Jakkolwiek nie spojrzec na jego tresc - czynil to juz Norwid - nieprzemijajacej wartosci sa w Panu Tadeuszu tla. Pieknym wierszem, pelnym wyszukanych porownan, opisane sa przyroda i krajobrazy: zachod slonca, swit, chmury, burza, las-puszcza, grzyby, koncert dwoch stawow; mgla, dawne obyczaje i postaci: uczta, polowania, koncert na rogu bawolim, starcy, szlachta w karczmach, Zyd-karczmarz koncertujacy na cymbalkach, klotnie i burdy, stroje szlacheckie, staropolski Polonez, saska porcelana polsko-szlachecka... Przywolujace dawna Rzeczpospolita, opisy te, jedne z najpiekniejsze w literaturze swiatowej, weszly do jej skarbca na zawsze.
Nie bez kozery, rozpoczynajac to pismo internetowe, w ktorym literatura polska bedzie miala poczesne miejsce, przywolujemy jeden z najpiekniejszych jej klejnotow: kilka opisow przyrody z Pana Tadeusza. (AMK)


|
Tam derkacz wrzasnal z laki, szukac go daremnie, Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie; Tam ozwal sie nad glowa ranny wiosny dzwonek, Rowniez gleboko w niebie schowany skowronek; Owdzie orzel szerokim skrzydlem przez obszary Zaszumial, straszac wroble jak kometa czary; Zas jastrzab, pod jasnymi wiszacy blekity, Trzepie skrzydlem jak motyl na szpilce przybity, Az ujrzawszy wsrod laki ptaka lub zajaca, Runie nan z gory jako gwiazda spadajaca. Ksiega II Zamek, 11-20 |
|
A przeciez wokol nich ciagnely sie lasy Litewskie! tak powazne i tak pelne krasy! - Czeremchy oplatane dzikich chmielow wiencem, Jarzebiny ze swiezym pasterskim rumiencem, Leszczyna jak menada z zielonymi berly, Ubranymi jak w grona, w orzechowe perly; A nizej dziatwa lesna: glog w objeciu kalin, Ozyna czarne usta tulaca do malin. Drzewa i krzewy liscmi wziely sie za rece, Jak do tanca stojace panny i mlodzience Wkolo pary malzonkow. Stoi posrod grona Para, nad cala lesna gromada wzniesiona Wysmukloscia kibici i barwy powabem: Brzoza biala, kochanka, z malzonkiem swym grabem A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki Patrza siedzac w milczeniu, tu sedziwe buki, Tam matrony topole i mchami brodaty Dab, wlozywszy piec wiekow na swoj kark garbaty, Wspiera sie, jak na grobow polamanych slupach, Na debow, przodkow swoich, skamienialych trupach. Ksiega III Umizgi, 548-567 |
|
Ktoz zbadal puszcz litewskich przepastne krainy, Az do samego srodka, do jadra gestwiny? Rybak ledwo u brzegow nawiedza dno morza; Mysliwiec krazy kolo puszcz litewskich loza, Zna je ledwie po wierzchu, ich postac, ich lice, Lecz obce mu ich wnetrzne serca tajemnice: Wiesc tylko albo bajka wie, co sie w nich dzieje. Bo gdybys przeszedl bory i podszyte knieje, Trafisz w glebi na wielki wal pniow, klod, korzeni, Obronny trzesawica, tysiacem strumieni I siecia zielsk zaroslych, i kopcami mrowisk, Gniazdami os, szerszeniow, klebami wezowisk. Gdybys i te zapory zmogl nadludzkim mestwem, Dalej spotkac sie z wiekszym masz niebezpieczennstwem: Dalej co krok czyhaja, niby wilcze doly, Male jeziorka, trawa zarosle na poly, Tak glebokie, ze ludzie dna ich nie dosledza (Wielkie jest podobienstwo, ze diably tam siedza). Woda tych studni sklni sie, plamista rdza krwawa, A z wnetrza ciagle dymi zionac won plugawa, Od ktorej drzewa wkolo traca lisc i kore; Lyse, skarlowaciale, robaczliwe, chore, Pochyliwszy konary mchem koltunowate I pnie garbiac brzydkimi grzybami brodate, Siedza wokolo wody, jak czarownic kupa Grzejaca sie nad kotlem, w ktorym warza trupa. Za tymi jeziorkami juz nie tylko krokiem, Ale daremnie nawet zapuszczac sie okiem; Bo tam juz wszystko mglistym zakryte oblokiem, Co sie wiecznie ze trzeskich oparzelisk wznosi. A za ta mgla na koniec (jak wiesc gminna glosi) Ciagnie sie bardzo piekna, zyzna okolica, Glowna krolestwa zwierzat i roslin stolica. W niej sa zlozone wszystkich drzew i ziol nasiona, Z ktorych sie rozrastaja na swiat ich plemiona; W niej, jak w arce Noego, z wszelkich zwierzat rodu Jedna przynajmniej para chowa sie dla plodu. W samym srodku (jak slychac) maja swoje dwory: Dawny Tur, Zubr i Niedzwiedz, puszcz imperatory. Okolo nich na drzewach gniezdzi sie Rys bystry I zarloczny Rosomak, jak czujne ministry; Dalej zas, jak podwladni szlachetni wasale, Mieszkaja Dziki, Wilki i Losie rogale. Nad glowami Sokoly i Orlowie dzicy, Zyjacy z panskich stolow, dworscy zausznicy. Te pary zwierzat glowne i patryjarchalne, Ukryte w jadrze puszczy, swiatu niewidzialne, Dzieci swe sla dla osad za granice lasu, A sami we stolicy uzywaja wczasu; Nie gina nigdy bronia sieczna, ani palna, Lecz starzy umieraja smiercia naturalna. Maja tez i swoj smetarz, kedy bliscy smierci, Ptaki skladaja piora, czworonogi siersci. Niedzwiedz, gdy zjadlszy zeby strawy nie przezuwa, Jelen zgrzybialy, gdy juz ledwie nogi suwa, Zajac sedziwy, gdy mu juz krew w zylach krzepnie, Kruk, gdy juz posiwieje, sokol, gdy oslepnie, Orzel gdy mu dziob stary tak sie w kablak skrzywi, Ze zamkniety na wieki juz gardla nie zywi, Ida na smetarz. Nawet mniejszy zwierz, raniony Lub chory, biezy umrzec w swe ojczyste strony. Stad to w miejscach dostepnych, kedy czlowiek gosci, Nie znajduja sie nigdy martwych zwierzat kosci. Ksiega IV Dyplomatyka i Lowy, 479-541 |
|
Grzybow bylo w brod: chlopcy biora krasnolice, Tyle w piesniach litewskich slawione lisice, Co sa godlem panienstwa, bo czerw ich nie zjada, I dziwna, zaden owad na nich nie usiada. Panienki za wysmuklym gonia borowikiem, Ktorego piesn nazywa grzybow pulkownikiem. Wszyscy dybia na rydza; ten wzrostem skromniejszy I mniej slawny w piosenkach, za to najsmaczniejszy, Czy awiezy, czy solony, czy jesiennej pory, Czy zima. Ale Wojski zbieral muchomory. Inne pospolstwo grzybow pogardzone w braku Dla szkodliwosci albo niedobrego smaku: Lecz nie sa bez uzytku, one zwierza pasa I gniazdem sa owadow i gajow okrasa. Na zielonym obrusie lak, jako szeregi Naczyn stolowych stercza: tu z kraglymi brzegi Surojadki srebrzyste, zolte i czerwone, Niby czareczki roznym winem napelnione; Kozlak, jak przewrocone kubka dno wypukle, Lejki jako szampanskie kieliszki wysmukle, Bielaki kragle, biale, szerokie i plaskie, Jakby mlekiem nalane filizanki saskie, I kulista, czarniawym pylkiem napelniona Purchawka, jak pieprzniczka - zas innych imiona Znane tylko w zajeczym lub wilczym jezyku Od ludzi nie ochrzczone: a jest ich bez liku. Ni wilczych, ni zajeczych nikt dotknac nie raczy, A kto schyla sie ku nim, gdy blad swoj obaczy, Zagniewany, grzyb zlamie albo noga kopnie: Tak szpecac trawe, czyni bardzo nieroztropnie. Ksiega III Umizgi, 260-289 |
|
Nieznacznie z wilgotnego wykradal sie mroku Swit bez rumienca, wiodac dzien bez swiatla w oku Dawno wszedl dzien, a jeszcze ledwie jest widomy. Mgla wisiala nad ziemia, jak strzecha ze slomy Nad uboga Litwina chatka; w stronie wschodu Widac z bielszego nieco na niebie obwodu, Ze slonce wstalo, tedy ma zstapic na ziemie, Lecz idzie niewesolo i po drodze drzemie. Za przykladem niebieskim wszystko sie spoznilo Na ziemi; bydlo pozno na pasze ruszylo I zdybalo zajace przy poznym sniadaniu; One zwykly do gajow wracac o switaniu, Dzis, okryte tumanem, te mokrzyce chrupia, Te, jamki w roli kopiac, parami sie kupia I na wolnym powietrzu mysla uzyc wczasu; Ale przed bydlem musza powracac do lasu. I w lasach cisza. Ptaszek zbudzony nie spiewa, Otrzasnal pierze z rosy, tuli sie do drzewa, Glowe wciska w ramiona, oczy znowu mruzy I czeka slonca. Kedys u brzegow kaluzy Klekce bocian; na kopach siedza wrony zmokle, Rozdziawiwszy sie ciagna gawedy rozwlokle, Obrzydle gospodarzom jako wrozby sloty. Gospodarze juz dawno wyszli do roboty. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . jak sie dziac zwyklo, kiedy zbieraja sie chmury, Ale coraz spadala; wiatr rozwinal dlonie I mgle muskal, wygladzal, rozscielal na blonie; Tymczasem slonko z gory tysiacem promieni Tlo przetyka, posrebrza, wyzlaca, rumieni. Jak para mistrzow w Slucku lity pas wyrabia, Dziewica siedzac w dole krosny ujedwabia I tlo reka wygladza, tymczasem tkacz z gory Zrzuca jej nitki srebra, zlota i purpury, Tworzac barwy i kwiaty: tak dzis ziemie cala Wiatr tumanami osnul, a slonce dzierzgalo. Ksiega VI Zascianek, 1-24; 569-580 |
|
Czyz nie piekniejsze stokroc wiatr i niepogoda? U nas dosc glowe podniesc, ilez to widokow! Ilez scen i obrazow z samej gry oblokow! Bo kazda chmura inna: na przykld jesienna Pelznie jak zolw leniwa, ulewa brzemienna, I z nieba az do ziemi spuszcza dlugie smugi Jak rozkwitle warkocze, to sa deszczu smugi; Chmura z gradem, jak balon, szybko z wiatrem leci, Kragla, ciemnoblekitna, w srodku zolto swieci, Szum wielki slychac wkolo; nawet te codzienne, Patrzcie Panstwo, te biale chmurki, jak odmienne! Zrazu jak stada dzikich gesi lub labedzi, A z tylu wiatr jak sokol do kupy je pedzi: Sciskaja sie, grubieja, rosna, nowe dziwy! Dostaja krzywych karkow, rozpuszczaja grzywy, Wysuwaja nog rzedy i po niebios sklepie Przelatuja jak tabun rumakow na stepie: Wszystkie biale jak srebro, zmieszaly sie - nagle Z ich karkow rosna maszty, z grzyw szerokie zagle, Tabun zmienia sie w okret i wspaniale plynie Cicho, zwolna, po niebios blekitnej rowninie! Ksiega III Umizgi, 633-653 |
|
Na zachod, jeszcze ziemia sloncem ozlocona swiecila sie ponuro, zoltawo-czerwona; Juz chmura, roztaczajac cienie na ksztalt sieci, Wylawia resztki swiatla, a za sloncem leci, Jak gdyby je pochwycic chciala przed zachodem, Kilka wichrow raz po raz przeswisnelo spodem, Jeden za drugim leca, miecac krople dzdzyste, Wielkie, jasne, okragle, jak grady ziarniste. Nagle wichry zwarly sie, porwaly sie w poly, Borykaja sie, kreca, swiszczacymi koly Kraza po stawach, maca do dna wody w stawach, Wpadly na laki, swiszcza po lozach i trawach, Pryskaja loz galezie, leca traw przekosy Na wiatr, jako garsciami wyrywane wlosy, Zmieszane z kedziorami snopow; wiatry wyja, Upadaja na role, tarzaja sie, ryja, Rwa skiby, robia otwor wichrowi trzeciemu, Ktory wydarl sie z roli jak slup czarnoziemu, Wznosi sie, jak ruchoma piramida toczy, Lbem grunt wierci, z nog piasek sypie gwiazdom w oczy, Co krok wszerz wydyma sie, roztwiera ku gorze I ogromna swa traba otrebuje burze. Az z calym tym chaosem wody i kurzawy, Slomy, liscia, galezi, wydartej murawy, Wichry w las uderzyly i po glebiach puszczy Ryknely jak niedzwiedzie. A juz deszcz wciaz pluszczy, Jak z sita, w gestych kroplach; wtem rykly pioruny, Krople zlaly sie razem: to jak proste struny Dlugim warkoczem wiaza niebiosa do ziemi, To jak z wiader buchaja warstwami calemi. Juz zakryly sie calkiem niebiosa i ziemia, Noc je z burza od nocy czarniejsza zaciemia. Czasem widnokrag peka od konca do konca, I aniol burzy na ksztalt niezmiernego slonca Rozswieci twarz, i znowu okryty calunem Uciekl w niebo i drzwi chmur zatrzasnal piorunem. Znowu wzmaga sie burza, ulewa nawalna I ciemnosc gruba, gesta, prawie dotykalna. Znowu deszcz ciszej szumi, grom na chwile usnie; Znowu wzbudzi sie, ryknie i znow woda chlusnie. Az sie uspokoilo wszystko; tylko drzewa Szumia okolo domu i szemrze ulewa. Ksiega X Emigracja. Jacek, 48-89 |
|
W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczety; Wlasnie muzycy koncza stroic instrumenty, Juz trzykroc wrzasnal derkacz, pierwszy skrzypak laki, Juz mu z dala wtoruja z bagien basem baki, Juz bekasy do gory porwawszy sie wija I bekajac raz po raz jak w bebenki bija. Na final szmerow muszych i ptaszecej wrzawy Odezwaly sie chorem podwojnym dwa stawy, Jako zaklete w gorach kaukaskich jeziora, Milczace przez dzien caly, grajace z wieczora. Jeden staw, co ton jasna i brzeg mial piaszczysty, Modra piersia jek wydal cichy, uroczysty; Drugi staw, z dnem blotnistym i gardzielem metnym, Odpowiedzial mu krzykiem zalosnie namietnym; W obu stawach pialy zab niezliczone hordy, Oba chory zgodzone w dwa wielkie akordy. Ten fortissimo zabrzmial, tamten nuci z cicha, Ten zdaje sie wyrzekac, tamten tylko wzdychal; Tak dwa stawy gadaly do siebie przez pola, Jak grajace na przemian dwie harfy Eola. Mrok gestnial; tylko w gaju i okolo rzeczki W lozach, blyskaly wilcze oczy jako swieczki, A dalej, u sciesnionych widnokregu brzegow, Tu i owdzie ogniska pastuszych noclegow. Nareszcie ksiezyc srebrna pochodnie zaniecil, Wyszedl z boru i niebo i ziemie oswiecil. One teraz, z pomroku odkryte w polowie, Drzemaly obok siebie jako malzonkowie Szczesliwi: niebo w czyste objelo ramiona Ziemi piers, co ksiezycem swieci posrebrzona. Ksiega VIII Zajazd, 37-60 |
|
Zaiste, okolica byla malownicza! Dwa stawy pochylily ku sobie oblicza Jako para kochankow: prawy staw mial wody Gladkie i czyste jako dziewicze jagody; Lewy ciemniejszy nieco, jako twarz mlodziana Smaglawa i juz meskim puchem osypana. Prawy zlocistym piaskiem polyskal sie wkolo Jak gdyby wlosem jasnym; a lewego czolo Najezone lozami, wierzbami czubate; Oba stawy ubrane w zielonosci szate. Z nich dwa strugi, jak rece zwiazane po spolu, Sciskaja sie; strug dalej upada do dolu; Upada, lecz nie ginie, bo w rowu ciemnote Unosi na swych falach ksiezyca pozlote; Woda warstwami spada, a na kazdej warscie Polyskaja sie blasku miesiecznego garscie, Swiatlo w rowie na drobne drzazgi sie roztraca, Chwyta je i w glab niesie ton uciekajaca, A z gory znow garsciami spada blask miesiaca. Myslalbys, ze u stawu siedzi Switezianka, Jedna reka zdroj leje z bezdennego dzbanka, A druga reka w wode dla zabawki miota Brane z fartuszka garscie zakletego zllota. Dalej, z rowu wybieglszy, strumien na rowninie Rozkreca sie, ucisza, lecz widac, ze plynie, Bo na jego ruchomej, drgajacej powloce Wzdluz miesieczne swiatelko drgajace migoce. Jako piekny waz zmudzki, zwany giwojtosem, Chociaz zdaje sie drzemac lezac miedzy wrzosem, Pelznie, bo na przemian srebrzy sie i zloci, Az nagle zniknie z oczu we mchu lub paproci: Tak strumien krecacy sie chowal sie w olszynach, Ktore na widnokregu czernialy konczynach, Wznoszac swe ksztalty lekkie, niewyrazne oku, Jak duchy na wpol widne, na poly w obloku. Miedzy stawami w rowie mlyn ukryty siedzi; Jako stary opiekun, co kochankow sledzi, Podsluchal ich rozmowe, gniewa sie, szamoce, Trzesie glowa, rekami, i grozby belkoce: Tak ow mlyn nagle zatrzasl mchem obrosle czolo I palczasta swa piescia wykrecajac wkolo, Ledwo kleknal i szczeki zebowate ruszyl, Zaraz milosna stawow rozmowe zagluszyl. Ksiega VIII Zajazd, 586-620 |
|
Juz ostatnie perly gwiazd zamierzchly i na dnie Niebios zgasly, i niebo srodkiem czola bladnie, Prawa skronia zlozone na wezglowiu cieni Jeszcze smaglawe, lewa coraz sie rumieni; A dalej okrag jakby powieka szeroka Rozsuwa sie i w srodku widac bialek oka, Widac tecze, zrenice - juz promien wytrysnal, Po okraglych niebiosach wygiety przeblysnal I w bialej chmurce jako zloty grot zawisnal. Na ten strzal, na dnia haslo, pek ogniow wylata, Tysiac rac krzyzuje sie po okregu swiata, A oko slonca weszlo. - Jeszcze nieco sennie, Przymruza sie, drzac wstrzasa swe rzesy promienne, Siedmia barw blyszczy razem; szafirowe razem, Razem krwawi sie rubin i zolknie topazem, Az rozlsnilo sie jako krysztal przezroczyste, Potem jak brylant swiatle, na koniec ogniste, Jak ksiezyc wielkie, jako gwiazda migajace: Tak po niezmiernym niebie szlo samotne slonce. Ksiega XI Rok 1812, 163-181 |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||