CHIESA AUREA






STEFAN ZEROMSKI



     Nie widzac wcale ludzi przechodzacych ksiaze brnal przez Piazette ku kosciolowi Swietego Marka z oczyma pelnymi lez, z ustami pelnymi slow milosci, z piersia pelna westchnien i zalu.

- Pax tibi, Marce - szeptal do swiatyni z najglebsza czcia.

     "Zlota swiatynia" stanela przed nim znowu. Snil patrzac na nia, ze go niby urzad duchowny, niby trybunal sadzacy zapytuje o lata ubiegle, o zycie przebyte, o szczescie odepchniete, o pogrzebane w ziemi zwloki i o caluny uczuc, co je do snu wiecznego otulily. Przywarl plecami do muru Kampanili obok bialej loggietty Sansovina, skulil sie i z wlepionymi w kosciol oczyma na dlugo tam zostal. Mial wiec znowu to, za czym tesknil. Balustrade z kilkuset kolumn o ozdobach gotyckich, polaczona z kaprysnymi slupami saracenskimi, nad ktora strzelaja minarety arabskie i piec jasnych kopul greckiej cerkwi. Nasycal znowu oczy widokiem przedsionka okrytego mozaikami na zlotym dnie... Tam Sw. Marek w ubiorze biskupim, tam Zmartwychwstanie, tam Wskrzeszenie Lazarza... Oto chimeryczne korynckie konie nad glownym portalem srodkowym wspinaja sie i rwa w swiat. Dokad? Byly juz przy pogromie Grecji i jako symbol tryumfu rwaly sie w swiat na tryumfalnych bramach Rzymu. Byly przy upadku Rzymu i stanely na tryumfalnych murach Carogrodu.(*) Byly swiadkami zwyciestwa Wenecji nad Bizancjum i stanely tu, u drzwi Sw. Marka na piecset lat... [...]

     Wszedl tedy co predzej na mozaikowe posadzki, na owe dywany z kamienia, gdzie tylekroc hulaly balwany morza, ze same mozaiki powyginaly sie na obraz fal i pian. Ale stuka pamiec i tam z kazdego kata, zza kazdego filara wysuwala obraz albo dzwiek dawno umarly. Jakze straszliwie patrzaly teraz w przybysza wielkie, jak gdyby senne oczy samotnych swietych, oczy pelne smutku - niesmutku, zalu - niezalu, oczy pelne madrosci, oczy, ktore widza przez wieki, oczy wieszcze! [...]

     Gdzie sie podzialy ludy z ich wola, czynem, sprawa? Gdzie panstwa ich i krolowie? Swiatynia ta stala juz taka sama, kiedy Mieszko I na tron wstepowal. Zostala taka sama... Przeszli tedy rycerze idacy odbierac grob Chrystusowy. Tu, na kamieniach przedsionka, Fryderyk Barbarossa kleczal u stop papieza. Niezliczone tryumfy weneckiego ludu nad Genua, Konstantynopolem, Vincenza, Werona, Belluno, Padwa, Bergamo, Istria, Dalmacja, Morea, Kandia, Cyprem i wyspa Lemnos, nad calym carogrodzkim morzem...

- Przezyles i swa Wenecje, Swiety Marku... - zasmial sie wedrowiec, patrzac z niecna radoscia w mroczne glebie kosciola. - Zoldak francuski zerwal z masztow twoje szkarlatne choragwie, wiszace w chwale od czasow Henryka Dandolo, roztracil skrzydlatego lwa...

     Poruszony do samej glebi ducha wyszedl z kosciola. Uderzyla go, jak nieznosny ciezar, mysl o zwyciestwie francuskim. Widzial w marzeniu pusta lagune, zalewisko zgnilych wysp, gdzie krolowal przyplyw morza. Lud uciekajacy przed dzicza Attyli stworzyl tu ludzkie siedlisko. W ciagu trzynastu wiekow potomkowie tych, co tu przybyli, wbijaja w mul miliony debowych palow, na nich wznosza blisko trzydziesci tysiecy domow, czterdziesci rynkow; przywoza z dalekich gor ciosany granit, czerwony, bialy i zolty marmur, wyscielaja kamieniem czterysta kanalow, dzwigaja blisko piecset mostow z marmuru. W miescie tym wyrasta niezmierna liczba swiatyn i palacow, wykwita biblioteka Sansovina, Prokuracje, Kampanila, Palac Dozow i sama owa bazylika. Niestrudzeni zeglarze, waleczni zolnierze, najprzemyslniejsi kupcy zwoza w darze dla Swietego Marka wszystko, co gdziekolwiek bylo cennego. Z Egiptu, Grecji, Bizancjum - kolumny z porfiru i serpentyny, alabastry, wazy, plaskorzezby egipskie, snycerskie dziela Persow, slupy z mistycznym pismem ze swiatyni Saba w Akrze. Wydali ze swego lona niezliczony poczet artystow az do wielkiego Tycjana, byli szerzycielami umiejetnosci i kunsztow... I oto jednego dnia przybywa z ziemi twardej samotrzec w gondoli adiutant francuskiego generala, sam jeden z nakryta glowa wstepuje na "olbrzymie" i na "zlote" schody i wchodzi na posiedzenie Wielkiej Rady, do sali, skad sluchaly wyrokow dalekie ludy morza, podniesionym glosem odczytuje w obliczu dozy i wszystkiej Wenecji list zwiastujacy wojne, a wlasciwie deklaracje zniszczenia ich ojczyzny, ktora tyle pokolen wlasnymi rekoma zdzialalo...

W pare tygodni pozniej Zlota Ksiega plonie u podnoza drzewa wolnosci, doza chroni sie do swego domu, a patriarcha Giovanelli asystuje przy ceremonii zniszczenia ustaw Wenecji i zanosi do Boga modly... [...]


Wszakze to rodak panski, adiutant Buonapartego, pierwszy nam przyniosl zapowiedz zniszczenia, deklaracje wojny lub tak zwanego pokoju? Sam jeden wszedl na olbrzymie i na zlote schody, do sali Cedrowej, gdzie zasiadala wszystka dziedziczna arystokracja Wenecji.

- Rodak moj? Ktoz taki?

- Oficer, nazwiskiem Sulkowski.

Stefan Zeromski - Popioly



(*)   Carogrod - slowianska nazwa Konstantynopola







Copyright © 1997-1999 Zwoje