Zamieszczamy poniżej tekst Dr. Aleksandra Matejki, emerytowanego Profesora Socjologii w University of Alberta, Edmonton, Alberta, Canada, profesora zwyczajnego w Politechnice Gdańskiej w latach 1996/1997, będący jego wspomnieniem o Profesorach Stanisławie Ossowskim (1897-1963) i Marii Ossowskiej (1896-1974) i o sytuacji intelektualistów w Warszawie lat późnych 1940. -1960. Artykuł ten został przygotowany przez autora na konferencję naukową Gdańskiego Towarzystwa Naukowego oraz Uniwersytetu Gdańskiego Poznawcza i praktyczna ważność wątków naukowych w pracach Marii i Stanisława Ossowskich, Gdańsk 9-10 października 1997.

Tekst ten jest niezwykle interesujący nie tylko ze względu na osoby bohaterów i wspomnienia osobiste Autora, ale również na rzadką próbę przypomnienia kolaboracyjnej służalczości kręgów intelektualnych oraz oddania ciężkiej atmosfery wokół "intelektualnie uczciwych" profesorów uniwersytetów w czasach stalinowskich i późniejszych w Polsce komunistycznej.

Można tylko domyślać się, co musieli psychicznie wytrzymać intelektualiści, mimo wszystko mniej ulgowo traktowani przez reżim totalitarny, tacy jak np. Profesorowie Władysław Konopczyński czy Adam Krzyżanowski. O ile wiem, nie pozostawili swoich zapisków o tamtych czasach. A ludzi, którzy ich pamietają jest już coraz mniej...  Może ktoś coś o nich jeszcze napisze?

Profesor Aleksander Matejko zmarł nagle w Edmonton w sierpniu roku 2000 w wieku 76 lat.   (AMK)





OSSOWSCY

W KOMUNISTYCZNEJ WARSZAWIE

PO PROSTU UCZCIWI I MILI LUDZIE






ALEKSANDER J. MATEJKO


Oboje Ossowskich, a szczególnie Panią Marię, pamiętam przede wszystkim jako ludzi prawych i mądrych, a przy tym także miłych, czego bynajmniej nie można powiedzieć o wszystkich naszych profesorskich kolegach, zwłaszcza obecnie, gdy nieustanna pogoń za dodatkowym zarobkiem znacznie uszczupla stosunki zarówno ze studentami, jak i we własnym profesorskim gronie. Gdzie podziały się owe urocze spotkania przy kawie, nie tylko na plotki towarzysko-uczelniano-zawodowe, nie tylko o tym kto z kim i na jak długo, ale też co ciekawego dzieje się w różnych dziedzinach wiedzy? Nawet poważne pisma o podstawowym znaczeniu akademickim leżą dziś na półkach nie czytane, a wieści przekazywane sobie nawzajem przez Internet stają się żałośnie plotkarskie, jak można przekonać się należąc do polskich internetowych klubów dyskusyjnych.

Stanisław i Maria Ossowscy, bardzo znani socjologowie warszawscy, którzy wychowali całe pokolenia na Uniwersytecie Warszawskim, byli nie tylko mądrzy, ale również i światli. Znaczy to, że poświęcali dużo czasu i wysiłku na czytanie rzeczy ważnych nie tylko w skali krajowej ale też i międzynarodowej; uczestniczyli żywo w życiu kulturalnym i zachęcali do tego samego swych uczniów; dbali o swój intelektualny rozwój (dopóki im było wolno, podróżowali za granicę nie aby tylko zwiedzać ale aby studiować, a nie mając własnych dzieci, otaczali przyjaźnią i opieką szereg osób młodszych od siebie, zwłaszcza gdy były one osamotnione i szczególnie boleśnie odczuwały brak głębszej życzliwości ze strony najbliższego otoczenia.

Natomiast wbrew duchowi ówczesnej epoki, Ossowscy nie głowili się nad tym jak przeskoczyć na nowe pozycje ideologiczne i dobrze urządzić się pod nową władzą, odcinając kupony za swoją przedwojenną lewicowość i laickość. Kameleon nie był ich ulubionym zwierzęciem. Cechowała ich skromność, a więc coś bynajmniej nie powszechne wśród ich ówczesnych rodaków, których spora część, zwłaszcza w wielkomiejskiej inteligencji, bardzo przejmowała się tym jak uścielić sobie wygodne gniazdko pod czerwoną banderą.

W programowym konformizmie takich ludzi bywał też akcent tragiczny. Na przykład, mój dobry znajomy, więzień Oświęcimia, a w PRL dyrektor przemysłowy wysokiego szczebla i oczywiście aktywista PZPR, powiedział mi poufnie, że od wyjścia z obozu jest mu wszystko jedno, byle miał gdzie spać i co jeść - a to właśnie Partia mu obficie zapewniała (zresztą na wakacjach, gdzie go nie znano, chodził wraz ze swoim synem na Mszę św.).

Ossowscy, po prostu aż drażnili tym, że byli oboje w zgodzie z samymi sobą i strach o przeżycie był im obcy: żyli skromnie ale wygodnie, traktowali swych studentów opiekuńczo. Profil współczesnego im profesora nieustannie zajętego zarobkiem na boku i usilnym szukaniem okazji do przewietrzenia się za granicą (choćby nawet tylko komunistyczną) był im nie tylko obcy, ale chyba raczej wstrętny.

Wykłady Ossowskich były oryginalne, starannie przygotowane. Zawsze mieli czas dla studentów i młodszych pracowników naukowych. Prawda, że Ossowski był stale pogrążony w swoich myślach i roztargniony, za co jego żona dobrotliwie go strofowała, ale to nie znaczyło żeby uciekał od młodych, dopytujących go o to lub tamto. Jego dobra wola była zawsze oczywista, co zresztą powodowało swoistą naiwność: nie podejrzewał, że ktoś go chce w coś wrobić (To również cechowało Profesora Tadeusza Kotarbińskiego, mojego drugiego ulubionego patrona.)

Główną zasługą Ossowskich był intelektualny, moralny i polityczny opór w stosunku do komunistycznej władzy - tym dotkliwszy dla tej władzy właśnie dlatego, ze sami byli laiccy, związani z przedwojenna lewicą. Być może było im wstyd za komunistyczne zniewolenie społeczeństwa w imię wartości, które oni częściowo podzielali. Oczywiście, odrzucali oni wszelka nikczemność i brutalne zniewolenie rodaków. Oboje Ossowscy dawali chlubny przykład trzymania się swych własnych wartości polityczno-moralno-intelektualnych, szczególnie w sytuacji gdy rządząca komuna uzurpowała sobie rodowód podobny do tego, który oni traktowali na serio.

Ich poważne moralne i intelektualne zaangażowanie jasno odróżniało się od marazmu, krętactwa ideologicznego i moralnego a nawet kolaboracji wielu ludzi z akademickiego otoczenia, którzy władztwo komunistyczne traktowali jako wystarczający powód aby nie czuć się odpowiedzialni za samych siebie, a za to skwapliwie zagarniać wszystko to, co wiązało się z przynależnością do kasty uprzywilejowanych.

W gruncie rzeczy, oportunizmu było wówczas bez liku i po części wynikało to z nie dość odpowiedzialnej postawy antykomunistów mających ambicje przywódcze, a równocześnie nieżyciowych w swych oczekiwaniach w stosunku do otaczającej ich społeczności. Pośrednie choćby ułatwienie wypełnienia więzień w ówczesnej Polsce ludźmi gotowymi za wszelką cenę zwalczać komunizm nie było bynajmniej rozumnym celem, zwłaszcza gdy zachodnie potęgi przyjęły w stosunku do bloku sowieckiego postawę niedwuznacznie pojednawcza. Można się dziś spierać o to, co w ruchu oporu (bo taki cały czas istniał, choć w postaci niezorganizowanej) było rozumne, a co głupie, lub wręcz niekiedy złowieszcze, ale sytuacja była niewątpliwie trudna moralnie i patriotycznie, zupełnie inaczej niż później w dobie "Solidarności".

Sadze, iz tacy ludzie jak Ossowscy, Kotarbinski i inni mieli duzo racji, choc ich laicyzm byl mi obcy. W tlumie cynikow i cwaniaczkow zazwyczaj znajda sie chocby nieliczni "poszukiwacze sprzecznosci" i entuzjasci prawdomownosci, ktorzy ratuja honor calej zbiorowosci. Gdyby w najciemniejszym okresie wladztwa komunistycznego nie znalazlo sie dostatecznie wielu ludzi takich jak Ossowscy, to rezulaty tego dlugoletniego wladztwa bylyby jeszcze smutniejsze niz sa (vide na przykladzie dawnego ZSRR). Sam, gdy w poznych latach piecdziesiatych znalazlem sie po raz pierwszy na wolnym Zachodzie, bylem zaskoczony nierozsadnym i krzywdzacym osadem wielu emigrantow o tym jak faktycznie wowczas zyli i pracowali w kraju ich rodacy, starajac sie w trudnych warunkach robic cos trwale pozytecznego. Gdy tylko wspomnialem cos na ten temat w emigranckim srodowisku, to zaraz gaszono mnie za przejaw rzekomej komunizacji, pomimo mojego katolicyzmu. Obowiazywal deklaratywny antykomunizm i kto jemu nie podporzadkowal sie bezwzglednie, tego widziano jako wroga albo co najmniej odstepce.

Oboje Ossowscy cala swoja postawa starali sie apelowac do rozumu i zachecac do szukania prawdy wszedzie tam gdzie mogla byc zawarta. Zastanowienie, oparte na przeslankach naukowych, podejscie bez uprzedzenia do wszystkiego co bylo warte poznania - to stanowilo plaszczyzne ich kontaktu z kolegami po fachu, znajomymi a takze z mlodzieza studiujaca. Oczywiscie, w danych warunkach narazalo to Ossowskich na nieustanne klopoty, bo przeciez wladzy politycznej zalezalo na czyms diametralnie innym: na uformowaniu kadr ideologicznie jednorodnych, slepo poslusznych, wrecz cynicznych w stosunku do siebie samych, najblizszego otoczenia i reszty spoleczenstwa. Wszyscy mieli udawac, ze sa wladzy bezwzglednie oddani, traktuja na serio sojusz z ZSRR, brzydza sie kapitalizmu i "burzuazyjnej moralnosci," ciesza sie, ze maja "prawdziwy socjalizm." Pamietam szereg osob w moim zawodowym i towarzyskim otoczeniu, ktore przechodzily okres dobrowolnego "nawrocenia sie na PRL." Na przyklad, pewien bardzo znany pisarz, gdy rozmawial ze mna prywatnie, biadal nad tym co dzialo sie wokol, ale pisal wowczas (o czym nie wiedzialem) powiesc otwierajaca mu kariere tworcy rezimowego. Moja sympatia powiedziala mi, ze angazuje sie po stronie rzadzacej (byla katoliczka), bo bardzo chce wyjezdzac za granice. Od razu stracilem do niej zaufanie i slusznie, gdyz pozniej stala sie dziennikarka skrajnie prorezimowa.

Gdy tylko ktos z otoczenia rozpoczynal gadki o koniecznosci socjalistycznej przebudowy spoleczenstwa albo o zachodniej perfidii, to juz znaczylo ze chce sie dobrze urzadzic w nowym systemie i trzeba uwazac co sie do niego albo niej mowi. (Podobny proces, tylko ze w druga strone, nastapil w dobie upadku PRL: nagle namnozylo sie ludzi juz nie potrzebujacych wzglednie skromnych korzysci z konformizmu prosocjalistycznego, natomiast lakomych na antykomunistyczna kariere. Nie twierdze ze ci nowonawroceni na demokracje byli li tylkokarierowiczami, ale cos z karierowiczowstwa niewatpliwie w nich bylo. Rzecz glowna to brak osobistej odpowiedzialnosci za wlasne postepowanie, powaznego traktowania jakichkolwiek wyzszych wartosci.)

Jest zrozumiale, ze ludzie muszą jakoś przetrwać, ale tym gorzej im bardziej zakłamują się ze względów natury utylitarnej. Znaczenie takich ludzi jak Ossowscy było właśnie w ich osobistej godności, którą cenili przede wszystkim. Przy czym, nie była to godność li tylko na pokaz (ciekawe jak wielu pokazowych godnościowców namnożyło się w okresie upadku władzy komunistycznej, gdy już stawało się coraz mniej niebezpieczne urągać publicznie i prywatnie "władzy ludowej"), ale godność wynikająca z dobrowolnie podjętego obowiązku opiekuńczo-wychowaczego w stosunku do młodego pokolenia.

W wielu przypadkach dochodzilo do konfrontacji, w ktorej Ossowscy okazywali sie przeciwstawni nie tylko wulgarnemu marksizmowi ale takze tradycjonalistycznej wersji katolicyzmu. Jako katolik (nie tylko obecnie ale rowniez i przedtem) nie mialem w tym wzgledzie problemow z nimi, gdyz nigdy ani jedno ani drugie nie chcialo mnie do niczego agitowac, a nawet zdecydowanie wspolczuli oni ludziom bedacym ofiarami oficjalnej i nieoficjalnej walki owczesnej wladzy z religia. Zaostrzajace sie ciagle postepowanie tej wladzy bylo przez Ossowskich otwarcie krytykowane. Doceniali oni role obronna jaka wypelnial wowczas polski Kosciol katolicki. Sami nie szukali tam pomocy i ochrony ale szanowali patronat Kosciola w stosunku do ludzi poszukujacych w nim wlasnie oparcia. Nie znaczy to, ze nastapilo w nich jakies widome ureligijnienie - mam na mysli oczywiscie tylko ten okres gdy mialem z nimi zywy kontakt. (Nie bedac w kregu ich najblizszych, wiedzialem jednakze co w nim sie dzialo.)

Ossowski we wlasnym gronie nie zawsze byl dostatecznie jasny i dyskusje zwiazane z wypowiadanymi przez niego myslami byly nieco mglawicowe, co nie zawsze bylo mile widziane przez tych, ktorym taka mglawicowosc z jakichs wzgledow nie odpowiadala. Jak dalece Stanislaw Ossowski potrafil byc oderwany od rzeczywistosci go otaczajacej, o tym niech swiadczy nastepujaca sytuacja: przychodze na jego przyjecie imieninowe i tak sie zdarza ze jestem pierwszym gosciem. On czestuje mnie parokrotnie ciastkami, a nastepnie wita sie z kolejno naplywajacymi goscmi. Rowniez i potem od czasu do czasu podchodzi do mnie z ciastkami i czestuje, ale nie robi tego w stosunku do innych gosci. Domyslilem sie w czym rzecz: zona powiedziala mu zeby nie zapominal o gosciach; on podporzadkowal sie temu, ale z roztarnienia czestowal tylko mnie jednego. Maria Ossowska byla bardziej chodzaca po ziemi niz jej maz, ale ta roznica im chyba nie przeszkadzala gdyz akceptowali sie wzajemnie.

Wielkie oczytanie i kultura umyslowa obojga Ossowskich lezaly u podstaw ich walorow nauczycielskich. Przy tym bynajmniej nie chodzilo im o to, aby nas, ich uczniow, uformowac jednostronnie, albo swiadomie lub polswiadomie wszczepiac nam osobisty kult dla nich. Pamietam jak Ossowska powiedziala kiedys na swym seminarium socjologii moralnosci, ze sama byla juz tak dalece obyta z wykladanymi przez siebie pojeciami iz wrecz zatracala ich wyczucie. Apelowala abysmy szczerze komunikowali nasze wlasne odczucia, jeszcze nie stepione profesorska rutyna.

Rowniez Ossowski byl otwarty i chetny do dyskusji, ale bardziej niz jego zona sklonny do monologu, wynikajacego nie tyle z popadniecia we wlasne mysli i rozwazania, ile z nieustannej gotowosci do pelnego wyjasnienia danej sprawy, siegniecia az do dna. Tak wiec jako studenci mielismy na ogol lepszy kontakt z Ossowska niz z Ossowskim, choc jego wyklady wrecz oczarowywaly nas polotem, glebia mysli i szerokim oczytaniem wykladowcy. Nieco krepowalismy sie zadawac mu pytania, zwlaszcza, ze nieraz sklanialy go one do przekazania nam znacznie wiekszej, dodatkowej wiedzy, co moglo przytloczyc niejednego z nas, ktory juz nie chlonal, otrzymawszy wlasnie poprzedni pokazny ladunek. Ossowski wcale nie chcial nam zaimponowac, ale faktycznie wiedzial tak duzo i tak chetnie wracal do roznych swoich akademickich i nieakademickich doswiadczen, ze bylo to az nadto jak na nasze ograniczone mozliwosci chlonne.

Osobiscie nie mialem zadnych trudnosci z Ossowskim jako promotorem, gdyz ufal on w moja wiedze, akceptowal fakt, iz duzo nauczylem sie na moich dwuletnich studiach w Stanach Zjednoczonych. Byl zdecydowany mnie najpierw doktoryzowac (na podstawie ksiazki swiezo przez mnie opublikowanej), a potem habilitowac (na podstawie innej mojej ksiazki). Ale wiem, ze w stosunku do swoich najulubienszych uczniow byl bardziej wymagajacy niz w stosunku do mnie. Nieraz powodowalo to im klopoty, gdyz nie zawsze dobrze rozumieli intencje i posrednie krytyki swego mistrza.

Pamietam na przyklad, ze jednym z wybijajacych sie studentow Ossowskiego, jako teoretyk nie zawsze jasny ale ciekawy, byl Witold Jedlicki, ktory pozniej wyemigrowal do Izraela i zupelnie oddalil sie od polskiej socjologii. Kiedy po latach spotkalem go w Jerozolimie, zdziwilem sie, ze przeszedl tam do pracy bardzo praktycznej na polu pomocy spolecznej.

Tak nieraz zdarza sie w zyciu, ze wiecej wymagamy od tych, ktorych kochamy, a to bynajmniej nie zawsze jest mile widziane zwlaszcza wsrod czeladnikow mistrza, ktorzy przeciez chca sie usamodzielnic wczesniej czy pozniej. Wazne bylo to, ze oboje Ossowscy utrzymywali z "czeladnikami" stosunki nie tylko zawodowo-intelektualne, ale takze i towarzyskie. Bylo to grono nieraz wspolnie spedzajace wakacje, spotykajace sie wieczorami, chodzace na towarzyskie spotkania, odczyty, filmy, koncerty i przedstawienia teatralne. To jednak zobowiazywalo czlonkow tego grona, i mimo ze Ossowskich bardzo lubilem i szanowalem, bylo moze lepiej ze towarzysko widywalem sie z nimi raczej rzadko. To usamodzielnialo mnie i bylem zdany na samego siebie, co zreszta bardzo mi odpowiadalo. Inna rzecz, ze niemal wszyscy w ich gronie byli bezwyznaniowi, a ja, z moim katolicyzmem, choc unikajacy klerykalizmu i wszelkiej nietolerancji w stosunku do odmiennych pogladow, jednak pozostawalem na "swoich smieciach."

Dzis jestem rad, ze wiara katolicka ogromnie dopomogla mi duchowo przetrwac zarowno komunizm, jak rowniez zeswiecczenie grupy warszawskiej, w ktorej bylem w latach 1949-1968. Dalej wysoce cenie to grono, ale dobrze ze wowczas duchowo nie uleglem mu i, mimo kpin i docinkow, pozostalem soba. Mialem chyba wyjatkowe szczescie, ze utrzymalem sie na Uniwersytecie Warszawskim w latach 1960-1968, mimo szybko postepujacego upartyjnienia kadry naukowej.

W owczesnych kregach intelektualnych byly znaczne uprzedzenia do chrzescijan w ogolnosci, a do katolikow w szczegolnosci. Ossowscy nigdy mi tego nie dali poznac, ale chyba trudno bylo im traktowac jakiegos katolika jak zupelnie swego, choc jestem przekonany, ze mieli w tym wzgledzie dobra wole. Ich swiat byl zdecydowanie laicki, a tymbardziej bylo w nim obrzydzenie do wszelkiego antysemityzmu, ktory niestety zaznaczyl sie dosc jednoznacznie w okresie miedzywojennym, kiedy to na przyklad w uczelniach warszawskich usilowano oddzielic studentow pochodzenia zydowskiego od Polakow-katolikow. Ossowscy byli po stronie pokrzywdzonych zarowno przed wladza komunistyczna, jak tez pod nia.

Stanislaw Ossowski najbardziej zaimponowal mi wowczas, gdy wykladal w sali opanowanej przez bojowke komunistyczna, zlozona zreszta po czesci z tych, ktorzy pozniej zrobili kariery antykomunistow, gdy ostatecznie przejrzeli i postanowili zbuntowac sie przeciwko tej samej wladzy. W czasie, o ktorym mowa, a wiec w poznych latach czterdziestych i poczatkowych piecdziesiatych, wladza komunistyczna polecila swym mlodym zwolennikom na Uniwersytecie Warszawskim wykonczyc Ossowskiego psychicznie i moralnie, poprzez nieustane atakowanie go podczas kazdego wykladu i ciagle oskarzanie go o "sluzalczy stosunek do burzuazyjnej nauki." Ossowski mial zostac wyszydzony, osmieszony i skompromitowany jako uczony, rzekomo opowiadajacy sie za "krwiozerczym" kapitalizmem, co bylo zreszta absurdalne z uwagi na lewicowa przeszlosc Ossowskiego.

Wiekszosc sluchaczy na sali bala sie zabrac glos, gdyz juz wtedy zapelnily sie wiezienia. Na to wlasnie liczyli przesladowcy: ze Ossowski osaczony i bez publicznego poparcia go przez chocby czesc sali, ostatecznie zalamie sie, straci spokoj, zacznie sie klocic ze swymi przesladowcami, zgubi watek, da sie sprowokowac do awantury na sali i ostatecznie sam zrezygnuje z wykladania. Ossowski, chociaz dosc nerwowy, wyszedl z wielkim honorem i sukcesem z tej opresji: nie stracil watku, sam caly czas rzeczowo i grzecznie odpowiadal na stek posadzen, kpin i oszczerstw, ktorymi zarzucali go bojowkarze. Ossowski odradzal wtedy przyjaciolom i znajomym wystepowac w jego obronie aby ich nie narazac na ostre przesladowania. W rezultacie tej nagonki pozbawiono go prawa nauczania, usunieto calkowicie w cien, ale jednak nie doszlo do procesu przeciwko "Ossowskiemu i towarzyszom." Po czesci stalo sie tak moze dlatego, ze lewicowa inteligencja, tak odwaznie sprzeciwiajaca sie niegdys dyktatowi Pilsudczykow, pod komuna calkowicie nabrala wody w usta i zajela sie przede wszystkim dbaniem o swe dobro materialne oraz korzystaniem z roznych komunistycznych dobrodziejstw, np. w postaci subwencjonowanych wyjazdow, wczasow itd. Wsrod innych, moj dlugoletni, serdeczny i czcigodny przyjaciel, Jan Wolski, spoldzielca i mason, mial podobny zal do swych masonskich przyjaciol, ale on byl moze sam zbyt krewki i nie dosc realistyczny co do mozliwosci skutecznego przeciwstawienia sie rzadzacej komunie.

Ossowscy usuneli sie w zacisze domowe, czytali wiele i pisali, czekajac na dalszy rozwoj wypadkow, utrzymywali stosunki z wybranem gronem ludzi zaufanych, z ktorych zreszta czesc niezle sie wowczas uplasowala, praktycznie wykorzystujac swoj lewicowy rodowod.W kregu bliskim Ossowskim ludzi, otwarcie i doglebnie krytykowano wladze komunistyczna ale i niekiedy obficie korzystano z wszelkich ulatwien zyciowych jakie mozna bylo sobie zapewnic przez kontakty z ludzmi wladzy. Ossowskich - to od innych roznilo, ze dobrowolnie zyli na skromnym poziomie, nie ubiegajac sie o jakiekolwiek przywileje, ktorymi wszakze nie pogardzali ich znajomi o podobnie lewicowych lub wolnomyslicielskich korzeniach. Oboje Ossowscy nie afiszowali sie publicznie swym laicyzmem i nie podpisywali jakichkolwiek antykoscielnych deklaracji. Ja, jako katolik, nigdy nie czulem sie przez nich dyskryminowany, mimo iz osobnicy o swiatopogladzie laickim byli im oczywiscie swiatopogladowo duzo blizsi niz ja.

Przez mieszkanie Ossowskich ciagle przewijali sie ludzie, ktorym oni w rozny sposob pomagali, patronowali, radzili, wspierali. Ja mialem taki szacunek do obojga Ossowskich, ze wstydzilem sie ich nachodzic. Ale i ja zaznalem od nich sporo ciepla, co okazalo sie przy moim doktoracie i habilitacji gdy Ossowski odniosl sie do mnie bardzo zyczliwie uznajac, ze moje dwuletnie studia w USA duzo mnie nauczyly. Kiedy niektorzy kpili z mojej dosc intensywnej dzialalnosci wydawniczej (udalo mi sie wydac szereg ksiazek z dziedziny socjologii pracy i zarzadzania), a nawet namawiali moja zone aby powstrzymala mnie w tym wzgledzie, bo jakoby za duzo publikowalem, Ossowscy, zawsze mi zyczliwi, pochwalali to ze bylem intelektualnie aktywny. Do dzis wspominam ich dobre serce i rozumne podejscie. Moj glowny dorobek naukowy w calym moim zyciu osiagnalem wlasnie w latach 1960-tych na Uniwersytecie Warszawskim, po powrocie z dwuletnich studiow amerykanskich.

W roku akademickim 1956/57, gdy socjologia została wskrzeszona (zresztą niedługo potem PZPR skierowała do niej właśnie szereg swoich ludzi aby zmarksizować tę dziedzinę), Profesor Ossowski na pierwszym zebraniu przywróconego Polskiego Towarzystwa Socjologicznego ogłosił możliwość otrzymania amerykańskiego stypendium na roczne studia w USA i gdy jako jedyny zainteresowany zgłosiłem się o nie, poparł mój wniosek. Do dziś nie wiem jakim cudem udało mi się wyjechać a nawet przedłużyć pobyt tam o rok.

Niedawno w telewizji warszawskiej wysłuchałem Profesora Adama Schaffa, głównego maga marksistowsko-leninowskiego tamtych czasów, który głosił, że przewidział był upadek sowieckiego komunizmu i szczerze starał się, żeby wysyłać na Zachód polskich uczonych. Czy to jest prawda? Gdy napisałem do niego list z prośbą o wyjaśnienie nigdy mi nie odpowiedział.

W kazdym razie bylem chyba pierwszym amerykanskim stypendysta z PRL w naukach spolecznych. Wprawdzie Ossowski spoznil sie ze swoja opinia (zostala przetrzymana przez jego asystenta) i ja to stypendium (US$ 150 miesiecznie przez 12 miesiecy) poczatkowo stracilem, ale na szczescie ten, ktory wygral konkurs zrezygnowal, bo otrzymal inne, lepsze stypendium. Ja automatycznie wskoczylem na jego miejsce. Gdy wrocilem ze Stanow Zjednoczonych, Ossowski wyrazil gotowosc zatrudnienia mnie na Uniwersytecie Warszawskim, ale nastepnie poprosil swojego przyjaciela, Profesora Nowakowskiego, aby ten przyjal mnie do swojej katedry, co sie tez stalo. Najwazniejsze, ze doktorat i habilitacje zrobilem u Profesora Stanislawa Ossowskiego, zas Profesorowie Tadeusz Kotarbinski i Edward Lipinski byli recenzentami.

Chodzilem na seminaria obojga Ossowskich i nieraz ich spotykalem przy roznych okazjach. Oboje wykazywali mi znaczna zyczliwosc, choc tego samego nie moglem powiedziec o dosc snobistycznym gronie asystentow. Pisalem ksiazki, uczylem, zajmowalem sie doradctwem organizacyjnym. Mialem wowczas znaczne powodzenie na polu ksztalcenia organizacyjno-kierowniczego w przemysle z ramienia Towarzystwa Naukowego Organizacji i Kierownictwa. Wszedzie znajdowalem zywe zainteresowanie moja wiedza, ktora nabylem w Stanach Zjednoczonych. Ale przy tym wszystkim rosla niechec do mnie ze strony nie tylko upartyjnionej kadry akademickiej, w odroznieniu do akceptacji mnie przez oboje Ossowskich.

W roku 1967 wladza ministerialna oswiadczyla mi oficjalnie, iz ani na profesure ani na fundusze badawcze nie moge liczyc. Moj bezposredni przelozony akademicki byl bezpartyjny i czul sie bezsilny co do mojego ewentualnego awansu, choc niewatpliwie dobrze mi zyczyl. Zdecydowalem sie podjac dwuletni kontrakt pracy jako profesor w Uniwersytecie Zambii. Maria Ossowska (Stanislaw Ossowski juz wowczas nie zyl) nie powstrzymywala mnie przed ta decyzja, zwlaszcza ze czasy staly sie politycznie ciezkie, o czym Pani Maria otwarcie mowila.

Z dzisiejszej perspektywy postrzegam Ossowskich w bardzo trudnej sytuacji, gdyz bedac lewicowo-postepowi w Polsce miedzywojennej i dzialajac w podziemiu antyhitlerowskim podczas okupacji, znalezli sie pod nowa wladza, ktora glosno mienila sie byc postepowo-lewicowa, a z gory nie znosila kogokolwiek widzacego krytycznie owa "socjalistyczna" rzeczywistosc. W dodatku, Ossowscy reprezentowali autorytet akademicko-naukowy niezalezny od obowiazujacej zwulgaryzowanej doktryny marksistowsko-leninowskiej-stalinowskiej, a wiec sila rzeczy stanowiacy powazna konkurencje w stosunku do bonzow partyjnych. Chetnie by ich pewnie przyjeto do PZPR - do wlasnego uprzywilejowanego grona - gdyby wyrzekli sie samych siebie i oddali sie w sluzbe doktryny marksistowsko-leninowskiej, jak to przeciez uczynila duza liczba moich uniwersyteckich kolegow. (Warto tu przypomniec ze w latach 1980-tych na milion osob kierowniczego personelu w Polsce, 93% bylo w PZPR, a pare procent w innych partiach tzw. Frontu Jednosci Narodu).

Ja sam, wraz z czescia moich przyjaciol, zdecydowanie odrzucilem w poznych latach czterdziestych oferte wejscia do pozniejszego PAXu), wowczas Dzis i Jutro), widzac w nim niedwuznacznie prokomunistyczna agenture. Nigdy nie chcialem pracowac zarobkowo i zyc z katolicyzmu, choc staralem sie zrozumiec tych moich kolegow, ktorzy poszli na wspolprace z Boleslawem Piaseckim, widzac w tym jedyna mozliwosc swojej kariery religijno-polityczno-dziennikarskiej.

Ossowscy byli zdecydowanie przeciwko upartyjnieniu, a nawet nie skladali zadnych wiernopoddanczych deklaracji. A przeciez nacisk odgorny byl ogromny, a nadzieja na interwencje z zewnatrz zadna. W tym trudnym okresie wielu ludzi, nawet prawicowych, uleglo i sluzylo nowej wladzy jako konfidenci, bezkrytyczni chwalcy, posluszni wykonawcy, pokazowi postepowcy. Pamietam nawet tych bylych ksiezy, ktorzy wzieli sie do uprawiania marksistowsko-leninowskiej filozofii i odpowiednio pod nia ksztaltowali umysly studentow. A tutaj nagle jacys Ossowscy, jakoby reprezentujacy "burzuazyjna socjologie," osmielaja sie miec wlasne zdanie i nauczac mlodziez po swojej mysli! To bylo wysoce nie w smak ludziom wladzy, zwlaszcza, ze kontakt Ossowskich z mlodzieza grozil rozprzestrzenianiem sie "burzuazyjnych" pogladow (bo przeciez wszystko co nie bylo marsistowsko-leninowsko-stalinowskie automatycznie bylo "burzuazyjne" !)

Historia podyktowała inaczej: dawni aktywiści partyjni są teraz sojusznikami kapitalistycznego Zachodu i sami ćwiczą się w zagarnianiu "nadwyżki" dla siebie i swych kumpli. Orientacja socjalistyczna (we właściwym tego słowa znaczeniu) jest w Polsce współczesnej li tylko nikłą pozostałością, nie mogącą liczyć na masowe poparcie. Socjologia nadal jest w modzie, a prace obojga Ossowskich ciągle wyśmienicie nadają się do nauczania w uniwersytetach, znacznie lepiej aniżeli prace bezkrytycznych wielbicieli kapitalizmu i USA (aczkolwiek niekiedy ci sami autorzy byli niegdyś euforycznie bezkrytyczni wobec ZSRR, materializmu historycznego, rzekomej władzy ludu itp.).

Nie jest li tylko przypadkiem, ze Stanisław i Maria Ossowscy byli po prostu mili, autentyczni, zachłanni prawdy, niezależnie myślący, życzliwi ludziom, mający odwagę osobistą, zdolni opierać się przemocy. Nie każdy kto nie modli się pod figura ma diabła za skórą!

* * *

Bardzo dużo zawdzięczam Stanisławowi i Marii Ossowskim, przede wszystkim ich przewodnictwo duchowo-zawodowe w najcięższym okresie mojego życia.

W okresie stalinowskim czułem się bardzo osamotniony, zwłaszcza gdy nasze niewielkie grono towarzysko-dyskusyjne ostro przesłuchiwano w UB z intencją zrobienia nam procesu pokazowego. Na szczęście - właśnie wtedy w 1954 roku - nastąpiła czystka w UB po ucieczce płk. Światły i wyszliśmy na ogól cało, choć jeden z nas, który napisał studium na temat socjalizmu zhumanizowanego, przesiedział szereg miesięcy w więzieniu, a tekstu nigdy mu nie zwrócono.

Fakt, że natknąłem się na oboje Ossowskich w tych trudnych czasach bardzo mnie podbudował. Sądzę, że koledzy, którzy poszli na służbę do Bolesława Piaseckiego, zrobili to po części po to, żeby być w grupie, a nie samotnie. Niestety, żaden z nich nie opublikował dotąd na ten temat wiarygodnych wspomnień (a może Tadeusz Mazowiecki kiedyś coś o tym napisze?).

Dzisiaj trzeba w pełni zrozumieć pustkę, w jakiej znalazło się dorastające pokolenie moje i moich kolegów gdy Polska została oddana pod "opiekę" ZSSR.

Aleksander Matejko
University of Alberta, Edmonton, październik 1997








Copyright © 1997-20007 Zwoje