Urbino, klejnot dzielnicy Marche, dawna stolica udzielnego ksiestewka (Ducato di Urbino) kwitnacego kulturalnie dzieki mecenatowi rodu Montefeltro, ma bardzo zle polaczenia komunikacyjne. Wyprawa do Urbino wymaga albo posiadania wlasnego samochodu, albo staje sie dluga i zmudna podroza "sztukowana", kolejowo-autobusowa. Pod koniec lat piecdziesiatych, dokladnie w roku 1959, zaproponowano mi w
Urbino odczyt w klubie uniwersyteckim; popelnilem blad wycenienia dlugosci trasy na mapie; co wygladalo na dwie-trzy godziny podrozy z miejscowosci, gdzie spedzalem krotki urlop, zajelo mi caly dzien zolwiego posuwania sie do celu. Zjawilem sie wieczorem przed oczekujacymi mnie cierpliwie sluchaczami z godzinnym opoznieniem.
Mowilem o nowelach Izaaka Babla, bardzo podowczas we Wloszech czytanego i podziwianego. Po odczycie wywiazala sie dyskusja i padaly liczne pytania, byla polnoc, kiedy wozny klubu dal do zrozumienia, ze pora zamknac lokal.
Wyszlismy - do konca dotrwalo jakies dziesiec osob - na ciemna ulice miasteczka, rozmawiajac dalej przyciszonymi glosami. Przemierzenie Urbino glowna ulica - od jednego do drugiego kranca - nie zajmuje wiecej niz kwadrans, spacer jest tam wiec powolna kolowanina prawie w miejscu.
Placyk nad polozona w dole brama miejska, ozdobiona pochlebnym dla miasta zdaniem Montaigne'a z drobnego zapisu o postoju pisarza w Urbino, sklanial do zajrzenia przez murek w glab doliny wypelnionej plynna ciemnoscia. Plynna, gdyz w owa wiosenna noc dolina zdawala sie niewidzialnym jeziorem, a dochodzace z niej odglosy lagodnym obmywaniem jej brzegow.
Bylem natychmiast zafascynowany Urbino, chociaz czekal mnie dopiero jego dokladniejszy oglad. To uczucie pochodzilo na pewno z lektur o dawnym ksiestwie, ale tylko czesciowo. Opanowywalo mnie coraz bardziej wrazenie dreptania z garstka towarzyszy po krazacym w przestworzach odprysku swiata. Skad sie to bralo? Gdy poznalem Urbino lepiej, to uczucie umocnilo sie i poglebilo, az ktoregos dnia zamienilo sie w wizje terytorium calkowicie wylaczonego i samoistnego. Dzialy sie w nim, w przeszlosci i teraz, rzeczy, ktore z Ducato uczynily nie tylko odprysk, ale i odbicie swiata.
Jeden z uczestnikow naszego nocnego spaceru, piecdziesiecioletni chyba etnolog i zarazem historyk sztuki z urbinackiego uniwersytetu, syn - jak mnie ktos wtajemniczyl szeptem na stronie - zbieglego do Wloch i zmarlego tuz przed koncem wojny mediewisty niemieckiego Manfreda Heimuonzera (pozbawiono i jego, i mlodego syna prawa nauczania w Heidelbergu w latach "czystek rasowych"; przez kilka lat, do samobojczej smierci Heimuonzera ojca wraz z zona, obaj pracowali pollegalnie w Padwie), zabral mnie nazajutrz rano do Palazzo Ducale.
Niezwyklosc architektury Palacu Ksiazecego jest skrzyzowaniem palacu z zamkiem obronnym. Mial zapewne byc zamkiem obronnym i spelnial jego role w okresie budowy w dwudziestoleciu 1444-1465, zanim milosnik sztuk Federico da Montefeltro, zwany potocznie Duca, przeznaczyl mu po ukonczeniu, w chwili porywu, inne zadanie: skarbca wielkich dziel malarstwa i rzezby oraz bogatszego wciaz wystroju wewnetrznego sal i komnat. Zachwycalo go piekno scian, sufitow, mebli, okien, drzwi. Nie bez racji historycy uznali pozniej Palazzo Ducale w Urbino za wzor renesansowej rezydencji ksiazecej.
Lubie zbiory malarskie niewielkie, lecz zlozone z samych (albo glownie) arcydziel; jak neapolitanska Pinakoteka na Capodimonte, czy amerykanska The Frick Collection. Moj wybor jest wtedy trudny, pelen wahan i watpliwosci, ale ostateczny; jakbym wybieral przedmiot milosci i slubowal mu dozgonna wiernosc.
Przechodzilem przez jedna sale za druga, majac u boku milczacego Martina Heimuonzera. Byl zdaje sie milczacy z natury, takze na naszym nocnym spacerze wycedzil zaledwie pare zdawkowych slow. Czulem jednak i wtedy, i obecnie jego napieta czujnosc. Wydal mi sie obolaly, nieufny i wrazliwy na kazde niewinne nawet drasniecie. Milczenie bylo jego pancerzem.
Rafael, Gentile da Fabriano, Tycjan, Singnorelli, Melozzo da Forli. Szczyty renesansowego malarstwa wloskiego, a przeciez szukalem wsrod nich czegos innego, czegos wiecej. Znalazlem wreszcie, tym dwom dzielom gotow bylem slubowac milosc po kres moich dni: Biczowanie Chrystusa Piera della Francesca i Legenda o sprofanowanej Hostii Paola Uccella. Stalem dlugo jak wryty przed jednym i drugim. Martin, bez slowa ciagle, przygladal mi sie z usmiechem aprobaty. Dzielil wyraznie moja milosc, ale czy z tych samych powodow?
Dla mnie te dwa arcydziela nakreslaly granice chrzescijanstwa. Biczowanie jego narodziny, zrodla i droge. Legenda jego manowce, zwyrodnienia, smiertelne choroby.
Nie brak opisujacych Biczowanie, podkreslajacych z reguly geometrycznosc i tajemniczosc wizji Mistrza z San Sepolcro. Tajemniczosc zostawie na boku, poswiecono jej tomy interpretacji i hipotez, w ktorych nie sposob ustalic dokad prowadzi linia wiodaca, przewaznie kaprysna i zawsze poklocona z innymi probami wyjasnien. Za to geometrycznosc bije w oczy, ale trzeba ja zobaczyc w oryginale, w Urbino, a nie w reprodukcjach. Byc moze, prawdziwe jadro tajemniczosci tkwi wlasnie w owej geometrycznosci, nie mnie o tym sadzic, "kochankowi w ogrodzie" (rozleglym i przepysznym), jak napisano niegdys o moich malarskich buszowaniach i oburzeniach amatora.
Dajmy zatem spokoj kontrowersyjnym lekturom postaci wystepujacych na plotnie, skupmy sie na Biczowaniu widzianym przez Piera. Ujrzal je jak centrum geometrycznego ukladu, zamarlego w absolutnym bezruchu. Takiego wizerunku (jesli wolno posluzyc sie tym slowem) bezruchu, uwiezienia czasu przed jego uwolnieniem, nie zdarzylo mi sie zobaczyc nigdy. Piero myslal prawdopodobnie w trakcie pracy nad swoim obrazem: oto rodzi sie i niebawem wejdzie na szeroka droge religia Cierpienia, Biczowania, Ukrzyzowania; ci, ktorzy patrza na biczowanego, wytyczaja jedynie, nie wiedzac o tym, geometryczne wektory Chrystusowego szlaku; niech trwa chwila zastygniecia czasu, potem obudzi sie i zmartwychwstanie Boski Czas, wybuchnie Zrodlo Swiatla Nadprzyrodzonego, geometrie Cierpienia zastapi triumf Biczowanego i Ukrzyzowanego.
Duchowa egzaltacje przed Biczowaniem Piera zastapila martwa zgroza przed Legenda o sprofanowanej Hostii (nazwana takze Historia sprofanowanej Hostii, lub Cudem sprofanowanej Hostii) Paola Uccella. Cykl siedmiu tablic porazil mnie dretwota, nie zauwazylem nawet, ze Martin, tak powsciagliwy w gestach, polozyl mi reke na ramieniu. W jego twarzy miejsce poprzedniego usmiechu aprobaty zajal obecnie skurcz bolu. Pochylil glowe do mojej i szepnal mi na ucho: "Od dawna pisze ksiazke o Legendzie Paola. Jako historyk sztuki naturalnie, ale nie bez walnego udzialu mojej wiedzy etnologicznej. To najstraszniejsze i najbardziej zagadkowe malowidlo w dziejach Renesansu". Po raz pierwszy uslyszalem z jego ust tak obfity potok slow. Przygladalem mu sie dlugo. Zdarzaja sie w naszym zyciu blyski naglej, niczym pozornie nie uzasadnionej, intuicji. Moj owczesny blysk podpowiedzial mi, ze Martin byl osobiscie pograzony w temacie swej ksiazki.
Po wizycie w Palazzo Ducale poszlismy na obiad do jego mieszkania w okolicach placyku; zaprosila mnie jego przyjaciolka Teresa, z ktora od lat mieszkal bez slubu. Po drodze zatrzymal mnie przed waska kamieniczka, wcisnieta doslownie miedzy dwie sasiednie.
- Tu, na przedostatnim pietrze, mieszkal stary juz Uccello przez dwa lata 1467-1468. Zgodzil sie byc gosciem ksiecia Federico. Tak, byl juz stary, ale nie przestawal malowac. I godzinami, a czasem calymi dniami, wloczyl sie pieszo z duzym kosturem po okolicach. Najchetniej zagladal do pobliskich klasztorow, przyjmowany tam i pokrzepiany z goscinnoscia nalezna jego slawie. Uderza niezwykly fakt, ze majac na starosc - a liczyl sobie siedemdziesiat lat - przemeczone oczy, namalowal w Urbino Legende, ktora jest okazem malarstwa zminiaturyzowanego, wymagajacego szczegolnej ostrosci wzroku. Dlaczego wybral tak male tablice, zamiast wiekszych i wygodniejszych, ktore jego wielomiesieczna prace moglyby nieco zlagodzic, pozbawic po prostu nadmiernego w jego wieku wysilku? Czesto zadaje sobie to pytanie. Ale w odpowiedzi na nie posuwam sie z pewnoscia za daleko: podejrzewam mianowicie, ze w glebi ducha wstydzil sie tego, co (moze na zamowienia ksiecia) malowal, badz musial malowac.
Po powrocie do Neapolu nie dawal mi spokoju cykl Uccella. Jakas nieznana sila rozwijala mi go w pamieci niczym puszczona tasme filmowa, dreczyla mnie jego wspomnieniem. W monografiach artysty pisze sie o malowanym w Urbino cyklu mimochodem, w taki sposob jakby byl zaledwie przypadkowa, blaha dywagacja na marginesie bogatej i naprawde waznej tworczosci malarskiej. Nie moglem w to uwierzyc. Nie umialem sobie wyobrazic malarza, ktory zblizajac sie do grobu, straca niedbale z pedzla drobiazg bez wiekszego znaczenia.
Slad mojej prawie obsesji widac w "opowiesci sredniowiecznej" Drugie Przyjscie, ktora wowczas wykanczalem. Zamyka ja fragment: "Zarazy szalaly przez nastepne sto lat. Co dzien wiec oczekiwano Drugiego Przyjscia, tymczasem palono Zydow i heretykow pomawianych o profanowanie i wysmiewanie swietych Hostii. Jeden z takich epizodow, zaslyszanych w dziecinstwie, namalowal w Urbino siedemdziesiecioletni Paolo Uccello. Jego Leggenda dell' Ostia profanata opowiada dzieje Zyda, ktoremu jakas kobieta sprzedala wykradziona z kosciola Hostie; platek polozony na ogniu wytrysnal krwia; Zyda wraz z zona i dwojgiem dzieci spalono; swietokradczynie powieszono; do dzis zagadka jest siodma tablica cyklu, w ktorej o dusze powieszonej spor tocza para Aniolow i para Diablow".
Pod moja ukonczona wreszcie "opowiescia sredniowieczna" widnieje data 1961. Wkrotce potem ukazala sie ona po wlosku w miesieczniku Elsinore. Poslalem ten numer Martinowi. Odpowiedz z Urbino przyszla odwrotna poczta. Skad wiem, ze Uccello zaslyszal ten epizod w dziecinstwie? Nie ma na to zadnych dowodow. On, Martin, pisze ksiazke, w ktorej jednym z watkow jest cos wrecz odwrotnego. "Profesorska" nagana byla czyms w rodzaju uderzenia po palcach dyletanta, nie czulo sie w niej jednak ani cienia niecheci czy irytacji. Przeciwnie, caly list byl zyczliwy, delikatnie, lecz niedwuznacznie namawial do nawiazania regularnej korespondencji.
I nawiazalismy te korespondencje, jakkolwiek wymienialismy listy dosc rzadko; i byly one pisane w duchu sztywnej raczej grzecznosci. Nie wiem dlaczego, ale wyrobilem sobie przekonanie o niezdolnosci Martina do prawdziwej przyjazni. Pewien okolicznosciowy odcien serdecznosci, tak; ani kroku dalej. Zachowywal sie wciaz jak sparzony, odarty wypadkami ze skory; jedyna przeciw temu samoobrona bylo, sadzil pewnie, przestrzeganie dystansu w stosunkach z ludzmi.
Totez nie pozwalalem sobie na wyjscie z plaszczyzny "rzeczowej", rozumiejac przez nia osobliwy dialog uczonego (wybitnego jakoby) ze sluchaczem o pewnych aspiracjach poznawczych (i pisarskich). Na przyklad, osmielilem sie zwrocic mu uwage, ze "malarstwo zminiaturyzowane" nie bylo u Uccella wyjatkiem, widocznym w Legendzie o Hostii. Zaslynal, to prawda, wielkimi plotnami batalistycznymi, nie skapil rozmachu na odmalowanie potopu i jego odplywu. A przeciez znajdowal rowniez upodobanie w "obrazach malego formatu" (wyrazenie jednego ze znawcow Uccella), wiecej - podniecaly jakby jego dar narracji i konfabulacji, az do granic "bajkowej atmosfery opowiadania" (wyrazenie tegoz badacza malarza florentynskiego). Takie miniatury jak Nocne polowanie, czy Poklon Trzech Kroli sa majstersztykiem pomniejszenia. Jest nim nawet przedziwne Ukrzyzowanie, w ktorym Chrystus i oplakujacy go pod krzyzem sa w oczach widza skurczeni i zasuszeni. Martin puscil moje uwagi mimo uszu, co moglo oznaczac, ze odwazylem sie wejsc na obcy mi teren; i ze perorowalem z nadmierna pewnoscia siebie o sprawach malo mi znanych.
Zreszta nasza korespondencja urwala sie nagle, Martin w kilku slowach nagryzmolonych pospiesznie na widokowce z Urbino doniosl mi, ze przez dluzszy czas, korzystajac z hojnego stypendium amerykanskiego, zamierza odbyc piesza wedrowke po Marche, jako z wyksztalcenia takze etnolog i zbieracz ustnych legend ludowych, ocalalych (zwlaszcza w klasztorach) ze Sredniowiecza i z epoki Renesansu. Zapowiadal podjecie na nowo korespondencji po powrocie do Urbino.
Wolno malarstwo opowiadac? Wolno zdradzac oko slowem? Nie wolno, stanowczo nie wolno. Coz jednak mialem robic, gdy znikl na dlugo bez sladu. Martin ze swoja ksiazka w glowie i co najmniej w szkicowych notatkach, gdy puste i jalowe bylyby jazdy do Urbino, godziny spedzane przed cyklem Uccella? Jak moglem wypelnic pauze w nowej opowiesci, ktorej zawiazek szkicowalem juz w myslach?
Rozkladalem zatem czesto na stole swietne reprodukcje tablic Legendy z albumu poswieconego Mistrzowi.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Rzecz jasna, istota cyklu spoczywa w ostatniej tablicy. Czy naprawde jest ciagle zagadka, jak to wynika z mojego Drugiego Przyjscia? Pewnie tak, skoro sa o tym przekonani uczeni komentatorzy cyklu. Lecz ja sadze inaczej. Obecnosc pary Aniolow swiadczy, ze swietokradczyni wykradla z kosciola Hostie, ale jej nie sprzedala innowiercy; ofiarowala mu ja, by na wlasne oczy ujrzal, czym jest Hostia dla wierzacego chrzescijanina. Stad Uccello w pojedynku nad zwlokami powieszonej kobiety jest wedlug mnie wyraznie po stronie Aniolow.
Martin nie dawal znaku zycia, nawet w formie widokowki ze swoich peregrynacji. Natomiast jesienia otrzymalem wielostronicowy list od jego przyjaciolki Teresy. Przysiaglbym, ze napisala ten list na jego zyczenie, jesli nie wedlug jego instrukcji. Czul sie dobrze, ale piesze wedrowki od klasztoru do klasztoru (przyjmowany wszedzie zyczliwie przez zakonnikow) zmeczyly go na tyle, ze odtad podrozowal wynajmowanym samochodem. Rozszerzyl zasieg swoich badan na San Marino, pewne interesujace sluchy popchna go tez moze do Gubbio, czyli do Umbrii. Wroci u progu zimy, chcialby bowiem Boze Narodzenie spedzic z Teresa. Jedno moze mi juz teraz powiedziec, jego sceptyczny stosunek do unikalnosci Legendy Uccella znajduje potwierdzenie. Istnieje rozgalezione szeroko drzewo legend o Hostii, ktore mimo roznych wariantow wyrastaja z pokrewnych korzeni i wspolnego pnia. On szuka legendy calkowicie odmiennej. I w koncu znajdzie ja, moge byc pewien, ze znajdzie.
Na poczatku grudnia tego roku nadarzyla mi sie sposobnosc wyjazdu do Monachium, gdzie nie tak dawno pracowalem trzy lata i mialem sporo przyjaciol. Ucieszyla mnie perspektywa spedzenia kilku zimowych tygodni w sniegu, ktorego nie widywalem w Neapolu (jesli nie liczyc bialego czepca na samym wierzcholku Wezuwiusza). Tesknilem do choinek, do polnocnego rozgwaru swiatecznego, do koled, do wyjazdow na narty (choc jezdzilem slabo).
I rzeczywiscie wpadlem w objecia bliskich mi osob, wloczylem sie po nocnych knajpach monachijskich, wracajac do domu z rozkosza ubitym sniegiem chodnikow. W Ogrodzie Angielskim zabawialem sie z przyjaciolmi w lepienie balwanow ze sniegu i w bijatyki kulami sniegowymi. Slowem, cofnalem sie w przeszlosc ogrzewana oddechem mlodosci
Dopiero pod koniec pobytu, w polowie stycznia nastepnego roku, przypomnialem sobie o prosbie mojej zony. Zalezalo jej na tym, bym odwiedzil dawna przyjaciolke ich rodziny, samotna lekarke, corke niemieckiego italianisty na Uniwersytecie Monachijskim. Okazalo sie, ze mieszka na Kaulbach, dwa kroki od mieszkania moich gospodarzy. Jej gleboki i mily glos w telefonie zachecal goraco do wizyty.
Miala wtedy szescdziesiat piec moze lat, byla przystojna z widocznymi jeszcze sladami wielkiej niegdys urody, jakkolwiek niepodobna bylo nie zauwazyc co pewien czas oznak cierpienia w jej oczach. Od mojej zony wiedzialem, ze jako lekarka dobrze wie o swojej nieuleczalnej chorobie. Nadrabiala jednak mina, potrafila byc w rozmowie dowcipna i wesola, niekiedy wybuchala mlodzienczym prawie smiechem. Erika byla najpierw wdowa, a potem rozwodka. Na kolacje zaprosila rowniez emerytowanego profesora rusycystyki z Uniwersytetu Heidelberskiego, najwyrazniej jej przyjaciela. Byl od niej o jakies dziesiec lat starszy, trzymal sie doskonale, zawsze wyprostowany, mozna bylo wierzyc, ze zostal swiezo zwolniony ze sluzby wojskowej. Dowiedzialem sie pozniej, ze byl wdowcem i rozwodnikiem, bezdzietnym jak Erika. Wychodzili razem, jakby pod reke, na spotkanie starosci i niedomagan starosci.
Przyznaje, ze w pierwszej chwili heidelberska proweniencja Heinricha nie nasunela mi mysli o rodzinie Heimuonzerow. Ale przy kawie rozmowa zeszla na tematy polityczne. Oboje byli antynazistami, wzmiankowali to en passant z lekko zazenowana dyskrecja, w ktorej widzialem rekojmie prawdomownosci. Co do Eriki, bylo to wrecz pewne, z informacji mojej zony wynikalo, ze za mlodu miala jakis luzny zwiazek ze srodowiskiem Bialej Rozy. Heinrich znal dobrze wybitnego rusycyste ukrainskiego, wykladowce w Heidelbergu, mojego przelotnego znajomego.
Po nitce do klebka padlo wreszcie nazwisko slynnego filozofa heidelberskiego, ktory dzis jest guru znacznego odlamu intelektualistow europejskich, mimo ze w jego slawie nie brak domieszki pewnej kontrowersyjnosci. Heinrich stykal sie z nim czesto i odnosil sie do niego z nieukrywana pogarda. Dlaczego? Nie, nie dlatego, ze przyjal godnosc Rektora z rak hitlerowcow, co ostatecznie mozna usprawiedliwic (jesli nie wybaczyc) slynna przeslanka "ocalania resztek zagrozonych wartosci", tak czesto spotykana u roznych notabli, samozaprzegajacych sie (lub zaprzeganych) w serwilizm wobec zla w imie (jak twierdza) przemycania don skromnych bodaj i skapych struzek Dobra. Rektorat filozofa Heinrich gotow byl wybaczyc, jakkolwiek rozmaite jego deklaracje i przemowienia publiczne przekraczaly niekiedy granice elementarnej przyzwoitosci "Byl niegodziwcem prywatnym", powiedzial zimno i surowo Heinrich. "Czy to mozliwe - dodal - ze ktos wznoszacy sie w swojej filozofii na szczyty przenikania bytu czlowieka, potyka sie haniebnie na gruncie codziennej egzystencji ludzkiej? Okazuje sie, ze mozliwe. Sledzilem jego stosunki z najblizszymi przyjaciolmi, wiecej - z jego kochanka". Zawahal sie chwile: "Dzis moge juz wymienic nazwisko. Malzenstwo Heimuonzerow nie zyje, odebralo sobie zycie. Nie wiem, co sie stalo z ich jedynakiem, mlodym i utalentowanym historykiem sztuki. Prawdopodobnie i on nie zyje". "Wyklada na Uniwersytecie w Urbino", powiedzialem ku zaskoczeniu Heinricha.
- O tym nie mialem pojecia, ale teraz nie moge sie juz cofnac - ciagnal Heinrich.
Mediewista Manfred Heimuonzer, z rodziny miejscowych patrycjuszy zydowskich, przeszedl na wiare katolicka podczas studiow. Ozenil sie z corka innej zamoznej rodziny zydowskiej, Margot, takze kownertytka; syna ochrzcili naturalnie w kosciele katolickim. Mieli wiecej niz zazyle stosunki z profesorem-filozofem, rektorem z woli (i laski) nazistow. Jednym z pierwszych rozporzadzen Rektora bylo pozbawienie katedry Manfreda Heimuonzera i asystentury na wydziale historii sztuki jego syna Martina. O tym, ze Margot Heimuonzer byla od jakiegos czasu kochanka profesora - filozofa, wiedzialo niewielu, z cala pewnoscia nie wiedzial jej maz. Dowiedzial sie z przechwyconego przypadkowo listu rektora, ktory potepiajac w duchu ustawy rasowe nie moze sobie, rzecz jasna, w nowych okolicznosciach pozwolic na kontynuacje romansu. Rodzina wyjechala do Wloch dzieki wstawiennictwu Nuncjusza Apostolskiego w Berlinie, admiratora ksiazek uczonego mediewisty. Co spowodowalo wspolne samobojstwo obojga Heimuonzerow w Padwie, bylo w Heidelbergu tylko przedmiotem domyslow i dociekan Poniewaz bogaty i owdowialy ojciec profesora Heimuonzera zdolal u progu przesladowan wyjechac za duze pieniadze do Anglii, sadzono, ze po samobojstwie rodzicow usilowal do niego dolaczyc wnuk. Nikt w Heidelbergu o nim nie slyszal, nawet dalecy krewni "aryjscy" jego matki Margot, wiec przestal istniec. Nie istnial tez jeszcze wtedy, nazajutrz po wojnie, uniwersytet w Urbino.
Wspominam ze szczera sympatia pare z Kaulbach, w owczesnych Niemczech stanowili rzadki zabytek godnosci. Doktor Erika umarla w rok po naszym spotkaniu, jej towarzysz i przyjaciel Heinrich postanowil zamknac na zawsze oczy w rodzinnym Heidelbergu. Jego Magnificencja (jak nazywano ironicznie profesora-filozofa) nie kwapil sie do wiecznego spoczynku.
Wrociwszy z Monachium do domu pod koniec stycznia, znalazlem w poczcie list z Urbino. Smutny list, z wiadomoscia o naglej smierci Martina. Przyjechal do Urbino, jak obiecal, na Boze Narodzenie. Ale (pisala Teresa) z wysoka goraczka i atakami bardzo bolesnej migreny. Lekarze nie umieli postawic diagnozy. Zadnych rezultatow nie dawaly badania i analizy kliniczne. Podejrzewano nieznana chorobe zakazna, wyniesiona z grzebania sie w archiwach klasztornych. Krotki okres jasnosci umyslu wykorzystal Martin na uporzadkowanie i uzupelnienie swoich papierow. Godzinami siedzial, z glowa scisnieta w dloniach, przed rzedami swojej wielkiej biblioteki. Zdazyl jeszcze zrobic rzecz, na ktorej mu szczegolnie zalezalo. Burmistrz Urbino z dwoma urzednikami stanu cywilnego, w obecnosci swiadkow, dal mu slub z Teresa. Majac spadkobierce, przestal (zdawalo sie) stawiac opor chorobie, ktora weszla w stadium galopujace. Stracil przytomnosc trzy dni przed smiercia. Miotal sie, majaczyl, wracal ciagle do "calkowicie odmiennej legendy". Biedna Teresa! Nakreslila mu znak krzyza na czole, pocalowala go w popekane od goraczki wargi o swicie trzeciego dnia. Umarl rano, wczepiony kurczowo w jej ramie. Jeszcze raz powiedzial "calkowicie odmienna legenda" i "zasnal w Panu (pisala Teresa) ze strasznym charkotem, jak gdyby uduszony."
Bylo juz po pogrzebie i dezynfekcji mieszkania (podejrzewano z uporem chorobe zakazna), moglem wiec do Urbino pojechac tylko na cmentarz.
Poszedlem na cmentarz sam, Teresa od smierci Martina nie wychodzila z domu. Byl chlodny dzien zimowy, na szczescie bez deszczu. Latwo odnalazlem jego grob, pokryty swieza jeszcze ziemia, z prowizorycznym krzyzem drewnianym, na ktorym wdowa kazala wypisac imie i nazwisko, oraz daty urodzenia i smierci.
Usiadlem na laweczce nalezacej do sasiedniego grobu. Chlodne powietrze bylo tak czyste, ze krajobraz za Urbino byl jak narysowany cienkim piorkiem i podmalowany delikatnie cienkim pedzelkiem. Wciaz wyobraznia podsuwala mi cykl Uccella. Nagie drzewo za murem cmentarnym czekalo na grzesznice. W polu palono suche trawy i liscie pod sterczacym z ziemi sekatym pniem; lizaly go watle jeszcze plomyki; wybuchna, dotknawszy szat przywiazanej do pnia rodziny. W oddali wiezyczka kosciola klula niby ciern popielate, bezchmurne niebo.
Na grobie Martina w Urbino bylem 10 lutego 1963. Zapisalem te date w notesie, przewidujac, ze zamyka pewien rozdzial.
Telefonowalem od czasu do czasu do Teresy, z kazdym miesiacem rzadziej. Urbino i moje w nim przezycia odplywaly stopniowo w przeszlosc. W cudownym miescie bylem przejazdem pare godzin jesienia 1980. Teresa umarla w poprzednim roku. Przed smiercia zapisala Uniwersytetowi biblioteke Martina i jego archiwa. Uniwersytet, z braku miejsca, odlozyl na przyszlosc przeniesienie spadku. Melancholijny byl widok opieczetowanego mieszkania Martina. Wpuszczano don przynajmniej sprzataczke z odkurzaczem? Ogrzewano zima wnetrze?
I oto u progu lata biezacego roku otrzymalem z Urbino spory pakiet. Znajdowala sie w nim zaadresowana do mnie reka Martina koperta, z brulionem w ceratowej okladce w srodku. Dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej wyjasnil z zaklopotaniem w uprzejmym liscie, ze dopiero przed miesiacem rozpoczeto przenosiny zbiorow Martina. W jego archiwum, na dnie jednego z pudel, lezala przeznaczona dla mnie przesylka. Przelezala sie tam trzydziesci piec lat, za co Uniwersytet najmocniej przeprasza.
Bardzo solidna koperta plocienno-tekturowa po czesci tylko uratowala brulion przed wilgocia. Drobne, goraczkowe, niezbyt wyrazne pismo Martina bylo na wielu przesiaknietych zimnem stronicach brulionu ledwie czytelne, albo w ogole nieczytelne. Ale wazniejsze fragmenty udalo mi sie odczytac i polaczyc w jako tako sensowna calosc.
Szescdziesiat stronic stustronicowego brulionu zajmowaly dosc dokladne opisy roznych wariantow legendy (bardzo popularnej w ciagu wiekow, okazalo sie) o sprofanowanej Hostii, ktore Martin zebral glownie w klasztorach - ale nie jedynie - i ktore widocznie mial okazje uslyszec Paolo Uccello w swoich wloczegach po okolicach Urbino. Bylo oczywiste, ze swoja malarska wersje wysnul, wedlug wlasnego wyboru i upodobania, z szeregu transformacji legendy w ustnej tradycji zwiedzanych rejonow Marche (nigdy zanadto odleglych od Urbino). Niewatpliwie Martin mial prawo mowic o "rozgalezionym szeroko drzewie legend o Hostii, wyrastajacych z pokrewnych korzeni i wspolnego pnia". Powinien byl jednak zaznaczyc silniej pokrewienstwo korzeni i wspolnote pnia. Albowiem w gruncie rzeczy roznice byly nieznaczne, co musial zauwazyc Uccello w poszukiwaniu jednej wizji. Roznily sie mianowicie poszczegolne skladniki legendy: rozmaite sposoby profanacji, liczba czlonkow rodziny zydowskiej (w jednym wypadku wystepowal, z zona tylko, sklepikarz zydowski), koncowy spor pary Aniolow i pary Diablow (przewazala to jedna para, to druga). W zasadzie Uccello, wiedziony instynktem artysty, skomponowal rozumnie i trafnie swoj malarski cykl.
Rzecz zmieniala postac w Umbrii, w malym klasztorze OO. Eremitow miedzy Gubbio i Asyzem. Istotnie byla to legenda "calkowicie odmienna" zwiazana slabymi nicmi ze zbiorem legend w Marche, legend zaslyszanych przez Uccella i potraktowanych przez niego jako material do wlasnego pomyslu malarskiego, badz (bo i tego nie da sie wykluczyc) jako sugestia zamawiajacego Ksiecia.
Legende "calkowicie odmienna" odtworzyl Martin w osobnym rozdziale, ktoremu nadal tytul wpisany duzymi literami u gory stronicy: Legenda o nawroconym pustelniku. Zapewne wchodzila w gre preferencja uczonego; byla to przeciez jedyna legenda zapisana w inkunabule, zazdrosnie strzezonym skarbie zakonnikow-pustelnikow. Ale chodzilo tez moze, jak pomyslalem ukonczywszy z wielkim trudem lekture rekonstrukcji Martina, o osobista preferencje autora brulionowych zapisow.
Dlugi tekst Martina, dokladny odpis opowiadania-legendy z pergaminowego klocka, skracam do rysow glownych.
Zyd imieniem Aron, stolarz i niekiedy kramarz, odznaczal sie atletyczna budowa i wielka sila. Sam wykradl Hostie z wiejskiego kosciola pod wezwaniem Swietego Franciszka. Widziano go pedzacego na wzgorze, tam roztarl Hostie w palcach na proch i wdeptal go w ziemie. Pojmanego skazano na stos i przywiazano podwojnym powrozem do debowego kola wkopanego w ziemie. Ledwie plomienie ogarnely jego nogi, spial sie w sobie, naprezyl wszystkie muskuly rak, rozszarpal sznury i wyskoczyl ze stosu, padajac na plonace juz kolana. Uniewinniono go, jak uniewinnia sie wisielcow, ktorzy oberwali sie z szubienicznego stryczka. Nie podniosl sie z wygaszonych kolan, lecz padl krzyzem na ziemie. Rozlegl sie okrzyk: "Cud, cud, nawrocony!". Stal sie wedrowcem - pustelnikiem. Gdy slota utrudniala zywot patnika, kryl sie w kaplicach przydroznych lub za murami wypalonych czy zburzonych klasztorow. Nazwano go Swietym Aronem. Cud ocalenia i nawrocenia odebral mu ludzka mowe. Rok po roku pochylal sie wciaz bardziej do ziemi, zgrzybialy i wychudzony. Znalazl w koncu obszerna kaplice, zamieszkana przez ptaki; kaplice, wokol ktorej zbudowano pozniej klasztor Eremitow. Czas poswiecal modlitwom i rozmowom z ptakami ich jezykiem. Ktoregos rana, po nocy strawionej na kleczkach przed oltarzem, padl znowu krzyzem na ziemie. Nie podniosl sie juz, lezal tak martwy wiele dni i nocy, a jego cialo nie rozkladalo sie, lecz wydawalo slodka, niebianska won; az do dnia, w ktorym zaczal sie pod nim otwierac grob, dokladnie taki jak ksztalt jego ciala. Para Aniolow usilowala poniesc go do Nieba. Nie potrafiac tego uczynic, zawisla nad umarlym jak dwa obloki, podobne to do ptakow, to do istot czlowieczych. Zniknal w koncu pochloniety przez swoj grob. Odezwal sie wtedy, przez nikogo nie pociagany za zbutwialy sznur, maly dzwon kapliczny pokryty warstwa rdzy. Tak opuscil swiat profanator Hostii, nawrocony pustelnik.
|
Za ciezki jest czlowiek dla slabych ramion Aniolow Moze go podzwignac Krzyz zdolny uniesc ciezar czlowieka, ulepionego przez Boga z naszej ziemi na swoj obraz i podobienstwo |
Ta poetycka inwokacja miala posmak przeslania moralitetu. Pod nia Martin nabazgral drzaca reka i czerwonym atramentem (bylem pewien, ze po powrocie do Urbino, podczas swojej choroby smiertelnej) kilka zdan absolutnie nieczytelnych. Mimo licznych prob, nie bylem w stanie ich odcyfrowac. Zastanawiam sie, czy nie byla to bazgranina bez zadnego sensu, jak kiedy chce sie przekreslic szybko poprzednia adnotacje. Ale na samym koncu jedno slowo bylo dosc wyrazne, choc rzucone jakby na papier w wykrzywionej, karykaturalnej postaci: Hostia. Czy mozna uderzeniami piora sprofanowac Slowo, jedynie Slowo, tak by wygladalo jak broczace na papierze krwia?
Gustaw Herling-Grudzinski
lipiec - sierpien 1997
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||