
Wiezienie bylo przed wojna klasztorem. W podlodze byla dziura, i do niej nalezalo sie zalatwiac. Z dziury tej wychodzily szczury i chodzily po mnie, gdy spalem. Dostojne i lsniace.
Na scianie napisy zrobione przez roznych ludzi: "Moja zona zyje z Karpackim"; "Bug. 6. XII.39"; "Ja siedzialem tu siedem miesiecy"; "Koniec"; "Dlaczego mnie tak meczycie?" i inne rzeczy. Poza tym byl narysowany zadek i rozne czesci ciala ludzkiego. Wilgoc splywala ze scian. Zgadzalo sie to zupelnie z ksiazkami, ktore czytalem, majac lat trzynascie.
Lezelismy na szerokiej pryczy, i bylo zimno. Handlarz swin, zlodziej o bardzo ladnych rekach, i czlowiek posadzony o morderstwo, wtulali sie w siebie, podkurczajac nogi, i przykrywali sie wspolnie. Ja wstydzilem sie i nie moglem: nie moglem korzystac z ciepla, jakie dawali, bo byli mezczyznami. To byl, naturalnie, nonsens, ale meczylem sie.
Pewnego razu, gdy spalem, przykryl mnie handlarz swin swoim paltem i przysunal sie do mnie. Rano powiedzial:
- Nie badz pan kretynem.
Potem, kiedy mialem spac, przytulalem sie do chudego studenta, chorego na Basedowa, do kieszonkowca, ktory uroczo spiewal idiotyczne piosenki, i w ogole do wielu ludzi, ktorzy smierdzieli, sapali, cmokali we snie, jak gdyby ssali smoczek, gwizdali, pocili sie i mruczeli. Ich wszy przechodzily na mnie, moje na nich; ratowalo mnie cieplo ludzkie; sam bylem chudy i anemiczny - dawalem malo ciepla. Nie przejelo mnie to nawet, gdy pewnej nocy, jubiler - gruzlik probowal uwazac mnie za swoja zone. Zreszta zdarzalo sie to rzadko, bo bylismy zbyt wyglodzeni.
Rano, gdy wstawalismy, handlarz swin odbywal po celi dluzszy spacer, a potem przemawial:
- Prosze panow, ja wychodze z domu przy ulicy Dlugiej, tego czerwonego, na rogu, i ide sobie spacerkiem prawa strona, i ogladam sobie wystawy, az do Prostej, i auta, prosze panow, jada i trabia, i psy lataja, a ja, prosze panow, wchodze do tego fryzjera N., mimo, ze wcale nie mam takiej brody. Potem woda kolonska, potem ide do klozetu miejskiego naprzeciwko, tam jest taka mila staruszka, i zalatwiam sie czysciutko, a potem... potem ide jesc.
Przedmowa byla dluga i dokladna. Sluchalismy jej bardzo uwaznie; zwlaszcza jadlospisu. Kieszonkowiec zawsze wolal - zamiast bulki z szynka - jajecznice na sloninie. Jubiler nie uzywal wody kolonskiej.
Pewnego dnia, ktory byl bardzo zwykly i niespodziewany, wyszedlem z ogolona glowa, duza broda, ale odwszony, na ulice, i nikt mnie nie pilnowal. Powietrze zaczelo mnie dusic, psy biegaly,
samochody jezdzily tam i z powrotem. Moj wzrok byl przylepiony do ruszajacych sie i rzeczy. I tak zaczalem pomalu, z niedowierzaniem, chodzic.
Potem odnalazlem Ewe.
Wprowadzilismy sie w podstepny sposob do pewnego pokoju, ktorego wlascicielka wyjechala wprawdzie, ale mogla wkrotce wrocic. Bylo tam jeszcze zimniej niz w wiezieniu, rozklekotane pianino, jeden tapczan, dwa sloiki konfitur i pierzyna. Wsrod nut, ktore lezaly kolo pianina, znalazlem piesni Schuberta, i uczylem ja spiewac Smierc i dziewczyne.
Jest to najdziwniejszy dialog, polaczenie milosno-smiertelne, dwoiste, siegajace samych trzewi; i pod kazdym "nie" kryje sie "tak", i spod nienawisci i strachu wypelza milosc. Uczylem ja wiec oblakanego krzyku dziewczyny, i ona wiedziala, jak ma wolac: "Ruehre mich nicht an, ruehre mich nich an!"; wiedziala tez, jak mowi smierc. Jej alt musial byc czarno-lsniacy, jak rzeka w nocy, uwodzicielski; a na koncu, przechodzil w szept, nie tracac ciemnego blysku, opadal na dno, gdzie splatane jak klebowisko zmij, falowaly i gotowaly sie milosc i smierc.
W pokoju bylo bardzo zimno, siedzialem przy pianinie w palcie i rekawiczkach, i nie bardzo moglem ruszac palcami, mimo, ze akompaniament byl prosty. W koncu zrobilo sie ciemno, nie bylo swiatla, wiec postanowila, ze pojdziemy spac.
Spalem z nia na jednym tapczanie, pod pierzyna. Bylo bardzo i coraz zimniej. Ona byla duza i ciepla, ja bylem glodny i zdechly. Czulem, ze wszystko z nia sie konczy, pomalu, w mrozie, ze wszystko konczy sie w ogole. Nie myslalem duzo, bylem otepialy, galaretowata masa, w ogole nic, flak, Nie spalem, patrzylem w okno i staralem sie nie drapac za bardzo, by jej nie obudzic; to nie bylo takie latwe.
Spala spokojnie, oddychala rowno, nieswiadomie spychala mnie na brzeg tapczanu. Potem, na wpol we snie, obrocila sie tak, ze lezala twarza do mnie, podkurczyla kolana, i czulem jej oddech na policzku. Bylo niewygodnie, ale za zimno, zeby wyjsc z lozka. Bylem zreszta w samej bieliznie, bo powiedziala przed spaniem: "Musisz sie rozebrac", wiec rozebralem sie - pierwszy raz od dwoch miesiecy.
Myslalem o tym, co opowiadala mi wieczorem, o jakims Borysie, ktorego poznala na uniwersytecie, byla z nim na plywalni i: "Myslalam, czy wyjechac z nim. Jedzie na uniwersytet do Kijowa. Nie wiem dlaczego nie zrobilam tego. To bylo takie proste".
Wtedy nagle uslyszalem, ze cos do mnie mowi. Przez dluzszy czas nie rozumialem, o co chodzi. Mowila:
- Podaj mi piesni Schuberta.
Piesni Schuberta lezaly kolo pianina, bardzo daleko, poza tym cala historia wydawala mi sie nonsensem. Powtorzyla w wyraznie tragiczny i trzezwy sposob: - Podaj mi piesni Schuberta.
Wstalem, czlapiac bosymi nogami, i trzesac sie, grzebalem wsrod nut; szukalem jedynych, jak wiedzialem, w twardej okladce. W koncu je znalazlem. Tymczasem wstala z lozka, w koszuli (nie bala sie nigdy zimna).
- Pokaz je.
Oddalem jej nuty. Podeszla do okna, gdzie bylo nieco jasniej. Widzialem jej profil. Pochylila sie, polozyla na nuty niewidzialny dla mnie przedmiot i przygniotla go paznokciem. Uslyszalem cichy trzask, ktorego nie zapomne. Mruknela glosem, ktorym spiewala smierc w Smierci i dziewczynie:
- To jest, kochanie, wesz.
Wiadomosci 22/322,
Londyn, 1 czerwca 1952
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||