Prezentujemy cykl czterech szkiców na temat "Książki w moim życiu." Są to refleksyjne wspomnienia, niekiedy bardzo osobiste, o tym jaką rolę odegrały i odgrywają książki w życiu autora.   (AMK)




Książki w moim życiu


CASANOVA KSIĄŻEK




STEFAN ANTONI GRASS


     Mądrzy ludzie mówią, że do starych miłości nie powinno się nigdy wracać. Podpierają tę pewność ludowym przysłowiem, które twierdzi że "odgrzewane kotlety nie smakują." Na co doświadczony człowiek mógłby odpowiedzieć: "to zależy od kucharza."

     Książki są jak kochanki, żony, przyjaciółki. Żyją z nami, dzielą nasze podróże lub czekają na nasz powrót jak wierne Penelopy w otoczeniu krzykliwych best-sellerów. To prawda, że były między tymi książkami takie, które rozczarowały mnie gdy wróciłem do nich po wielu latach. Powody były różne. Książki starzeją się, wychodzą z mody; poza tym ja - czytelnik - wydoroślałem chociaż niekoniecznie zmądrzałem; na pewno poszerzyłem moje horyzonty, poznałem wiele innych książek, miałem okazję porównywać. Gdzieś w tych przestrzeniach, zmodyfikowanych upływem czasu, spotykamy się ponownie - ja i książka czytana wiele lat temu. Radość z odnowienia znajomości czy rozczarowanie? Odpowiedź zależy od wielu, wielu misternie splątanych powiązań.

     Stare tomy poezji, na przykład, mają w sobie niesłychaną siłę wywołania tych samych wzruszeń, skojarzeń i zachwytów, które przeżywałem w dzieciństwie, młodości czy w późniejszych latach. Mogę dziś sięgnąć po wiersze Jana z Czarnolasu, Mickiewicza czy Norwida z tą samą przyjemnością z jaką otwieram tomik poetów mojego pokolenia czy tych najmłodszych, których dopiero poznaję. Myślę, że dużą rolę gra w tym pamięć. Wiersz zapisuje się w naszych zwojach mózgowych swym rytmem, melodią, symboliką, obrazami, które często kojarzą się z emocjami. Proza zostawia raczej ogólne wrażenie, bez głęboko odciśniętych śladów.

     Wiersze słyszane w dzieciństwie wzbudzają przy ponownym czytaniu odległe echa słów, które mnie wówczas zastanawiały lub zaciekawiały. Ilekroć spojrzę na Powrót Taty przypominam sobie jak mnie intrygowały te "suknie plugawe" dwunastu zbójców. Nie mogłem ich w żaden sposób pogodzić z tymi długimi brodami i kręconymi wąsiskami. I do tego nosili buławy, które pewnie kojarzyły mi się później z powiedzeniem Napoleona o każdym żołnierzu noszącym buławę marszałka w tornistrze.

     Suknie noszą kobiety, zatem bandyci byli albo płci męskiej w kobiecym przebraniu albo płci żeńskiej w przyklejonymi brodami i wąsami. Moja dziecięca niepewność co do orientacji seksualnej bandytów noszących plugawe sukienki pogłębiła się, gdy słyszałem jakąś kołysankę chyba ze słowami: "W bramie dziad wyciąga rękę, pies rozerwał mu sukienkę..." Muszę przyznać, że do dziś mam pewien uraz na punkcie mężczyzn przebranych za kobiety - po prostu nie bawią mnie ci bardzo popularni w Anglii artyści kabaretowi w wydekoltowanych sukniach i perukach. Gdy patrzę na nich, widzę przed sobą tylko bandytów z Powrotu Taty.

     Są książki, które otwiera się z ciepłym uczuciem powrotu do rodzinnego domu. Cztery ściany mojego książkowego domu do zimowych odwiedzin i czytania przy kominku to "Trylogia" i Krzyżacy. Pod mistrzowskim piórem Sienkiewicza historia tych dawnych czasów tętni akcją, romantyczną przygodą, wspaniałością polskich archetypów - niezrównanych Polek, romantycznych bohaterów, komicznych postaci i barwnej gromady pomniejszych charakterów. W Krzyżakach uwiecznił ten niezrównany pisarz zażartą wiarę i niezłomność narodu polskiego, jego nieustępliwy opór przeciwko przeważającym siłom wrogów.

     Chociaż w mojej wyobraźni żyją zapewne setki fikcyjnych bohaterów i bohaterek z tejże samej liczby powieści, nikt nie umywa sie do Skrzetuskiego i Heleny, Wołodyjowskiego, Anusi Borzobohatej, Kmicica, Podbipięty, Zagłoby czy chociażby Bohuna, który zdobył moją sympatię swą godnością i nieszczęśliwą, wielką miłością. "Trylogia" najlepiej nadaje się do głośnego czytania, bo dopiero wówczas można rozkoszować się genialnie płynną, naturalną i zrozumiale zarchaizowaną polszczyzną naszych przodków. Tutaj można rozsmakować się radośnie w jędrnej świeżości mowy polskiej, w jej całym bogactwie i pięknie.

     Często wracam także to tych dostojnych matron jakimi są wszelkiego rodzaju stare słowniki, grube tomy historii, używane dzieła, które siedzą z godnościa zubożałych dziedziczek w księgarnianej wyprzedaży lub nawet na straganach ulicznych, gdzie za parę złotych można przywrócić im zapomnianą godność emerytury w prywatnej bibliotece. Ich treść często trąci naftaliną zapomnienia, ale jest w nich zawsze ten nieuchwytny niemal posmak nostalgii, ledwie dosłyszalne echa szeleszczących kartek przewracanych ręką dawnych czytelników. Takie książki opowiadają o tym co kiedyś było. Jest w nich czyjaś wiedza utrwalona na pożółkłych stronach, myśli które może dały innym natchnienie do szukania nowych ścieżek w tej czy innej sferze życia.

     Takie książki mierzą postęp wiedzy, pozwalając na porównania między tym co pisali rówieśnicy moich dziadków i pradziadków, a tym co dzisiaj wiemy my. W niektórych dziedzinach wiedzy postęp jest oszałamiający, ale co najbardziej ciekawi w starych książkach to właśnie hipotezy na temat przyszłych odkryć. Kiedyś może jeszcze powrócę do tego fascynującego tematu ewolucji twórczych idei.

     W historii naszych czasów czy w literaturze także zmieniają się opinie, powstają nowe krytyczne oceny oparte solidnie na przedtem nieznanych źródłach. Jak we wszystkim chyba, zmieniają się pojęcia, przychodzą nowe mody i metody badań, zmiany w ujęciu tematów. I własnie te dostojne książki - matrony wtajemniczają nas - młodzików w porównaniu z nimi - w zawiłości człowieczych umysłów.

     Zostawiłem na koniec moje rozczarowanie z powrotu do książki, która dawno temu nie tylko pobudzała moją młodzieńczą wyobraźnię, ale także zachwycała swoim mistrzowskim stylem pisarskim.

     Przedwiośnie Stefana Żeromskiego zestarzało się w moich oczach tak jak niegdyś piękna kobieta, spotkana ponownie w bezlitosnej starości. Przerzucałem stronę po stronie z rosnącym zdumieniem, że ta pokryta zmarszczkami czasu powieść zgubiła dla mnie - bezpowrotnie - cały swój młodzieńczy urok. Szukałem w niej śladów moich zachwytów; znalazłem - tak jak gorzko zawiedziony Cezary Baryka - tylko strzaskaną wizję szklanych domów.

     Pisane w sześć lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Przedwiośnie było scenariuszem niemożliwej do zrealizowania utopii zrodzonej w umyśle wielkiego pisarza - idealisty. Nie mam zamiaru roztrząsać tutaj ideologii Żeromskiego lub jego ostrzeżeń przed komunizmem, bo patrzę na tekst Przedwiośnia oczyma nastolatka, zadurzonego w słowach, w ich tajemniczych wydźwiękach i skojarzeniach.

     I tutaj, niestety, jest źródło tych moich dzisiejszych rozczarowań. Sceny erotyczne - stłamszone z uwagi na cenzora jak i pruderię czytelników - rozśmieszają raczej niż zachwycają. Uwodzenie Czarusia przez zaręczoną wdówkę Laurę czytałem tym razem jak pastiche wiktoriańskiego romansu. Jego dwuznaczniki i niedomówienia smakowały jak placek z zakalcem. Posłuchajcie:

. . . "Po chwili zaczął wyciągnięty knot wkręcać do środka rezerwuaru wskutek czego światło omdlewająco zmniejszało się, niczym spazmatyczna miłosna ekstaza. ... Wtedy dwa obnażone ramiona ujęły jego kędzierzawą głowę i odwróciły ją od okna. Śmiech radości zabrzmiał. Cezary stoczył się z podwyższenia przy oknie w objęcia czystego szczęścia." . . .

     Są tam oczywiście piękne metafory, rytm jędrnej prozy, styl który ożywiał inne arcydzieła tego mistrza naszej pięknej mowy. To ja i moje pojęcia zmieniły się i one są źródłem mego rozczarowania. - Żeromski zostanie tym kim był i zawsze będzie bez względu na to co ja o nim myślę.

     Dla miłośnika książek biblioteki i księgarnie są jak sale balowe, gdzie setki pięknych kobiet oczekują na zaproszenie do tańca, do flirtu i - kto wie - może do wspaniałej przygody miłosnej. W młodych latach straszliwie imponowała mi biblioteka im. Łopacińskiego w Lublinie, gdzie, skuszony bogactwem jej zbiorów, knułem ambitne plany przeczytania wszystkich książek o literaturze. Po kilku tygodniach dałem za wygraną. Zbyt wiele książek, nawet na mój nienasycony głód lektury.

     Później zachwycałem się łatwym dostępem do angielskich publicznych bibliotek lub wizytami na Charing Cross Road w Londynie, gdzie mogłem spędzić wiele godzin w ciemnych wąwozach półek wertując kartki rarytasów, wśród których tylu bibliofilów szperało już przede mną.

     Właściciele tych wspaniałości wiedzieli gdzie znaleźć - na ślepo - poszukiwaną przeze mnie książkę. Ale zdarzało się też, że rozmiłowani w swoich skarbach nie chcieli nawet słyszeć o sprzedaniu niektórych za żadną cenę.

     Spędziłem także - w niejakim odurzeniu - kilka tygodni w sławnej Bibliotece British Museum, gdzie rozczytywałem się najpierw w katalogach, później w dostępnych z półek dziełach podręcznych, i wreszcie - gdy nabrałem więcej odwagi - przywożonych z głębin tego skarbca książek pachnących tajemnicą nieotworzonych kartek. Stojąc na marmurowych stopniach Muzeum, dumałem smętnie nad krótkością ludzkiego życia i długowiecznością książek.

Casanova rzekomo westchnął kiedyś: "Tyle pięknych kobiet - tak mało czasu."

Ja tak właśnie myślę o książkach.



Stefan Antoni Grass, oficer Armii Krajowej, partyzant Oddziału "Zapory," rozpoczął swoją karierę dziennikarską w prasie podziemnej podczas okupacji niemieckiej i kontynuował ją po wejściu armii sowieckiej w podziemiu antykomunistycznym aż do ucieczki z Polski w roku 1946. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami za całokształt pracy konspiracyjnej.

Po przyjeździe do Anglii z II Korpusem gen. Andersa, pisał reportaże i felietony dla Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza w Londynie. Po dłuższej karierze w dziennikarstwie angielskim jako redaktor czasopism finansowych (Management Accounting, Accountants Weekly), Stefan Grass powrócił na łamy Dziennika Polskiego, pisząc początkowo felietony o Internecie polskojezycznym, a ostatnio zajmując sie krytyką literacką oraz recenzjami książek - nowych i starych.   (AMK)








Copyright © 1997-1999 Zwoje