Gdy obmyślałem sobie, co Wam dziś powiedzieć, sięgnąłem do starych szpargałów i znalazłem tam dwa zdjęcia z naszego pierwszego założycielskiego zjazdu, 50 lat temu [1947] na Knightsbridge. Przemawiałem w mundurze. Za stołem prezydialnym przewodniczący Zjazdu Tadeusz Żenczykowski - w mundurze. W pierwszym rzędzie generałowie Władysław Anders, Tadeusz Bór-Komorowski i Marian Kukiel. Obok nich Tomasz Arciszewski i Edward Raczyński. W dalszych rzędach generałowie Kopański, Pełczyński, Chruściel ("Monter"), pułkownicy Ziemski i Iranek-Osmecki; politycy: Adam Ciołkosz, Tadeusz Bielecki i Rowmund Piłsudski. Cała brać AK-owska zmieszana z elitą polskiego Londynu. Gdyby wyszli wtedy wszyscy, którzy opuścili nas w ciągu minionego półwiecza, przemawiałbym do pustej sali - do garstki tych, którzy dziś pozostali przy życiu.
Poczytuję to sobie za wielki przywilej, że byłem jednym z trzech mówców na inauguracji I Zjazdu Żołnierzy AK i
że dziś jestem jednym z mówców na otwarciu zamykającego Zjazdu Byłych Żołnierzy Armii Krajowej. Albowiem długi bieg naszego życia zaczęty w podziemiu, w lasach i na barykadach Warszawy zbliża się do tej chwili, gdy w sztafecie pokoleń przekażemy pałeczkę młodszym, którzy będą biec dalej. Nadszedł wiec moment złożenia ostatniego raportu, zanim zamilkniemy na zawsze.
Kazano mi wtedy mówić o sytuacji w Kraju. Pamiętam, jak trudno było znaleźć w ówczesnej rzeczywistości jakiś najmniejszy promyk nadziei. Pięcioletnia walka, okupiona olbrzymimi stratami, skończyła się ponownym zniewoleniem kraju. Polska znalazła się w rękach apokaliptycznej bestii. Stalin był u szczytu swej potęgi. Mógł z Polską robić, co mu się podobało. Dysponował wszystkimi instrumentami nie tylko fizycznego zniszczenia nas jako narodu, nie tylko kształtowania na własna modłę ustroju i rządu, ale także ludzkich umysłów. Zachód przyglądał się obojętnie temu, co działo się za żelazną kurtyną. Chciał spożywać w spokoju owoce zwycięstwa i złym okiem patrzył na tych, którzy mu ten spokój zakłócali. Obawy o przyszłość płynęły z doświadczeń niedawnej przeszłości, z lat pierwszej okupacji sowieckiej, plebiscytu, włączenia wschodniej Polski do ZSRR i masowych deportacji. Wydawało się, że odrębność wasalnego państwa jest formacją przejściową, która prowadzi do wcielenia Polski do ZSRR, jako jeszcze jednej republiki sowieckiej. Przygnębiała myśl, że Polska podzieli zapewne tragiczne losy Ukrainy, Kościół czekają losy cerkwi prawosławnej, a chłopów tragedia kułaków.
Powstawaniu Koła Armii Krajowej towarzyszyło przygnębiające uczucie: znikąd ratunku. A jednak w tym moim przemówieniu szukałem rozpaczliwie źródeł nadziei, bo bez nadziei nasze poczynania na emigracji utraciłyby swój sens. Pamiętam, jak po otwarciu Zjazdu podszedł do mnie Anglik, mój przyszły szef w BBC, Gregory MacDonald, który nie tylko rozumiał po polsku, ale rozumiał także Polaków. Tonem niezamierzonego politowania powiedział:
Wy Polacy, macie swoje słabości, które ujawniają się, gdy korzystacie z wolności, i zalety, które występują w chwilach najgorszych przeciwieństw i nieszczęść. Waszą siłą jest to, że w najgorszych chwilach umiecie zachować nadzieję. Kiedy stracicie absolutnie wszystko, co można było stracić, kiedy już nic wam nie pozostało, wciąż zachowujecie nadzieję i wbrew rzeczywistości powtarzacie z uporem - jeszcze Polska nie zginęła, jeszcze nie zginęła.
I Polska nie zginęła. Pozostała sobą i własnymi siłami odzyskała wolność. W jakże odmiennych okolicznościach odbywa się nasz dzisiejszy Zjazd od tych, które towarzyszyły Zjazdowi Inauguracyjnemu. Sam siebie zapytuję, czy to cud jakiś, że przybyłem na ten Zjazd prosto z Warszawy? Jeszcze kilka godzin temu byłem w stolicy, a wczoraj brałem udział w uroczystościach święta 3 Maja, byłem na nabożeństwie w Katedrze Św. Jana i odwiedziłem Zamek Królewski. I że na tej sali są nasi koledzy z kraju, z szeregu bratniej organizacji Żołnierzy AK, z naszym kolegą, wieloletnim więźniem bezpieki, majorem Stanisławem Karolkiewiczem na czele. I choć nie wszystko w tej wolnej Polsce układa się tak, jak byśmy chcieli, trudno o szczęśliwsze zakończenie tego wielkiego dramatu dziejowego, który był także dramatem ludzkim każdego z nas.
Żołnierska powojenna emigracja nie przypatrywała się biernie z oddali wydarzeniom w Polsce. Odmówiliśmy powrotu do Polski ujarzmionej przez sowieckiego hegemona i rządzonej przez jego wasali nie dlatego, by uniknąć prześladowań, które nas czekały w kraju. Nie byliśmy jako te "zbiegi, które w czas morowy lękliwie nieśli za granice głowy". Nie pozostaliśmy na obczyźnie w głębokim przekonaniu, że w warunkach wolności słowa i zrzeszania się będziemy mogli lepiej służyć naszemu celowi, jakim była walka ze zniewoleniem umysłów w Polsce i obrona polskich interesów na Zachodzie.
Założycielski Zjazd Koła AK w swoim manifeście programowym obok odzyskania niepodległości wysuwał jako cel uznanie przez mocarstwa zachodnie granicy na Odrze i Nysie. Od rządów Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Francji żądaliśmy, by wypełniły swoje zobowiązania sojusznicze i upomniały się o uwolnienie przywódców i żołnierzy Polski Podziemnej, więzionych w lochach bezpieki, na Łubiance, na Butyrkach i w niezliczonych łagrach archipelagu Gułagu. Społeczność emigracyjną wzywaliśmy do wyłonienia reprezentacji i utworzenia Skarbu Narodowego.
Dla nas, żołnierzy Armii Krajowej, Kraj znajdował się zawsze w centrum uwagi, a przedmiotem największej troski byli nasi koledzy w Polsce. Z tej troski narodził się fundusz pomocy inwalidom AK. Paczki i przesyłki, które stad płynęły, niosły nie tylko pomoc materialna, ale także sygnał: pamiętamy o was, jesteśmy z wami.
Głównym naszym celem było ocalenie i obrona prawdy historycznej. Pamiętaliśmy słowa Józefa Piłsudskiego, powtórzone przez Prymasa Tysiąclecia: "Naród, który traci pamięć, przestaje być narodem.". Zanim jeszcze powstało Kolo Żołnierzy AK, zaledwie w półtora roku po zakończeniu wojny, oddana została do druku monumentalna praca zbiorowa: Armia Krajowa, tom III Polskich Sil Zbrojnych w Drugiej Wojnie Światowej.
Była to historia pisana na gorąco przez czołowych uczestników walk. Prawie równocześnie z Kołem AK powstało Studium Polski Podziemnej. W chwili gdy Polskę zalał potop kłamstw, które miały zohydzić i zniszczyć wielki etos Polski Walczącej, Studium stało się nasza Arką Noego, zbiornicą dokumentów, depesz, raportów i relacji świadków i uczestników, Arką zachowująca prawdę historyczna. Na straży tej Arki stała żyjąca dziś jeszcze koleżanka Halina Czarnocka.
Akowskim orężem walki ze zniewoleniem umysłu stała się Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa. Mówię o tym bez samochwalstwa, bo był to wysiłek zbiorowy, obejmujący także nasze bogate emigracyjne zaplecze. W naszych szeregach znalazło się dwudziestu pięciu żołnierzy AK. Wśród nich: Tadeusz Żenczykowski, dowódca Akcji "N" i "Roju"; Stanisław Zadrożny, kierownik radiostacji powstańczej Błyskawica; Wiktor Trościanko, redaktor podziemnego pisma Walka; Sławomir Dunin-Borkowski, redaktor powstańczego pisma Warszawa Walczy, Jan Markowski, autor Marsza Mokotowa; emisariusze Tadeusz Celt i Andrzej Pomian. Zbyt wiele czasu zajęłoby odczytanie pełnej listy. Koleżanka Czarnocka dostarczała ze Studium Polski Podziemnej do Monachium kalendarium i dokumenty do codziennej audycji Na szlaku historii. W kilkuminutowych migawkach przypominaliśmy wszystkie rocznice walk AK i Polskich Sil Zbrojnych na Zachodzie. Wielokrotnie przemawiali na naszych falach generałowie Bór-Komorowski, Pełczyński, Chruściel, Ziemski, a także szara brać żołnierska. Nie wiem ile odczytów radiowych poświęconych dziejom Polski Podziemnej wygłosili w ciągu przeszło czterdziestu lat Tadeusz Żenczykowski i Andrzej Pomian. Może sto, może dwieście, a może znacznie więcej. Z odczytów Żenczykowskiego powstało sześć świetnie udokumentowanych książek. Nie można tu pominąć zasłużonego historyka-żołnierza, jednego z założycieli Koła AK, doktora Józefa Garlińskiego, który pół. wieku życia na emigracji poświęcił propagowaniu polskiego udziału w zwycięstwie nad Niemcami. Stał się pisarzem tak płodnym, że nie mogę wyliczyć wszystkich tytułów. Pisał nie tylko po polsku, ale co ważniejsze, po angielsku. Jego książka o Oświęcimiu stała się klasykiem w skali światowej. Innym międzynarodowym bestsellerem historycznym była książka Death in the Forest (Śmierć w lesie), napisana przez dowódcę plutonu na Starówce, "Misia" - Janusza Zawodnego. Udowadniała czarno na białym sowiecką odpowiedzialność za zbrodnię katyńską. Ukazała się w kilkunastu językach.
Książki Zawodnego, Garlińskiego, pamiętniki "Bora" i Korbońskiego, literaturę piękną, publicystykę, prasę emigracyjną, przerzucała masowo do Polski zapomniana dziś placówka "Polonia Fund," utworzona i kierowana przez żołnierza "Baszty", nieodżałowanego, przedwcześnie zmarłego Andrzeja Stypułkowskiego.
Walkę ze zniewoleniem umysłów i o zachowanie pamięci narodowej prowadzoną przez całą emigrację żołnierską uwieńczyło zwycięstwo. Prawda, tłumiona przez cenzurę i zagłuszana, fałszowana przez potężny aparat środków masowego przekazu, zaczęła przedzierać się w Polsce coraz mocniej, gdy tylko zelżała obręcz terroru i cenzury. Z początku świadczyły o tym milczące, wielotysięczne tłumy, które gromadziły się na kwaterach Powstańców Warszawskich na Cmentarzu Powązkowskim w każda rocznicę Powstania, nabożeństwa za dusze dowódców i żołnierzy. Mury świątyń pokryły tablice pamiątkowe AK. Główny organizator tej akcji, Wojciech Ziembiński jest obecny wśród nas. Przedzierały się przez cenzurę cenne prace Władysława Bartoszewskiego, Cezarego Chlebowskiego i prasowe monografie Jerzego Śląskiego. Ziarno cierpliwie siane dotąd przez emigrację żołnierską zaczęło przynosić obfity plon, aż wreszcie doczekaliśmy się tego szczęścia, że pałeczkę przejęli od nas młodsi historycy, urodzeni w Polsce Ludowej, ale wierni Polsce prawdziwej. Niektórzy poświecili swe życie opisywaniu tego rozdziału historii, który tworzyło pokolenie ich ojców i matek. Najbardziej z nich zasłużony, Andrzej Kunert jest dziś wśród nas. Wymienię tylko niektórych innych: Grzegorz Mazur - monografia BIP; Marek Ney-Krwawicz - monografia Komenda Główna SZP-ZWZ-AK; Jędrzej Tucholski - Cichociemni; Andrzej Friszke - Historia opozycji w PRL i inni jak Andrzej Chmielarz i Andrzej Przewoźnik.
Żołnierze AK i nasze Koło było częścią emigracji żołnierskiej. Ci, którzy znaleźli się po drugiej stronie Atlantyku, przyczynili się do politycznego uaktywnienia dziesięciomilionowej Polonii amerykańskiej. Stała się ona potężnym środkiem nacisku w obronie żywotnych interesów Polski. Tu w Londynie, rząd na wygnaniu nie rządził wprawdzie, ale stał się banderą wolnej Polski i świadczył o ciągłości Rzeczypospolitej Polskiej. Skłócenie emigracji rzucało się w oczy i wydawało się walką o fikcję, ale były to tylko pozory. Tam, gdzie w grę wchodziły żywotne interesy macierzy, gdy chodziło o wspieranie dążeń wolnościowych w kraju, przeciwstawianie się próbom pchania do zbrojnych zrywów, które mogły prowadzić tylko do nowych klęsk i nieszczęść, uznanie granic zachodnich, obrona takich placówek jak Radio Wolna Europa - w tych wszystkich sprawach emigracja żołnierska okazywała zdumiewająca jedność i paralelizm działań organizacji i jednostek. Emigracja żołnierska, której częścią było Koło Byłych Żołnierzy AK, zapewniła Polsce obecność w obozie demokracji zachodniej. Dzięki temu naród polski traktowany był jako sojusznik, a nie wróg. Wobec kraju byliśmy służbą na tyłach, która tym walczącym w pierwszej linii podawała amunicję i broń. Bez tej służby pomocniczej zwycięstwo nie byłoby możliwe. Nie jest ono jeszcze pełne. Toczy się wciąż walka o wyzwolenie umysłów i przywrócenie prawdziwej hierarchii narodowych wartości. Tym razem jest to walka o odkłamanie rozdziału powojennego, noszącego tytuł Polska Ludowa. Będziemy o te prawdę walczyć, póki starczy tchu i sil. Ale już teraz na tym naszym Zjeździe zamykającym pół wieku istnienia Kola Armii Krajowej, mamy prawo zameldować: zadanie wykonane.
Dwadzieścia lat temu ostatni żyjący działacze i żołnierze walki o niepodległość zebrali się w Kaplicy Jasnogórskiej przed Cudownym Obrazem. Byli wśród nich ostatni trzej generałowie Września, był ostatni oficer Komendy Głównej AK, pułkownik Kazimierz Pluta-Czachowski -"Kuczaba" i pułkownik Franciszek Kamiński, dowódca Batalionów Chłopskich. Niech mi będzie wolno powtórzyć słowa jednego z nich:
Czas nagli. Zegar dziejowy wybija późną dla nas godzinę. Z wiarą w moralne ideały ludzkie odchodzimy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku żołnierskiego. Dzięki Ci, Opiekunko nasza, za górny lot naszego życia.
Londyn, 4 maja 1997
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||