
Oboje Ossowskich, a szczegolnie Pania Marie, pamietam przede wszystkim jako ludzi prawych i
madrych, a przy tym takze milych, czego bynajmniej nie mozna powiedziec o wszystkich naszych profesorskich
kolegach, zwlaszcza obecnie, gdy nieustanna pogon za dodatkowym zarobkiem znacznie uszczupla stosunki
zarowno ze studentami, jak i we wlasnym profesorskim gronie. Gdzie podzialy
sie owe urocze spotkania przy kawie, nie tylko na plotki towarzysko-uczelniano-zawodowe, nie tylko o tym kto z kim i na jak
dlugo, ale tez co ciekawego dzieje sie w roznych dziedzinach wiedzy? Nawet
powazne pisma o podstawowym znaczeniu akademickim leza dzis na polkach nie czytane, a
wiesci przekazywane sobie nawzajem przez internet staja sie zalosnie plotkarskie, jak
mozna przekonac sie nalezac do polskich internetowych klubow dyskusyjnych.
Stanislaw i Maria Ossowscy, bardzo znani socjologowie warszawscy, ktorzy wychowali cale pokolenia na Uniwersytecie Warszawskim, byli nie tylko madrzy, ale rowniez i swiatli. Znaczy to, ze poswiecali duzo czasu i wysilku na czytanie rzeczy waznych nie tylko w skali krajowej ale tez i miedzynarodowej; uczestniczyli zywo w zyciu kulturalnym i zachecali do tego samego swych uczniow; dbali o swoj intelektualny rozwoj (dopoki im bylo wolno, podrozowali za granice nie aby tylko zwiedzac ale aby studiowac, a nie majac wlasnych dzieci, otaczali przyjaznia i opieka szereg osob mlodszych od siebie, zwlaszcza gdy byly one osamotnione i szczegolnie bolesnie odczuwaly brak glebszej zyczliwosci ze strony najblizszego otoczenia.
Natomiast wbrew duchowi owczesnej epoki, Ossowscy nie glowili sie nad tym jak przeskoczyc na nowe pozycje ideologiczne i dobrze urzadzic sie pod nowa wladza, odcinajac kupony za swoja przedwojenna lewicowosc i laickosc. Kameleon nie byl ich ulubionym zwierzaciem. Cechowala ich skromnosc, a wiec cos bynajmniej nie powszechne wsrod ich owczesnych rodakow, ktorych spora czesc, zwlaszcza w wielkomiejskiej inteligencji, bardzo przejmowala sie tym jak uscielic sobie wygodne gniazdko pod czerwona bandera.
W programowym konformizmie takich ludzi bywal tez akcent tragiczny. Na przyklad, moj dobry znajomy, wiezien Oswiecimia, a w PRL dyrektor przemyslowy wysokiego szczebla i oczywiscie aktywista PZPR, powiedzial mi poufnie, ze od wyjscia z obozu jest mu wszystko jedno, byle mial gdzie spac i co jesc - a to wlasnie Partia mu obficie zapewniala (zreszta na wakacjach, gdzie go nie znano, chodzil wraz ze swoim synem na Msze sw.).
Ossowscy, po prostu az draznili tym, ze byli oboje w zgodzie z samymi soba i strach o przezycie byl im obcy: zyli skromnie ale wygodnie, traktowali swych studentow opiekunczo. Profil wspolczesnego im profesora nieustannie zajetego zarobkiem na boku i usilnym szukaniem okazji do przewietrzenia sie za granica (chocby nawet tylko komunistyczna) byl im nie tylko obcy, ale chyba raczej wstretny.
Wyklady Ossowskich byly oryginalne, starannie przygotowane. Zawsze mieli czas dla studentow i mlodszych pracownikow naukowych. Prawda, ze Ossowski byl stale pograzony w swoich myslach i roztargniony, za co jego zona dobrotliwie go strofowala, ale to nie znaczylo zeby uciekal od mlodych, dopytujacych go o to lub tamto. Jego dobra wola byla zawsze oczywista, co zreszta powodowalo swoista naiwnosc: nie podejrzewal, ze ktos go chce w cos wrobic (To rowniez cechowalo Profesora Tadeusza Kotarbinskiego, mojego drugiego ulubionego patrona.)
Glowna zasluga Ossowskich byl intelektualny, moralny i polityczny opor w stosunku do komunistycznej wladzy - tym dotkliwszy dla tej wladzy wlasnie dlatego, ze sami byli laiccy, zwiazani z przedwojenna lewica. Byc moze bylo im wstyd za komunistyczne zniewolenie spoleczenstwa w imie wartosci, ktore oni czesciowo podzielali. Oczywiscie, odrzucali oni wszelka nikczemnosc i brutalne zniewolenie rodakow. Oboje Ossowscy dawali chlubny przyklad trzymania sie swych wlasnych wartosci polityczno-moralno-intelektualnych, szczegolnie w sytuacji gdy rzadzaca komuna uzurpowala sobie rodowod podobny do tego, ktory oni traktowali na serio.
Ich powazne moralne i intelektualne zaangazowanie jasno odroznialo sie od marazmu, kretactwa ideologicznego i moralnego a nawet kolaboracji wielu ludzi z akademickiego otoczenia, ktorzy wladztwo komunistyczne traktowali jako wystarczajacy powod aby nie czuc sie odpowiedzialni za samych siebie, a za to skwapliwie zagarniac wszystko to, co wiazalo sie z przynaleznoscia do kasty uprzywilejowanych.
W gruncie rzeczy, oportunizmu bylo wowczas bez liku i po czesci wynikalo to z nie dosc odpowiedzialnej postawy antykomunistow majacych ambicje przywodcze, a rownoczesnie niezyciowych w swych oczekiwaniach w stosunku do otaczajacej ich spolecznosci. Posrednie chocby ulatwienie wypelnienia wiezien w owczesnej Polsce ludzmi gotowymi za wszelka cene zwalczac komunizm nie bylo bynajmniej rozumnym celem, zwlaszcza gdy zachodnie potegi przyjely w stosunku do bloku sowieckiego postawe niedwuznacznie pojednawcza. Mozna sie dzis spierac o to, co w ruchu oporu (bo taki caly czas istnial, choc w postaci niezorganizowanej) bylo rozumne, a co glupie, lub wrecz niekiedy zlowieszcze, ale sytuacja byla niewatpliwie trudna moralnie i patriotycznie, zupelnie inaczej niz pozniej w dobie "Solidarnosci."
Sadze, iz tacy ludzie jak Ossowscy, Kotarbinski i inni mieli duzo racji, choc ich laicyzm byl mi obcy. W tlumie cynikow i cwaniaczkow zazwyczaj znajda sie chocby nieliczni "poszukiwacze sprzecznosci" i entuzjasci prawdomownosci, ktorzy ratuja honor calej zbiorowosci. Gdyby w najciemniejszym okresie wladztwa komunistycznego nie znalazlo sie dostatecznie wielu ludzi takich jak Ossowscy, to rezulaty tego dlugoletniego wladztwa bylyby jeszcze smutniejsze niz sa (vide na przykladzie dawnego ZSRR). Sam, gdy w poznych latach piecdziesiatych znalazlem sie po raz pierwszy na wolnym Zachodzie, bylem zaskoczony nierozsadnym i krzywdzacym osadem wielu emigrantow o tym jak faktycznie wowczas zyli i pracowali w kraju ich rodacy, starajac sie w trudnych warunkach robic cos trwale pozytecznego. Gdy tylko wspomnialem cos na ten temat w emigranckim srodowisku, to zaraz gaszono mnie za przejaw rzekomej komunizacji, pomimo mojego katolicyzmu. Obowiazywal deklaratywny antykomunizm i kto jemu nie podporzadkowal sie bezwzglednie, tego widziano jako wroga albo co najmniej odstepce.
Oboje Ossowscy cala swoja postawa starali sie apelowac do rozumu i zachecac do szukania prawdy wszedzie tam gdzie mogla byc zawarta. Zastanowienie, oparte na przeslankach naukowych, podejscie bez uprzedzenia do wszystkiego co bylo warte poznania - to stanowilo plaszczyzne ich kontaktu z kolegami po fachu, znajomymi a takze z mlodzieza studiujaca. Oczywiscie, w danych warunkach narazalo to Ossowskich na nieustanne klopoty, bo przeciez wladzy politycznej zalezalo na czyms diametralnie innym: na uformowaniu kadr ideologicznie jednorodnych, slepo poslusznych, wrecz cynicznych w stosunku do siebie samych, najblizszego otoczenia i reszty spoleczenstwa. Wszyscy mieli udawac, ze sa wladzy bezwzglednie oddani, traktuja na serio sojusz z ZSRR, brzydza sie kapitalizmu i "burzuazyjnej moralnosci," ciesza sie, ze maja "prawdziwy socjalizm." Pamietam szereg osob w moim zawodowym i towarzyskim otoczeniu, ktore przechodzily okres dobrowolnego "nawrocenia sie na PRL." Na przyklad, pewien bardzo znany pisarz, gdy rozmawial ze mna prywatnie, biadal nad tym co dzialo sie wokol, ale pisal wowczas (o czym nie wiedzialem) powiesc otwierajaca mu kariere tworcy rezimowego. Moja sympatia powiedziala mi, ze angazuje sie po stronie rzadzacej (byla katoliczka), bo bardzo chce wyjezdzac za granice. Od razu stracilem do niej zaufanie i slusznie, gdyz pozniej stala sie dziennikarka skrajnie prorezimowa.
Gdy tylko ktos z otoczenia rozpoczynal gadki o koniecznosci socjalistycznej przebudowy spoleczenstwa albo o zachodniej perfidii, to juz znaczylo ze chce sie dobrze urzadzic w nowym systemie i trzeba uwazac co sie do niego albo niej mowi. (Podobny proces, tylko ze w druga strone, nastapil w dobie upadku PRL: nagle namnozylo sie ludzi juz nie potrzebujacych wzglednie skromnych korzysci z konformizmu prosocjalistycznego, natomiast lakomych na antykomunistyczna kariere. Nie twierdze ze ci nowonawroceni na demokracje byli li tylkokarierowiczami, ale cos z karierowiczowstwa niewatpliwie w nich bylo. Rzecz glowna to brak osobistej odpowiedzialnosci za wlasne postepowanie, powaznego traktowania jakichkolwiek wyzszych wartosci.)
Jest zrozumiale, ze ludzie musza jakos przetrwac, ale tym gorzej im bardziej zaklamuja sie ze wzgledow natury utylitarnej. Znaczenie takich ludzi jak Ossowscy bylo wlasnie w ich osobistej godnosci, ktora cenili przede wszystkim. Przy czym, nie byla to godnosc li tylko na pokaz (ciekawe jak wielu pokazowych godnosciowcow namnozylo sie w okresie upadku wladzy komunistycznej, gdy juz stawalo sie coraz mniej niebezpieczne uragac publicznie i prywatnie "wladzy ludowej"), ale godnosc wynikajaca z dobrowolnie podjetego obowiazku opiekunczo-wychowaczego w stosunku do mlodego pokolenia.
W wielu przypadkach dochodzilo do konfrontacji, w ktorej Ossowscy okazywali sie przeciwstawni nie tylko wulgarnemu marksizmowi ale takze tradycjonalistycznej wersji katolicyzmu. Jako katolik (nie tylko obecnie ale rowniez i przedtem) nie mialem w tym wzgledzie problemow z nimi, gdyz nigdy ani jedno ani drugie nie chcialo mnie do niczego agitowac, a nawet zdecydowanie wspolczuli oni ludziom bedacym ofiarami oficjalnej i nieoficjalnej walki owczesnej wladzy z religia. Zaostrzajace sie ciagle postepowanie tej wladzy bylo przez Ossowskich otwarcie krytykowane. Doceniali oni role obronna jaka wypelnial wowczas polski Kosciol katolicki. Sami nie szukali tam pomocy i ochrony ale szanowali patronat Kosciola w stosunku do ludzi poszukujacych w nim wlasnie oparcia. Nie znaczy to, ze nastapilo w nich jakies widome ureligijnienie - mam na mysli oczywiscie tylko ten okres gdy mialem z nimi zywy kontakt. (Nie bedac w kregu ich najblizszych, wiedzialem jednakze co w nim sie dzialo.)
Ossowski we wlasnym gronie nie zawsze byl dostatecznie jasny i dyskusje zwiazane z wypowiadanymi przez niego myslami byly nieco mglawicowe, co nie zawsze bylo mile widziane przez tych, ktorym taka mglawicowosc z jakichs wzgledow nie odpowiadala. Jak dalece Stanislaw Ossowski potrafil byc oderwany od rzeczywistosci go otaczajacej, o tym niech swiadczy nastepujaca sytuacja: przychodze na jego przyjecie imieninowe i tak sie zdarza ze jestem pierwszym gosciem. On czestuje mnie parokrotnie ciastkami, a nastepnie wita sie z kolejno naplywajacymi goscmi. Rowniez i potem od czasu do czasu podchodzi do mnie z ciastkami i czestuje, ale nie robi tego w stosunku do innych gosci. Domyslilem sie w czym rzecz: zona powiedziala mu zeby nie zapominal o gosciach; on podporzadkowal sie temu, ale z roztarnienia czestowal tylko mnie jednego. Maria Ossowska byla bardziej chodzaca po ziemi niz jej maz, ale ta roznica im chyba nie przeszkadzala gdyz akceptowali sie wzajemnie.
Wielkie oczytanie i kultura umyslowa obojga Ossowskich lezaly u podstaw ich walorow nauczycielskich. Przy tym bynajmniej nie chodzilo im o to, aby nas, ich uczniow, uformowac jednostronnie, albo swiadomie lub polswiadomie wszczepiac nam osobisty kult dla nich. Pamietam jak Ossowska powiedziala kiedys na swym seminarium socjologii moralnosci, ze sama byla juz tak dalece obyta z wykladanymi przez siebie pojeciami iz wrecz zatracala ich wyczucie. Apelowala abysmy szczerze komunikowali nasze wlasne odczucia, jeszcze nie stepione profesorska rutyna.
Rowniez Ossowski byl otwarty i chetny do dyskusji, ale bardziej niz jego zona sklonny do monologu, wynikajacego nie tyle z popadniecia we wlasne mysli i rozwazania, ile z nieustannej gotowosci do pelnego wyjasnienia danej sprawy, siegniecia az do dna. Tak wiec jako studenci mielismy na ogol lepszy kontakt z Ossowska niz z Ossowskim, choc jego wyklady wrecz oczarowywaly nas polotem, glebia mysli i szerokim oczytaniem wykladowcy. Nieco krepowalismy sie zadawac mu pytania, zwlaszcza, ze nieraz sklanialy go one do przekazania nam znacznie wiekszej, dodatkowej wiedzy, co moglo przytloczyc niejednego z nas, ktory juz nie chlonal, otrzymawszy wlasnie poprzedni pokazny ladunek. Ossowski wcale nie chcial nam zaimponowac, ale faktycznie wiedzial tak duzo i tak chetnie wracal do roznych swoich akademickich i nieakademickich doswiadczen, ze bylo to az nadto jak na nasze ograniczone mozliwosci chlonne.
Osobiscie nie mialem zadnych trudnosci z Ossowskim jako promotorem, gdyz ufal on w moja wiedze, akceptowal fakt, iz duzo nauczylem sie na moich dwuletnich studiach w Stanach Zjednoczonych. Byl zdecydowany mnie najpierw doktoryzowac (na podstawie ksiazki swiezo przez mnie opublikowanej), a potem habilitowac (na podstawie innej mojej ksiazki). Ale wiem, ze w stosunku do swoich najulubienszych uczniow byl bardziej wymagajacy niz w stosunku do mnie. Nieraz powodowalo to im klopoty, gdyz nie zawsze dobrze rozumieli intencje i posrednie krytyki swego mistrza.
Pamietam na przyklad, ze jednym z wybijajacych sie studentow Ossowskiego, jako teoretyk nie zawsze jasny ale ciekawy, byl Witold Jedlicki, ktory pozniej wyemigrowal do Izraela i zupelnie oddalil sie od polskiej socjologii. Kiedy po latach spotkalem go w Jerozolimie, zdziwilem sie, ze przeszedl tam do pracy bardzo praktycznej na polu pomocy spolecznej.
Tak nieraz zdarza sie w zyciu, ze wiecej wymagamy od tych, ktorych kochamy, a to bynajmniej nie zawsze jest mile widziane zwlaszcza wsrod czeladnikow mistrza, ktorzy przeciez chca sie usamodzielnic wczesniej czy pozniej. Wazne bylo to, ze oboje Ossowscy utrzymywali z "czeladnikami" stosunki nie tylko zawodowo-intelektualne, ale takze i towarzyskie. Bylo to grono nieraz wspolnie spedzajace wakacje, spotykajace sie wieczorami, chodzace na towarzyskie spotkania, odczyty, filmy, koncerty i przedstawienia teatralne. To jednak zobowiazywalo czlonkow tego grona, i mimo ze Ossowskich bardzo lubilem i szanowalem, bylo moze lepiej ze towarzysko widywalem sie z nimi raczej rzadko. To usamodzielnialo mnie i bylem zdany na samego siebie, co zreszta bardzo mi odpowiadalo. Inna rzecz, ze niemal wszyscy w ich gronie byli bezwyznaniowi, a ja, z moim katolicyzmem, choc unikajacy klerykalizmu i wszelkiej nietolerancji w stosunku do odmiennych pogladow, jednak pozostawalem na "swoich smieciach."
Dzis jestem rad, ze wiara katolicka ogromnie dopomogla mi duchowo przetrwac zarowno komunizm, jak rowniez zeswiecczenie grupy warszawskiej, w ktorej bylem w latach 1949-1968. Dalej wysoce cenie to grono, ale dobrze ze wowczas duchowo nie uleglem mu i, mimo kpin i docinkow, pozostalem soba. Mialem chyba wyjatkowe szczescie, ze utrzymalem sie na Uniwersytecie Warszawskim w latach 1960-1968, mimo szybko postepujacego upartyjnienia kadry naukowej.
W owczesnych kregach intelektualnych byly znaczne uprzedzenia do chrzescijan w ogolnosci, a do katolikow w szczegolnosci. Ossowscy nigdy mi tego nie dali poznac, ale chyba trudno bylo im traktowac jakiegos katolika jak zupelnie swego, choc jestem przekonany, ze mieli w tym wzgledzie dobra wole. Ich swiat byl zdecydowanie laicki, a tymbardziej bylo w nim obrzydzenie do wszelkiego antysemityzmu, ktory niestety zaznaczyl sie dosc jednoznacznie w okresie miedzywojennym, kiedy to na przyklad w uczelniach warszawskich usilowano oddzielic studentow pochodzenia zydowskiego od Polakow-katolikow. Ossowscy byli po stronie pokrzywdzonych zarowno przed wladza komunistyczna, jak tez pod nia.
Stanislaw Ossowski najbardziej zaimponowal mi wowczas, gdy wykladal w sali opanowanej przez bojowke komunistyczna, zlozona zreszta po czesci z tych, ktorzy pozniej zrobili kariery antykomunistow, gdy ostatecznie przejrzeli i postanowili zbuntowac sie przeciwko tej samej wladzy. W czasie, o ktorym mowa, a wiec w poznych latach czterdziestych i poczatkowych piecdziesiatych, wladza komunistyczna polecila swym mlodym zwolennikom na Uniwersytecie Warszawskim wykonczyc Ossowskiego psychicznie i moralnie, poprzez nieustane atakowanie go podczas kazdego wykladu i ciagle oskarzanie go o "sluzalczy stosunek do burzuazyjnej nauki." Ossowski mial zostac wyszydzony, osmieszony i skompromitowany jako uczony, rzekomo opowiadajacy sie za "krwiozerczym" kapitalizmem, co bylo zreszta absurdalne z uwagi na lewicowa przeszlosc Ossowskiego.
Wiekszosc sluchaczy na sali bala sie zabrac glos, gdyz juz wtedy zapelnily sie wiezienia. Na to wlasnie liczyli przesladowcy: ze Ossowski osaczony i bez publicznego poparcia go przez chocby czesc sali, ostatecznie zalamie sie, straci spokoj, zacznie sie klocic ze swymi przesladowcami, zgubi watek, da sie sprowokowac do awantury na sali i ostatecznie sam zrezygnuje z wykladania. Ossowski, chociaz dosc nerwowy, wyszedl z wielkim honorem i sukcesem z tej opresji: nie stracil watku, sam caly czas rzeczowo i grzecznie odpowiadal na stek posadzen, kpin i oszczerstw, ktorymi zarzucali go bojowkarze. Ossowski odradzal wtedy przyjaciolom i znajomym wystepowac w jego obronie aby ich nie narazac na ostre przesladowania. W rezultacie tej nagonki pozbawiono go prawa nauczania, usunieto calkowicie w cien, ale jednak nie doszlo do procesu przeciwko "Ossowskiemu i towarzyszom." Po czesci stalo sie tak moze dlatego, ze lewicowa inteligencja, tak odwaznie sprzeciwiajaca sie niegdys dyktatowi Pilsudczykow, pod komuna calkowicie nabrala wody w usta i zajela sie przede wszystkim dbaniem o swe dobro materialne oraz korzystaniem z roznych komunistycznych dobrodziejstw, np. w postaci subwencjonowanych wyjazdow, wczasow itd. Wsrod innych, moj dlugoletni, serdeczny i czcigodny przyjaciel, Jan Wolski, spoldzielca i mason, mial podobny zal do swych masonskich przyjaciol, ale on byl moze sam zbyt krewki i nie dosc realistyczny co do mozliwosci skutecznego przeciwstawienia sie rzadzacej komunie.
Ossowscy usuneli sie w zacisze domowe, czytali wiele i pisali, czekajac na dalszy rozwoj wypadkow, utrzymywali stosunki z wybranem gronem ludzi zaufanych, z ktorych zreszta czesc niezle sie wowczas uplasowala, praktycznie wykorzystujac swoj lewicowy rodowod.W kregu bliskim Ossowskim ludzi, otwarcie i doglebnie krytykowano wladze komunistyczna ale i niekiedy obficie korzystano z wszelkich ulatwien zyciowych jakie mozna bylo sobie zapewnic przez kontakty z ludzmi wladzy. Ossowskich - to od innych roznilo, ze dobrowolnie zyli na skromnym poziomie, nie ubiegajac sie o jakiekolwiek przywileje, ktorymi wszakze nie pogardzali ich znajomi o podobnie lewicowych lub wolnomyslicielskich korzeniach. Oboje Ossowscy nie afiszowali sie publicznie swym laicyzmem i nie podpisywali jakichkolwiek antykoscielnych deklaracji. Ja, jako katolik, nigdy nie czulem sie przez nich dyskryminowany, mimo iz osobnicy o swiatopogladzie laickim byli im oczywiscie swiatopogladowo duzo blizsi niz ja.
Przez mieszkanie Ossowskich ciagle przewijali sie ludzie, ktorym oni w rozny sposob pomagali, patronowali, radzili, wspierali. Ja mialem taki szacunek do obojga Ossowskich, ze wstydzilem sie ich nachodzic. Ale i ja zaznalem od nich sporo ciepla, co okazalo sie przy moim doktoracie i habilitacji gdy Ossowski odniosl sie do mnie bardzo zyczliwie uznajac, ze moje dwuletnie studia w USA duzo mnie nauczyly. Kiedy niektorzy kpili z mojej dosc intensywnej dzialalnosci wydawniczej (udalo mi sie wydac szereg ksiazek z dziedziny socjologii pracy i zarzadzania), a nawet namawiali moja zone aby powstrzymala mnie w tym wzgledzie, bo jakoby za duzo publikowalem, Ossowscy, zawsze mi zyczliwi, pochwalali to ze bylem intelektualnie aktywny. Do dzis wspominam ich dobre serce i rozumne podejscie. Moj glowny dorobek naukowy w calym moim zyciu osiagnalem wlasnie w latach 1960-tych na Uniwersytecie Warszawskim, po powrocie z dwuletnich studiow amerykanskich.
W roku akademickim 1956/57, gdy socjologia zostala wskrzeszona (zreszta niedlugo potem PZPR skierowala do niej wlasnie szereg swoich ludzi aby zmarksizowac te dziedzine), Profesor Ossowski na pierwszym zebraniu przywroconego Polskiego Towarzystwa Socjologicznego oglosil mozliwosc otrzymania amerykanskiego stypedium na roczne studia w USA i gdy jako jedyny zainteresowany zglosilem sie o nie, poparl moj wniosek. Do dzis nie wiem jakim cudem udalo mi sie wyjechac a nawet przedluzyc pobyt tam o rok.
Niedawno w telewizji warszawskiej wysluchalem Profesora Adama Schaffa, glownego maga marksistowsko-leninowskiego tamtych czasow, ktory glosil, ze przewidzial byl upadek sowieckiego komunizmu i szczerze staral sie zeby wysylac na Zachod polskich uczonych. Czy to jest prawda? Gdy napisalem do niego list z prosba o wyjasnienie nigdy mi nie odpowiedzial.
W kazdym razie bylem chyba pierwszym amerykanskim stypendysta z PRL w naukach spolecznych. Wprawdzie Ossowski spoznil sie ze swoja opinia (zostala przetrzymana przez jego asystenta) i ja to
stypendium (US$ 150 miesiecznie przez 12 miesiecy) poczatkowo stracilem, ale na szczescie ten, ktory wygral konkurs zrezygnowal, bo otrzymal inne, lepsze stypendium. Ja automatycznie wskoczylem na jego miejsce. Gdy wrocilem ze Stanow Zjednoczonych, Ossowski wyrazil gotowosc zatrudnienia mnie na Uniwersytecie Warszawskim, ale nastepnie poprosil swojego przyjaciela, Profesora Nowakowskiego, aby ten przyjal mnie do swojej katedry, co sie tez stalo. Najwazniejsze, ze doktorat i habilitacje zrobilem u Profesora Stanislawa Ossowskiego, zas Profesorowie Tadeusz Kotarbinski i Edward Lipinski byli recenzentami.
Chodzilem na seminaria obojga Ossowskich i nieraz ich spotykalem przy roznych okazjach. Oboje wykazywali mi znaczna zyczliwosc, choc tego samego nie moglem powiedziec o dosc snobistycznym gronie asystentow. Pisalem ksiazki, uczylem, zajmowalem sie doradctwem organizacyjnym. Mialem wowczas znaczne powodzenie na polu ksztalcenia organizacyjno-kierowniczego w przemysle z ramienia Towarzystwa Naukowego Organizacji i Kierownictwa. Wszedzie znajdowalem zywe zainteresowanie moja wiedza, ktora nabylem w Stanach Zjednoczonych. Ale przy tym wszystkim rosla niechec do mnie ze strony nie tylko upartyjnionej kadry akademickiej, w odroznieniu do akceptacji mnie przez oboje Ossowskich.
W roku 1967 wladza ministerialna oswiadczyla mi oficjalnie, iz ani na profesure ani na fundusze badawcze nie moge liczyc. Moj bezposredni przelozony akademicki byl bezpartyjny i czul sie bezsilny co do mojego ewentualnego awansu, choc niewatpliwie dobrze mi zyczyl. Zdecydowalem sie podjac dwuletni kontrakt pracy jako profesor w Uniwersytecie Zambii. Maria Ossowska (Stanislaw Ossowski juz wowczas nie zyl) nie powstrzymywala mnie przed ta decyzja, zwlaszcza ze czasy staly sie politycznie ciezkie, o czym Pani Maria otwarcie mowila.
Z dzisiejszej perspektywy postrzegam Ossowskich w bardzo trudnej sytuacji, gdyz bedac lewicowo-postepowi w Polsce miedzywojennej i dzialajac w podziemiu antyhitlerowskim podczas okupacji, znalezli sie pod nowa wladza, ktora glosno mienila sie byc postepowo-lewicowa, a z gory nie znosila kogokolwiek widzacego krytycznie owa "socjalistyczna" rzeczywistosc. W dodatku, Ossowscy reprezentowali autorytet akademicko-naukowy niezalezny od obowiazujacej zwulgaryzowanej doktryny marksistowsko-leninowskiej-stalinowskiej, a wiec sila rzeczy stanowiacy powazna konkurencje w stosunku do bonzow partyjnych. Chetnie by ich pewnie przyjeto do PZPR - do wlasnego uprzywilejowanego grona - gdyby wyrzekli sie samych siebie i oddali sie w sluzbe doktryny marksistowsko-leninowskiej, jak to przeciez uczynila duza liczba moich uniwersyteckich kolegow. (Warto tu przypomniec ze w latach 1980-tych na milion osob kierowniczego personelu w Polsce, 93% bylo w PZPR, a pare procent w innych partiach tzw. Frontu Jednosci Narodu).
Ja sam, wraz z czescia moich przyjaciol, zdecydowanie odrzucilem w poznych latach czterdziestych oferte wejscia do pozniejszego PAXu), wowczas Dzis i Jutro), widzac w nim niedwuznacznie prokomunistyczna agenture. Nigdy nie chcialem pracowac zarobkowo i zyc z katolicyzmu, choc staralem sie zrozumiec tych moich kolegow, ktorzy poszli na wspolprace z Boleslawem Piaseckim, widzac w tym jedyna mozliwosc swojej kariery religijno-polityczno-dziennikarskiej.
Ossowscy byli zdecydowanie przeciwko upartyjnieniu, a nawet nie skladali zadnych wiernopoddanczych deklaracji. A przeciez nacisk odgorny byl ogromny, a nadzieja na interwencje z zewnatrz zadna. W tym trudnym okresie wielu ludzi, nawet prawicowych, uleglo i sluzylo nowej wladzy jako konfidenci, bezkrytyczni chwalcy, posluszni wykonawcy, pokazowi postepowcy. Pamietam nawet tych bylych ksiezy, ktorzy wzieli sie do uprawiania marksistowsko-leninowskiej filozofii i odpowiednio pod nia ksztaltowali umysly studentow. A tutaj nagle jacys Ossowscy, jakoby reprezentujacy "burzuazyjna socjologie," osmielaja sie miec wlasne zdanie i nauczac mlodziez po swojej mysli! To bylo wysoce nie w smak ludziom wladzy, zwlaszcza, ze kontakt Ossowskich z mlodzieza grozil rozprzestrzenianiem sie "burzuazyjnych" pogladow (bo przeciez wszystko co nie bylo marsistowsko-leninowsko-stalinowskie automatycznie bylo "burzuazyjne" !)
Historia podyktowala inaczej: dawni aktywisci partyjni sa teraz sojusznikami kapitalistycznego Zachodu i sami cwicza sie w zagarnianiu "nadwyzki" dla siebie i swych kumpli. Orientacja socjalistyczna (we wlasciwym tego slowa znaczeniu) jest w Polsce wspolczesnej li tylko nikla pozostaloscia, nie mogaca liczyc na masowe poparcie. Socjologia nadal jest w modzie, a prace obojga Ossowskich ciagle wysmienicie nadaja sie do nauczania w uniwersytetach, znacznie lepiej anizeli prace bezkrytycznych wielbicieli kapitalizmu i USA (aczkolwiek niekiedy ci sami autorzy byli niegdys euforycznie bezkrytyczni wobec ZSRR, materializmu historycznego, rzekomej wladzy ludu itp).
Nie jest li tylko przypadkiem, ze Stanislaw i Maria Ossowscy byli po prostu mili, autentyczni, zachlanni prawdy, niezaleznie myslacy, zyczliwi ludziom, majacy odwage osobista, zdolni opierac sie przemocy.
Nie kazdy kto nie modli sie pod figura ma diabla za skora!
Bardzo duzo zawdzieczam Stanislawowi i Marii Ossowskim, przede wszystkim ich przewodnictwo duchowo-zawodowe w najciezszym okresie mojego zycia.
W okresie stalinowskim czulem sie bardzo osamotniony, zwlaszcza gdy nasze niewielkie grono towarzysko-dyskusyjne ostro przesluchiwano w UB z intencja zrobienia nam procesu pokazowego. Na szczescie - wlasnie wtedy w 1954 roku - nastapila czystka w UB po ucieczce plk. Swiatly i wyszlismy na ogol calo, choc jeden z nas, ktory napisal studium na temat socjalizmu zhumanizowanego, przesiedzial szereg miesiecy w wiezieniu, a tekstu nigdy mu nie zwrocono.
Fakt, ze natknalem sie na oboje Ossowskich w tych trudnych czasach bardzo mnie podbudowal. Sadze, ze koledzy, ktorzy poszli na sluzbe do Boleslawa Piaseckiego, zrobili to po czesci po to, zeby byc w grupie, a nie samotnie. Niestety, zaden z nich nie opublikowal dotad na ten temat wiarygodnych wspomnien (a moze Tadeusz Mazowiecki kiedys cos o tym napisze?).
Dzisiaj trzeba w pelni zrozumiec pustke, w jakiej znalazlo sie dorastajace pokolenie moje i moich kolegow gdy Polska zostala oddana pod "opieke" ZSSR.
Aleksander Matejko
University of Alberta, Edmonton, pazdziernik 1997
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||