozilem je ukryte sprytnie, tak zeby wytrzymaly ewentualne powierzchowne sprawdzenie walizki przez peerelowskiego celnika. Rzeczywiscie, przetrzymaly kiedys takie otwarcie, chociaz moze uratowal mnie wtedy Proust po francusku dla Tadeusza Filipa, wlozony luzem; celnik na Okeciu pokazal te siedem tomow swojemu szefowi i przepuscil, a Archipelag Gulag Solzenicyna pozostal nie znaleziony. Kilka osob, szczegolnie pewien moj oxfordzki przyjaciel z brytyjskim paszportem, dzisiaj powszechnie znany historyk, przywozilo mi te zakazane, "zbojeckie" ksiazki do Krakowa. Nieprzewidywalnym wowczas figlem historii bylo to, ze ksiazki te w 1990 roku zostaly przyslane mi po prostu poczta polska do Kanady – w druga strone, a w roku 2001 przyplynely do Szwecji. Czy wroca kiedys do Krakowa? Moze taki powrot, jak ksiazek Milosza w jego wierszu Powrot do Krakowa?

     Oddzielny rozdzial moich lowow ksiazkowych to ksiegarnia i antykwariat Blackwell's w Oxfordzie. Olbrzymia ksiegarnia w trojpoziomowym budynku na Broad Street, w ktorej w roku 1973 po raz pierwszy nabralem przekonania, ze nie ma chyba tematu, na ktory ktos kiedys nie napisalby ksiazki. Przekonanie z jednej strony optymistyczne, ale z drugiej pesymistyczne, wszak wszystkiego, nawet tylko wartosciowego, nie mozna przeczytac. Innym ciekawym antykwariatem  oxfordzkim byl The Classic Bookshop przy High Street, gdzie zaspokajalem moj apetyt na sprawy i sztuke starozytnej Grecji, dalej Robin Waterfield, u ktorego kupilem kilka dawnych historii Polski po angielsku, a przede wszystkim wspanialy antykwariat w starej Fyfield Manor pod Oxfordem. Tam mialem w rece np. pierwsze wydanie Vasariego Zywoty Malarzy i Artystow, oprawne w w pozolkla skore, a w roku 1983, przed samym wyjazdem do Kanady, kupilem dwa wspaniale ilustrowane rycinami tomy Picturesque Canada z 1882 roku. Przyprawiajace o wypieki na twarzy byly coroczne Oxford Book Fairs w Randolph Hotel. W Londynie penetrowalem antykwariaty na Charing Cross i Cecil Court, gdzie obok ksiazek znalazlem kilka bardzo starych map Polski. I oczywiscie antykwariaty mapowe: Toolley's, Jonathan Potter, Robert Douwma i inne.

     Wspomne jeszcze antykwariat w Monachium skad mam kilka tomow pol-albumowych ksiazek z przedwojennej serii Cuda Polski oraz polski antykwariat Emanuela Neusteina w Tel-Avivie, skad pochodzi moja przeciekawa Polska Lotnicza z 1937 roku i Wyzwolenie Wyspianskiego wydane przez Anczyca w 1906 roku w Krakowie. Kilka dobrych antykwariatow w Toronto, a szczegolnie Book Fairs w budynku dawnej lozy masonskiej na Yonge Street, takze uzupelnilo moje zbiory, np. piekna, ilustrowana ksiazka o Wenecji z 1903 roku i An Artist in Italy z 1913. Pouczajaca przyjemnoscia sama w sobie jest przegladanie katalogow duzych antykwariatow z calego niemal zachodniego swiata. Nawet w Edmonton, Alberta, gdzie przemieszkalem kilkanascie lat, jest kilka niezlych antykwariatow, nie mowiac juz o znakomitych ksiegarniach: Greenwood's, a pozniej juz Chapters. W jednym z edmontonskch antykwariatow kupilem np. pierwsze, wojenne wydanie Jana Karskiego Story of a Secret State.

     Po wyjezdzie z Polski zdolalem zebrac pelny komplet Kultury i Zeszytow Historycznych Instytutu Literackiego w Paryzu, wiekszosc ksiazek Biblioteki "Kultury" oraz innych wydawnictw emigracyjnych. Kilka bylo zrodel tych ksiazek: Ksiegarnia Polska "Orbis" w Londynie; Biblioteka Polska przy McGill University w Montrealu, gdzie Stefan Wladysiuk niekiedy sprzedawal ksiazki z darowizn, jezeli byl to juz ktorys z kolei egzemplarz w posiadaniu tej biblioteki (tam kupilem tez kilka rzadkich wojennych wydan londynskich); pani Krystyna Krakowska w Brossard pod Montrealem, ktora od lat miala przedstawicielstwo Kultury w Kanadzie i byla siostra znanego dziennikarza i antykwariusza Aleksadra Janty-Polczynskiego. Od Pani Krystyny uslyszalem tez tragiczna historie jej pierwszego meza, mjr. Mikolaja Rodziewicza zamordowanego przez Sowietow w Starobielsku/Charkowie, i jej samej, mlodej mezatki i matki, ktora w latach 1939-1943 bezskutecznie wyczekiwala na powrot meza i do konca zycia go oplakujacej. Stalem sie jednak mimowolnym sprawca wielkiego rozczarowania Pani Krystyny. Otoz, miala ona miedzioryt Rembrandta Chrzest eunucha, o ktorego pochodzeniu z oryginalnej plyty byla z roznych wzgledow przekonana. Tymczasem, po sprawdzeniu kilku pelnych katalogow sztychow Rembrandta, wykazalem ze jej egzemplarz musial byc pozniejsza kopia, rytowana przez kogos innego, gdyz jest odbiciem lustrzanym w stosunku do oryginalu Rembrandta.

     Kilkakrotnie zdarzylo mi sie otrzymac w prezencie rzadkie ksiazki. W Oxfordzie dostalem od plk. Jozefa Cwiakalskiego Historie Polski Michala Bobrzynskiego, wydana w Jerozolimie w 1943 roku przez Wydawnictwo "W Drodze" przy 2 Korpusie, a Stanislaw Zalewski, poeta i moj staroswiecki przyjaciel, podarowal mi Rozmyslania Marka Aureliusza, ktore niestety przepadly po moim wyjezdzie z Polski, chociaz prawie wszystkie moje ksiazki zdolalem sprowadzic do Kanady. Potem w Edmonton, Alberta, gdzie przemieszkalem 18 lat, pani "Hania" (Jadwiga) Henzlowa, byla laczniczka KG AK w stopniu oficerskim, obdarowala mnie kilkoma rzadkimi ksiazkami, ze wymienie tylko Paryz Tymona Terleckiego w pieknym wydaniu Oficyny Poetow i Malarzy (Czeslawa i Krystyny Bednarczykow w luku Hungerford Bridge w Londynie), unikalna antologie Warszawa bohaterska z 1945 roku oraz tomik wierszy Jerzego Lieberta, ktorego poszukiwalem przez ponad 15 lat, odkad moj zostal w Polsce.

     W bibliotece Uniwersytetu Alberty w Edmonton znajduje sie calkiem bogaty zbior polskich ksiazek. Z biblioteki tej przez kilka miesiecy cieszylem sie pierwszymi wydaniami dwoch tomikow wierszy Juliana Tuwima: Czyhanie na Boga przez Towarzystwo Wydawnicze Ignis, Torun, Warszawa, Siedlce, 1922, z pieknym drzeworytem kamiennego mostu na okladce projektu Tadeusza Gronowskiego oraz Biblia cyganska i inne wiersze przez Wydawnictwo Jakuba Mortkowicza, Warszawa 1933, z antycznym herbem serii poezji na okladce.

     Oddzielnym, pasjonujacym zdarzeniem bylo udostepnienie mi przez socjologa Profesora Karola Krotkiego jego kompletu londynskich Wiadomosci od roku 1947 oraz niekompletnych wczesniejszych numerow. Szukalem takiej okazji przez kilkanascie lat. Nawet pan Stefan Grass bezskutecznie poszukiwal mi w Londynie archiwalnych Wiadomosci. I dobralem sie w koncu do tej istnej kopalni tekstow na najwyzszym poziomie, sledzilem niedoscigniona sztuke redagowania przez Mieczyslawa Grydzewskiego, z ktorej teraz czerpie w redagowaniu moich internetowych Zwojow. Ze szczegolnym wzruszeniem przegladalem podarte, luzne strony Wiadomosci Polskich z 1942 roku, ktore, starsze niz ja, przeszly z Karolem Krotkim przez okopy Tobruku.

     Nawiasem mowiac, sadze, ze z Wiadomosci zostalo wiecej dzisiaj jeszcze aktualnych i "czytelnych" artykulow, niz z paryskiej Kultury. Po prostu dlatego, ze Kultura byla pismem przede wszystkim politycznym (w danej chwili), stad teksty w niej stracily na aktualnosci, czytelnosci i atrakcyjnosci poza kregiem historykow tego okresu.

     Od roku 2001 w Lund, kupuje juz niewiele ksiazek, z uwagi na bariere jezykowa. Ale czasem w kilku dobrych antykwariatach lundenskich nie moge sie czemus oprzec, niemal wylacznie po angielsku. Tu kupilem np. Amundsens Bilder po szwedzku – album oryginalnych fotografii z polarnych wypraw Amundsena. Od czasu do czasu Piotr, moj syn w Edmonton, zamawia mi jakies szczegolnie interesujace mnie nowe ksiazki, ktore wypatrze w Internecie. Tak dostalem np. wspanialy (drugi) album prehistorycznych malowidel naskalnych w Jaskini Chauvet. Dostaje tez sporo ksiazek od przyjaciol w Polsce. Czasem sa to tomiki poezji czy wydawnictwa Polskiej Akademii Umiejetnosci od Profesora Adama Strzalkowskiego, a czasem duze tomy, jak Powstanie ’44 Normana Daviesa od Profesora Andrzeja Szczeklika. Bywajac teraz dwa razy do roku w Krakowie nadrabiam inne zakupy ksiazkowe.

Wspomne jeszcze inne wydarzenia zwiazane z moimi zainteresowaniami dawna kartografia. Tygodniowa wizyta u Dr. Tomasza Niewodniczanskiego w Bitburgu w Niemczech w 1989 roku byla nie tylko okazja do przejrzenia jego ogromnej kolekcji dawnych map i widokow miast Polski oraz ponad 400 przywilejow krolow Polski, na ktorych ja i Piotr, moj syn, moglismy zobaczyc – ba, dotknac – podpisow np. Kazimierza Wielkiego, Stefana Batorego, czy Jana III Sobieskiego, ale i do wziecia do reki portolanow (map morskich) z XV wieku i przegladniecie atlasow ptolemejskich z konca XV i poczatku XVI wieku, atlasow Orteliusa z konca XVI wieku, czy J. Blaeu'a z polowy XVII wieku oraz obejrzenia kilku rekopisow i wielu listow Adama Mickiewicza.

     U Profesora Michala Mikosia w Milwaukee, WI, obejrzalem oryginalnego Pufendorfa ze sztychami wedlug rysunkow ERika Dahlberga z "potopu" szwedzkiego (z ktorych niektore sa jedyna zachowana ikonografia dawnych miast i fortyfikacji polskich); wsrod nich jest prawie dwumetrowej dlugosci sztyche, przedstawiajacy pogrzeb krola szwedzkiego Karola Gustawa X. Przy tej okazji w Milwaukee obejrzalem rowniez kolekcje American Geographic Society, a w niej jeden z trzech zachowanych egzemplarzy (pozostale w Vicenzy i Weronie) przedkolumbijskiej (1452) "Mappamundi", mapy swiata Giovanni Leardo, kosmografa Republiki Wenecji. Cos niezwyklego: podziw i jakas pokora pozostaje w czlowieku po takim doswiadczeniu.





Susan Gibson-Mikos, zona Michala, przypomniala Polsce i swiatu zbior okolo pieciuset unikalnych zdjec z Polski, szczegolnie z Kresow, zrobionych w roku 1934 przez Amerykanke Louise Arner Boyd. Ksiazka Louise Boyd Polish Countrysides (New York, 1937) jest rzadkim rarytasem. Mam ja tylko w kopii kserograficznej z egzemplarza Dr. Oresta Talpasha, mego przyjaciela z Edmonton.


     Uzupelnialem wielokrotnie profil mojej biblioteki, tak jak zmienialy sie i rozrastaly moje zainteresowania: beletrystyka, poezja, malarstwo (albumy czesto kupuje w sklepikach duzych muzeow – ostatnio album malarstwa Augusta Strindberga w Muzeum Narodowym w Sztokholmie), Cracoviana, Starozytna Grecja, historia Polski, dawna kartografia, Tatry, Himalaje, podroze polarne, Armia Krajowa, Powstanie Warszawskie, powojenne podziemie antykomunistyczne, terror stalinowski w Polsce, Judaica, prehistoryczna sztuka jaskiniowa. To jakby okresy moich zainteresowan, cos tak jak okres blekitny czy rozowy u Picassa, lecz zazebiajace sie. Ksiazki i moje rozstrzelone zainteresowania stanowia sprzezenie zwrotne. Czy pozyteczne? Nie wiem. Tak czy inaczej, pasjonujace.


* * *


     Magia ksiazek. Po co to wszystko? Zastanawialem sie nad tym wielokrotnie przez wszystkie te lata.

     Oczywiste jest to, co czlowiekowi przynosi czytanie: wiedze, rozrywke, spojrzenie na swiat – od filozoficznego do codziennego, wyczucie piekna, estetyke, mozliwosc obcowania ze swiatem innych ludzi w sytuacjach i polozeniach geograficznych, zwykle nieosiagalnych dla czytelnika.

     Takie aspekty zycia, wewnetrznego glownie, przynioslo czytanie i mnie. Swiat ksiazek jest piekny, nic go nie zastapi. Ale zastanawialem sie niejednokrotnie jak ma sie on do realnego swiata. Dostarcza, rzecz prosta, danych o tym realnym swiecie, uczy zachowan w nim, ale wydaje mi sie, ze zaglebianie sie w ten swiat jest niekiedy ucieczka, azylem, proba stworzenia sobie innego, lepszego swiata, w ktorym ja czuje sie dobrze i ktory, poprzez wybor lektury i ilustracji, moge kontrolowac. Nie ma w nim ludzi, ktorzy odchodza, zostawiajac po sobie pustke i zal, albo gorzej – rozczarowanie.

     Dzieje sie to wszystko na drodze wspanialej przygody intelektualnej. Moj ksztalt tej przygody zmienia sie z czasem: kiedys byla to beletrystyka, teraz jest nim glownie eseistyka literacka i problemowa, literatura typu dokumentu z historii i sztuki. Odbija to interakcyjnie moje rozmaite zainteresowania. Bywa to nie tylko czytanie ksiazki od strony pierwszej do ostatniej, ale wyszukiwanie albo sprawdzanie szczegolow, kopanie, grzebanie po ksiazkach zrodlowych, zwykle zwiazane z jakims konkretnym zagadnieniem. Takie wieczory czy weekendy z ksiazka, spedzone czesto nad niezaplanowanym problemem: wczoraj Wenecja, dzis Savonarola, jutro moze poezja Wierzynskiego – sa pasjonujace. Nie znaczy to, zebym nie siegal z nieslabnaca admiracja po wielkie powiesci, chociazby na przyklad po moje ukochane Popioly albo Dume o Hetmanie.

     Tu slowo o poezji. "O Poezjo, laskis pelna" – napisal Marian Hemar. Jest w tym gleboka prawda. Poezja jest dla mnie, jak i zapewne dla wielu, jakby ponadczasowa. Dawna i nowa jest spoiwem dla roznych innych odczuc, jest laska, czyms z kategorii tego co trwale; zapewne poprzez swoje bogactwo slowa, melodii, symboliki. Moze dlatego wymaga intymnego z nia obcowania, intymnego jej czytania.


U zrodloslowu

Jakze ja was odmlodze,
Zaczne na nowo i zmienie,
Rozdrzewie i zazielenie,
Jak was rozszumie i rozkolysze,
Wszystko o wszystkim napisze,
Wytlumacze wam i rozdziele
Zimy, ksiezyce, niedziele,
Na kalendarzu, na scianie
I na zegarach z wahadlem
Odgadne was tak jak nigdy
Nikogo tu nie odgadlem,
I nagle wszystko zrozumiem
I niespokojna i nocna
Kiedys ockne sie wiosna.
Na samym dnie, u poczatku
Niekonczacego sie watku
W korzeniach, u zrodloslowu
Podniose sie z wami, rozkrzewie
I zaczne sie znowu.

Kazimierz Wierzynski


     A z tego wszystkiego rodza sie dwie inne cudowne przygody. Pierwsza – jest nawiazywanie kontaktu ze wspanialymi ludzmi: z takimi od ktorych ja moge czerpac intelektualnie, i z takimi, ktorym ja moge cos przekazac intelektualnie. Czesto sa to ludzie, ktorzy moga dac mi rownoczesne spelnienie obydwu tych pragnien, czyli znowu pasjonujace oddzialywanie intelektualne. Druga – jest zaspokajana pokusa powiedzenia czegos od siebie, zglebienia i opisania jakiegos problemu, ocalenia kogos albo czegos od zapomnienia, powiedzialbym nawet pasja. Tak rodza sie moje szkice, eseje, nawet ksiazki. Tak zrodzily sie i trwaja z sukcesem moje internetowe Zwoje.

     Powtorze: swiat ksiazek jest piekny i niepowtarzalny. Trudno mi sobie wyobrazic moje zycie bez ciaglego zanurzania sie w ten swiat.


2002 – 2004







Copyright © 1997-1999 Zwoje