BIBLIOTEKA ASSURBANIPALA





SEWERYN KRZYSZTOF EHRLICH



     – Jesli bedziesz dobrze sie uczyl – powiedzial mi ojciec – dostaniesz zloty pierscien od cesarza z napisem "Sub Auspiciis Imperatoris". Pamietaj, ze w naszej rodzinie bylo jedenastu profesorow uniwersytetu. Nie zycze sobie, azeby moj syn byl oslem.

     Stalismy pod pomnikiem Franciszka I na malym prostokatnym skwerze w Stanislawowie. Urocze to miasteczko mialo piekne tradycje: herbowe krzyze Potockich na budynkach, legendy o starym hetmanie, ktory trzaskal piescia w rekojesc swojej szabli, wykrzykujac: "Re vera!", klub pilkarski "Rewera", amatorska operetke, pomnik Mickiewicza (Mongol odtlukl mu czubek granitowego nosa w kilka lat pozniej, w roku 1918). Mialo piekny park, ulice o slicznej nazwie "Zosina Wola" i o bardzo niepokojacej tresci, poniewaz wlasnie tam mieszkaly kurtyzany. Niewiele jednak wiedzialem o nich w szostym roku zycia, sluchajac ojca pod pomnikiem cesarza.

     Co do jego cesarskosci mialem jednak pewne watpliwosci w dzieciecym sercu. Wiadomo mi bylo, ze prawdziwy cesarz powinien miec bujne bokobrody, jak pan radca, ktory mieszkal w naszym domu, fascynujac mlodziez bialymi tasiemkami od gaci, zawsze wyzierajacymi mu spod spodni. Ten zas Franciszek na cokole wcale nie mial bokobrodow. Byl przygarbiony, dolna warge wysunal do przodu i tolerowal wrony i ich ekstrementy na swoim spizowym plaszczu. Nawet jego numer byl niepewny, bo byl Franciszkiem pierwszym lub drugim, zaleznie od tego czy byl niemieckim czy austriackim cesarzem, tak jak w innej monarchii krol zmienia wyznanie przywdziewajac purpurowe szaty na polnoc czy tez na poludnie od granicznej rzeki.

– A co trzeba robic aby byc zawsze celujacym uczniem? – spytalem.

Odpowiedz padla natychmiast, jasna i prosta:

– Trzeba przeczytac wszystkie ksiazki na swiecie.

* * *


     W cztery lata pozniej patrzylem z matka jak pomnik cesarza wywozono na smietnik. Matka zachlystywala sie wtedy Zeromskim, i marzyl jej sie syn jako doktor Judym, ale taki inny: Judym ozeniony z Joasia, zarabiajacy duzo pieniedzy i otoczony gromadka dzieci. Bardzo chciala doczekac sie wnukow.

     Z biegiem lat dojrzewalo we mnie przekonanie, ze przeczytanie wszystkich ksiazek jakie sa na swiecie moze byc rzecza niemozliwa. Utrwalala sie jednakze wiara, ze nie nie ma zycia bez ksiazki. Pozniejsze lata przekonaly mnie ze ksiazka jest najsilniejsza bronia w walce ze smiercia, z choroba, z przemoca. Dzieki ksiazce przetrwalem sowieckie wiezienie, malarie na pustyni, bezsenne noce w kleszczach gipsu w apeninskim blocie. Doczekala sie ta moja wiara i innej nagrody.

     Mojej osmioletniej corce wpadla w rece ksiazka o Aleksandrze Wielkim. Nie zrazila jej przestroga, ze ksiazka jest trudna. Chodzilo dziecko zafrasowane, szperalo w ojcowskiej bibliotece, szukalo czegos, nie chcialo pomocy. Wreszcie po tygodniu, przybiegla do mnie z blaskiem w oczach i rumiencami na okraglym pyszczku. Rozwiazala zagadnienie.

     O coz poszlo? To polskie dziecko, urodzone w Anglii, chowane w Kanadzie, chcialo sie dowiedziec, czy byl naprawde taki Aleksander Wielki, czy to jest "fact" czy "fiction." Studiowala rozdzial za rozdzialem, nie znajdujac przekonywujacej odpowiedzi na swoje pytanie. Doszla wreszcie do ustepu opisujacego pobyt Aleksandra w Egipcie. A ze ojciec mial mnostwo ksiazek o Egipcie na polkach, szukala dopoty az znalazla wielka fotografie bramy Aleksandra w opisie Assuanu – znalazla dowod ze byl Aleksander, ze to jest "fact", bo zostawil przeciez po sobie brame.

     Bardzo dumny bylby dziadek z takiej wnuczki. Serce jednak peklo biedakowi w 1939 roku, kiedy Mongolowie wkraczali do Lwowa.

     Wszystko to sa dzieje pozniejsze. Cofnijmy sie do roku 1925, kiedy 18-letni student medycyny odkrywal swoj Lwow. Pamietac trzeba ze byly to jeszcze czasy laciny i greki. Student mial nie tylko prawo lecz i obowiazek ambicji humanistycznych na marginesie pracy w prosektorium i nad mikroskopem. Nic co ludzkie nie bylo mu obce – zwlaszcza we Lwowie.

     Jednym z najwiekszych moich odkryc byla biblioteka Muzeum Przemyslu Artystycznego. Byly tam piekne ksiazki z obrazkami, byly memorialy uczonej komisji towarzyszacej Napoleonowi w wyprawie pod Sfinksa. Byly hieroglify. Bylo takze i pismo klinowe, fotografie, rysunki, opisy beczulek i cylindrow Assurbanipala. Wstawal z gruzow zamarly swiat. Zaczal sie moj, chyba dozywotni, flirt z archeologia. Nie przeczuwalem wtedy w najbujniejszych snach ze przyszlosc gotuje mi takie niespodzianki, jak udzial w organizacji armii polskiej w Rosji na szlaku Tamerlana, zacieta walke z malaria na pustyni u podnoza asyryjskich bykow – to moi sanitariusze odbijali im kawalki kamiennych jader, by przyniosly szczescie – czy tez wyklady o papirusach w uczelni Ramzesa III w Medinet Habu.

     Pewnej letniej nocy w Khanakinie, gdziesmy strzegli w roku 1942 irackiego zaglebia naftowego, a Skorpion wisial na czarnym niebie jak ornament z perskich srebrnych guzow, przyszla do mnie gromadka zolnierzy.

     – Niech pan nam opowie cos o tych smiesznych gwozdziach na szarych ceglach – prosili – o czym to oni pisali, te brodate byki?

     Opowiadalem. O klinach, o bykach, o zlotym grzebieniu krolowej Szubad, o bibliotece Assurbanipala, o kolosach Memnona. Przycichla wojna. Czarna Troska, towarzyszka zolnierza od czasow Horacego, mniej dreczyla przez kilka godzin nocnych na pustyni.

* * *


     Archeologia gra na popedach ludzkich niezmiernie silnych, bardzo pierwotnych i bardzo rzadko zupelnie jasno skrystalizowanych w swiadomosci. Bo przecie sklada sie na jej fascynacje i odwieczna, archaiczna zagadka wlasnych poczatkow czlowieka i zadza skarbow, ktora w ludzkiej duszy umie sie wyrazic wierszem Staffa o czarach na strychu, oblakana gonitwa nad Klondike, czy wreszcie genialna intuicja Schliemanna, ktory wykopal spod gruzow Troi zlote naszyjniki dawno zamilklej krolowej.

     Dochodzi do glosu w tej zarlocznej ciekawosci archeologicznej jeszcze jeden czynnik: kazdy czlowiek przykuty jest nieodwracalnie do swej przestrzeni i czasu. Chocby zycie bylo szczesliwe, zycie jest tylko jedno. Wolnosc moze dac marzenie, a droge wskazac moze jedynie ksiazka. Stad nieslabnaca sila powiesci historycznej, wiecznie zywej, od Powiesci o rozbitku z egipskich papirusow po genialnego Egipcjanina Mika Waltari. Powiesc historyczna pozwala na chwile byc i Petroniuszem i Wolodyjowskim, zmienic kulisy, oderwac sie od codziennosci, wyzyc zduszone tesknoty – ale zachowac to samo serce, te sama jazn.

     Te wolnosc daje i flirt z archeologia.

* * *


     Plynely lata i wyladowalem na pszenicznych preriach nad brzegiem North Saskatchewan River. Nazywaja te olbrzymia rzeke Nilem prerii, i slusznie. Woda niesie zycie jak w Egipcie. Il rodzi kwiaty, chleb i owoce, jak w Egipcie. Prowincja Saskatchewan, wielkoscia rowna przedwojennej Polsce, jest spichrzem imperium, jak spichrzem byl Egipt. Skarabeuszy tu nie ma, bo nie ma ani koni ani konskich jablek i swiete zuki umarlyby z glodu. Jezior tyle, ze kazda rodzina moze miec wlasne bajoro. W szuwarach trzepoca sie kaczki, na niebie szybuja zurawie, gesi, pelikany – cala ta halasliwa powietrzna fauna sportretowana tak pieknie w podziemnych grobowcach Sakkary pod piramidami. Tylko zima jest tu jak nad Jenisejem, nie jak nad Nilem.

     Dni plyna w pracy w szpitalu psychiatrycznym, pracy ciezkiej ale bardzo wdziecznej, pracy, ktora czesto meczy ale nigdy nie nuzy. Gdy jednak dzien minie i trzeba uzbierac w czasie kilku wolnych godzin nowy zapas energii i sil, nie sposob czytac Prousta czy Balzaca. Trzeba sie oderwac zupelnie od tego swiata prorokow i samobojcow, megalomanow i masochistow, wizjonerow i quasimodow, z ktorymi spedza sie dzien. Trzeba sie przerzucic przez przestrzen i czas do Etrurii, Egiptu, Babilonii.

     W taka wlasnie noc przyszedl do mnie Assurbanipal. Rzucil okiem na osmiostopowe zaspy sniegu za oknem, na rozlozone wachlarzem ksiazki, na grube slowniki.

     Ja wiem co ci sie marzy – powiedzial. – Chcialbys pisac o tajemnicy pustyni, o sinobrodej krolowej, o zlodziejach starych papirusow. Przyjdzie czas i na to. Najwiecej zawdzieczasz ksiazce, a wiec i mnie. Bo ja bylem przez cale moje zycie fanatykiem ksiazki. Nie bylo mi latwo, kiedym musial bronic swojej glowy od intryg fabrykantow broni, od ambicyjek moich generalow, od perfum moich kobiet. Nie jest latwo byc czlowiekiem ksiazki. Sto lat minelo od tego dnia kiedy odkopali moja biblioteke. Zanim rzucisz sie w swoja podroz w czasie do obcych miast i ludzi, napisz wpierw o mnie.

* * *


     Synteza kryje w sobie zawsze niebezpieczenstwo stylizacji. Trudno wyslac mozg w kraj klinowych cegiel i rzezbionych slupow zachowujac tyle ostroznosci by bez uzycia form nam wspolczesnych, na starych zrebach odbudowac prawde. Nie nasza prawde – ale zywa prawde ludzi, ktorych swiat byl inny.

     Im wiecej jednak zbiera sie cegielek, im glosniej mowia kamienie, tym mniejsza jest rozpietosc roznic. Walka swiatla z ciemnoscia toczy sie zawsze w kazdej ludzkiej duszy. Zmienia sie stroj. Sily pozostaja te same: milosc i glod, zadza wiedzy i potrzeba wiary, wola przetrwania i tesknota do niesmiertelnosci.

     Krajobraz Asyrii zmienil sie niewiele. Na poludniu miedzyrzecza, w delcie dwoch rzek, Eufratu i Tygrysu, zmiany sa olbrzymie. Tam najazd Mongolow zniszczyl nawodnienie, rozbil kunsztowna siec kanalow i wydal kwitnace ogrody na lup wichru i piasku. Wyschly na popiol jablka granatu, ktorymi waz kusil Ewe w raju. W ruinach wyja szakale.

     Asyria na polnocy jest po dzis dzien tym czym byla: grzbietami lagodnych pagorkow, przetkanych urodzajna szachownica dolin. Nie pozwala kamien na zamiane rzeki w wachlarz krwionosnych naczyn. Glebe i dzis wzbogaca nawozem tylko osiol i kon, jak przed wiekami. Z gor splywaja drogocenne zrodla, ujete na stokach w kapliczki. Zloty polksiezyc wyparl demony z wiezyc nad studniami, a i to nie wszedzie. Bog jest tam i nadal abstrakcyjnym, odswietnym, dalekim Dobrem. Szatan jest bliskim, konkretnym, codziennym Zlem.

     Mieszkaja teraz na tych pagorkach czciciele szatana, ktorego symbol, miedziany paw z koralikiem w oczku i garscia paciorkow w ogonie, zdobi siekierke na moim biurku. Na ostrzu siekierki stare ciemne plamy: rdza czy krew? Kupilem ja za garsc miedziakow na bazarze w Bagdadzie.

     Ziemia Asyrii byla zbyt biedna by czlowiek mogl zyc z niej, ale uczyla hartu i odwagi. Swiat byl szeroki. Zamieniali rolnicy – zolnierze o poteznych lydach i kreconych brodach drewniane sochy na bronzowe miecze i zapuszczali lupieskie zagony w bogate miasta z gliny nad Tygrysem, w gwarne fenickie porty na Zachodzie, w wawozy Elamu, pozniejszej Persji, gdzie mozna bylo zdobyc barany, garnki i kobiety. Lamentowali ogarnieci zgroza prorocy Izraela.

     Przyszedl wreszcie czas na wielki marsz z polnocy na poludnie. Krol Essarhaddon podbil Egipt, pokonujac przestrzen od Mosulu az po Luksor w ciagu czterdziestu dni, bez samochodow, benzyny, konserw i radia.

     Nie wiemy o nim zbyt wiele. Jego syn i nastepca wyrazal sie o ojcu raczej z przekasem. Zazarty spor dwoch glownych partii, ktore trzesly krajem, kolejno wydzierajac sobie wladze – zolnierzy i kaplanow – zawsze wnosil wasn do dynastii i niejednokrotnie sztyletem czy trucizna rozrywal wiezy krwi, nawet najblizsze.

     Jest jednak jeden cenny dar, ktory syn Essarhaddona wspomina z pietyzmem: otrzymane dzieki troskliwosci ojca wyksztalcenie.

     Synem tym jest Assurbanipal, krol Asyrii od roku 668 do roku 626 przed Chrystusem. Assurbanipal byl maly, krepy i gruby. Smialy sie chytre oczka znad pyzatych policzkow. Rzedami osmiu strakow klejonych balsamem splywala broda. Tiara kryla wlosy dostojna kopica.

     Mial jednak ceche, ktora go wyroznia w nieslychany sposob z zamierzchlej plejady kacykow od perskich gor po zrodla Nilu: ten Asyryjczyk o pekatych miesniach i tepych, krotkich, tlustych palcach, byl zamilowanym bibliofilem.

     Wyznaczone przez niego komisje jezdzily od grodu do grodu i z kraju do kraju. Wszystko co ktokolwiek napisal kiedykolwiek – legendy i traktaty, kroniki i opowiesci, hymny i nagrobki, gramatyki i wyliczenia astronomiczne, zagadki i przypowiesci, blagalne listy dyplomatyczne i chytre kontrakty prawnicze, uczone rozprawy i czule chwalby, senniki i slowniki, podreczniki magii i lecznictwa, astronomiczne tablice i wrozbiarskie znaki – wszystko to czytano, przekladano, kopiowano na gliniane plytki, pryzmaty, oselki i walce.

     Krol wszystko czytal i wszystko go bawilo. Lezal na tarasie palacu w Niniwie, piescil krolowa, patrzac na glowe zabitego wroga zwisajaca z drzewa, a zarazem sluchal, sluchal, sluchal spiewnych recytacji swoich lektorow i bibliotekarzy. Czytal kiedy ledwie zsiadl z rydwanu, za ktorym wieziono upolowane w gorach lwy. A gdy go znudzil osad obcych mysli, dyktowal swoje. Chelpil sie i usprawiedliwial przed historia, martwil sie slabym wzrokiem swego synka. Wielokrotnie zwymyslal lekarza za nieuctwo i bezradnosc, kiedy ten nie umial przyniesc ulgi opuchlym od wina i miesa krolewskim stawom.

     Przykazanie boskie powiada: "Nie zabijaj". Nie jestem czlowiekiem krwiozerczym. O ile mi wiadomo, nikogo w zyciu nie zabilem, chociaz jako lekarz jestem czlonkiem zawodu, ktoremu wiele uchodzi. Jednak ilekroc wspomne plaskorzezbe z British Museum, na ktorej Assurbanipal napawa sie widokiem tej ucietej glowy, przypomina mi sie jeden z moich przelozonych z czasow wojny i mysle, ze moze jednak milo by bylo tak lezec na tarasie palacu, popijac wino, piescic krolowa i patrzec na te glowe, ktora wlasciwie nigdy nie zaslugiwala na inny los niz ten, by zwisac z krzaka. Taka mysl jest niewatpliwie grzeszna, ale ktoz z nas jest wolny od takich pokus i od takich wizji? Ktoz z nas nie spotkal chocby raz w zyciu jednej takiej glowy? Jako sie rzeklo: archeologia dostarcza rozkoszy, ktorych zycie odmawia.

     Bardzo ciekawe sa pamietniki Assurbanipala. Trzeba dzis jeszcze po tysiacach lat, okreslic go jako "mozgowca", mimo jego brzucha i krwiozerczych wypraw. Kazdy czyn nabieral dlan smaku dopiero w tej fazie kiedy zmienial sie w mrowisko klinow na polkach bilioteki.

     Tworzywo dyktuje ksztalt. Proste kreski lacinskiego pisma zrodzily sie nad Tybrem z dluta na kamieniu. Pozwalal na kragle obrazki egipski papirus. Rozkochal sie islam w swych kaligraficznych floresach chyba dlatego, ze Arabowie zaczeli pisac od razu na papierze, ktorego tajemnice wydarli Chinczykom w Samarkandzie. Na mezopotanskiej glinie ryby i gwiazdy, symbole i slowa, przybraly niemal od razu ksztalt kombinacji prostych klinow.

     Suszono te ksiazki lub wypiekano z gliny, bo glina byla zywiolem Babilonii, jak zywiolem Grecji byl kamien. Ten kamien, tworzywo czlowieka Zachodu, opisal Owidiusz w swoich Metamorfozach. W Babilonii czlowiek powstal z gliny, i z gliny powstala ksiazka, z tej samej gliny. Nic dziwnego, ze religie przypisuja ksiazce boskie pochodzenie.

     Ksiazka ta bynajmniej nie byla uboga. Byla w niej glebia i bylo w niej piekno. Piramidy cegiel na polkach w bibliotece juz wtedy mialy swych entuzjastow, jak mial ich cedrem pachnacy papirus pozniej w Aleksandrii i jak dzisiaj British Museum ma swoich bibliomanow. Ksiazka jest wieczna.

     Gliniana ksiazka miala rozny ksztalt. Byla plytka drobna jak znaczek pocztowy lub cegla wielkosci dloni. Bywala oselka jak owczy ser lub tablica zblizona w wymiarach do naszej ksiazki. Miala ksztalt szesciobocznych prostopadloscianow lub scietych stozkow sklejonych u podstawy. Wielkosc ulegala duzym wahaniom. Najwiekszy cylinder Assurbanipala ma 138 cm dlugosci i zawiera 1303 wiersze tekstu – a wiec juz ksiega na slupie. Bywaly i barylki i dwunastosciany w ksztalcie krzyza w przekroju. Poufne listy przesylano w formie cegielki w cegielce: na zewnetrznej obojetny tekst, na wewnetrznej, zapieczonej w srodku, wlasciwe wiadomosci. Klinowe gwozdzie pisma tloczono na glinie paleczka z drzewa lub z zelaza, ktore spadlo z gwiazd. Jak kazde pismo, przeszedl i ten alfabet ewolucje od ideogramu, w ktorym tarcze slonca wyrazano czworobokiem – kolo nie lezy w mozliwosciach gliny – do pozniejszych perskich liter, bardzo juz symbolicznie latwych, choc jeszcze zawiklanych graficznie.

     Assurbanipal umarl naturalna smiercia u szczytu powodzenia. Byc moze sluchal w ostatniej godzinie barwnego opisu pojedynku olbrzyma Gilgamesza z potworem Humbaba. Moze towarzyszyl boskiej Isztar w wedrowce do piekiel. A moze snil o nowych przygodach, o dalekich marszach i pieknych bibliotekach, nie przeczuwajac, ze od Wschodu przyjdzie nowa fala, ktora wszystko zmiecie.

     Kyaksares, krol medyjski, rozbil Asyrie jednym uderzeniem. Ostatni krol Sinszariszkun zginal w roku 612 w plomieniach Niniwy. Gruzy pokryly pagorkiem wietrzejacej gliny palacowe sale.

     Ten pagorek, arabska wioseczka Kuyunjik, przechowal biblioteke Assurbanipala do naszych czasow.

* * *


     Dopiero w roku 1846 Henry Layard odkopal spod gruzow byki skrzydlate, brodatych krolow, kruzganki palacow. W trzy lata pozniej ten moze najszczesliwszy po Schliemannie poszukiwacz skarbow dokopal sie do dwu ocalalych komnat, ozdobionych plaskorzezbami, strzezonych zazdrosnie przez posagi Ryboluda, Nauczyciela Wiedzy. Pod jego straza lezaly cegielki.

     Layard docenial waznosc odkrycia, lecz wolal swoje byki. I dopiero pozniej, w roku 1853-1854, Hormuzd Rassam pod kierunkiem H.C. Rawlisona [odkopal w tych salach reliefy szczegolowo obrazujace polowania Assurbanipala na lwy, a z podlogi] wygrzebal pierwszy dziesiatek tysiecy tabliczek, [nie troszczac sie zreszta o ich kolejnosc]. Wreszcie jeszcze pozniej [1866-1872] genialny dyletant, George Smith, zebral w system potluczone fragmenty. Dzis lezy w gablotach British Museum klinowy opis potopu, tego potopu, ktory zalal mulem przedsumeryjska kulture Mezopotamii. Juz nie byki, lecz kamienne lwy strzega dzis nad daleka Tamiza trzydziestu tysiecy glinianych ksiazek Assurbanipala.

     Jako Sardanapal greckiej basni wszedl Assurbanipal w swiatowa plotke. Bywal na przemian ponurym tyranem i ukapanym w kwiatach rozpustnikiem.

     Tylko ksiazka, ukochana ksiazka, zostala mu wierna. Przekazala nam jego sylwetke bez ozdob lecz i bez falszu. I to umilowanie niezwykle sprawia dzis jeszcze, po tysiacach lat, iz nasz sad o nim nie jest zbyt surowy.

     Czlowiek, ktory tak ukochal ksiazke, nie mogl byc zlym czlowiekiem.


North Battleford, Saskatchewan, Kanada
kwiecien 1956

Wiadomosci 24/532, Londyn 10 czerwca 1956





Dr. Seweryn Krzysztof Ehrlich (ur. 18 marca 1907 – zm.  9 wrzesnia 1968) byl lekarzem (pediatra, specjalista chorob zakaznych i psychiatra). We wrzesniu 1939 roku, jako ppor. lekarz, dostal sie do niewoli sowieckiej i zostal osadzony w Kozielsku. Wywieziony w maju 1940 r. jednym z ostatnich transportow z obozu w Kozielsku do obozu w Griazowcu, uniknal smierci w Katyniu. Wyewakuowany ze Zwiazku Sowieckiego w ramach Armii Polskiej gen. Andersa, przebyl szlak Persja – Irak – Egipt – Palestyna – Wlochy – Wielka Brytania. W armii tej specjalizowal sie w leczeniu malarii. W latach 1946-1949 organizowal polska sluzbe medyczna w Wielkiej Brytanii i pracowal w niej. W 1949 roku przeniosl sie do Kanady do North Battleford, Saskatchewan, gdzie pracowal w szpitalu psychiatrycznym.

Dr. Ehrlich, czlowiek o ogromnych zainteresowaniach humanistycznych, nie tylko w archelogii, byl autorem licznych artykulow o uwiezieniu w Zwiazku Sowieckim, o Armii Polskiej, o archeologii i literaturze. Przez wiele lat drukowane byly one w londynskich Wiadomosciach i w polskiej prasie w Kanadzie.

Pani Irena Ehrlich, wdowa po Autorze, udzielila mi z radoscia pozwolenia na przedruki jego artykulow w Zwojach Polskich. Dziekuje Jej za to najserdeczniej.   (AMK)








Copyright © 1997-1999 Zwoje