Przedmiot chwały, hołdu, wspomnień o heroizmie i tragedii, sporu Polaków.
Powstanie miało i inne oblicza, ukryte siłą rzeczy w cieniu spraw wielkich i ostatecznych. Oto osobisty aspekt Powstania i lat późniejszych jednego z uczestników niektórych polskich grup dyskusyjnych Internetu. Ze względu na bardzo osobisty charakter tego tekstu autor prosił o niepodpisywanie tego wspomnienia jego nazwiskiem. (AMK)

Kilka tygodni wcześniej, w pierwszej połowie sierpnia, Niemcy zaczęli opróżniać z ludności cywilnej okolice gdzie mieszkała moja rodzina - część Powiśla która nigdy nie została opanowana przez powstańców ani nie była terenem walk. W domu była wtedy matka, ojciec (49 lat), który ze względu na stan zdrowia nigdy nie służył w wojsku i nie należał do konspiracji wojskowej (był natomiast organizatorem i wykładowcą tajnych kompletów Politechniki Warszawskiej), średni brat (17 lat), który krótko przed wybuchem Powstania stracił kontakt ze swoją grupą konspiracyjną oraz dwie siostry (w wieku 13 i 10 lat). Dwaj pozostali bracia byli od początku w Powstaniu, starszy (18 lat, podchorąży AK) w Śródmieściu, młodszy (15 lat) w Poczcie Harcerskiej, też w Śródmieściu. Ostatnie wiadomości że żyją pochodziły z 3-go sierpnia.
W ciągu kilkunastu minut po wejściu Niemców do domów, ich mieszkańcy zostali, z tym co zdołali w tym krótkim czasie zgromadzić i unieść, wyprowadzeni na Dworzec Zachodni, i koleją przewiezieni do obozu przejściowego w Pruszkowie. Tam rodzina został rozdzielona - ojca i brata, na szczęście razem, wywieziono do pracy przymusowej w Niemczech, natomiast ciężarna matka i obie dziewczynki zostały zwolnione. Wkrótce udało im się przedostać do pobliskiego Milanówka, gdzie w małym pokoju mieszkała siostra matki z mężem.
Ciotka nie odmówiła dachu nad głową, ale sama miała własne problemy, i nie była wielką pomocą. Tak więc większość obowiązków: zdobycie jakiejś żywności, odtworzenie pozostawionej częściowo w Warszawie, przygotowanej wcześniej wyprawki, a potem opieka nad noworodkiem i położnicą spadły na moje siostry, dziewczynki 13-to i 10-cio letnie. Zwłaszcza starszej, która została później moją chrzestną matką, zawdzięczam zapewne że przeżyłem.
U ciotki w Milanówku mieszkało się źle, i jeszcze późną jesienią zamieszkaliśmy u dalszej nieco rodziny, w Zalesiu Górnym. W kilkupokojowej willi mieszkało tam wtedy około 30 osób - uchodźców z Warszawy. Jeszcze w zimie, przed przejściem frontu, zaczęły do matki docierać szczęśliwe wiadomości z Niemiec. Wszyscy przeżyli. Nie tylko wywiezieni "na roboty" ojciec i brat - z Powstania ocaleli też obaj pozostali bracia. Bez większych ran dotrwali do kapitulacji i zostali wywiezieni do obozów jenieckich.
Ojciec z bratem, oraz oddzielnie młodszy brat, wrócili w pierwszych miesiącach 1945. Starszy brat, który po wyzwoleniu służył w polskich formacjach pomocniczych zorganizowanych w zachodnich Niemczech przez Amerykanów, wahał się jeszcze przez rok i powrócił w 1946. Spółdzielczy dom na Powiślu przetrwał, ale mieszkanie rodziców było całkowicie wypalone. Wkrótce wprowadzili się tam dzicy lokatorzy i nigdy już nie udało się go odzyskać. Już drugi raz w życiu musieli rodzice od zera budować podstawy swojej egzystencji (przedtem, jeszcze się nie znając, w 1918 i 1921, repatriowali się z Ukrainy, bez rodziców i grosza przy duszy, ale za to każde z młodszym rodzeństwem pod opieką). Być może dlatego nie wpoili w nas zbytniego przywiązania dla dóbr materialnych.
Rodzina pozostała więc w Zalesiu, najpierw w rozluźnionej już willi ciotki, a potem w jakichś samodzielnie wynajętych pokojach. Gdy tylko ruszyła kolejka wąskotorowa z Zalesia Dolnego do Warszawy, ojciec powrócił na Politechnikę, która przygotowywała się do przyjęcia pierwszych studentów, matka powróciła na krótko w Zalesiu do swojego dawnego zawodu wiejskiej nauczycielki, a bracia i siostry wznowili naukę.
Szczęście, które sprzyjało naszej rodzinie w czasie okupacji i Powstania, nie opuszczało nas i później: nikt nie był prześladowany w latach stalinowskich. Ojciec, mimo że nigdy nie należał do partii, jeszcze chyba w 1948 otrzymał nominację profesorską. Pozostał na Politechnice do wczesnych lat 60-tych kiedy przeszedł na emeryturę. Przyczynił się do wykształcenia dla Polski całego pokolenia inżynierów, a dzięki swojej charakterystycznej posturze i licznym dziwactwom był bardzo popularną postacią na swoim wydziale. Również w 1948 mogliśmy powrócić do Warszawy - przydzielono nam nowe mieszkanie w budynku przy ul. Asfaltowej, który Politechnika odbudowała dla swoich pracowników. Nikt z rodzeństwa nie miał większych trudności z przyjęciem na wyższe uczelnie, choć w jednym przypadku stanowisko i interwencja ojca pomogły chyba jakiemuś urzędnikowi uznać po cichu, że uprzednia działalność w ZHP [Związku Harcerstwa Polskiego] może być równie dobra jak wymagana od kandydata "praca społeczna" i skompensować brak przynależności do ZMP [Związku Młodzieży Polskiej - polskim "Komsomole"].
Gdy ja już trochę podrosłem, i zacząłem lepiej dostrzegać świat zewnętrzny, najgorsze już minęło - nadchodził Październik 1956. Z tych najmłodszych lat pamiętam jednak wszechobecne ruiny, akcje odgruzowywania, na które chodziło się całą rodziną, ale pamiętam również idące ulicą do pracy kolumny więźniów. Mówiono mi wtedy, że to jeńcy niemieccy, teraz mam wątpliwości czy w każdym przypadku było to prawdą.
Dziś rodzice od lat już nie żyją, zmarł też jeden z braci a cała reszta rodzeństwa, z wyjątkiem mnie, jest już na częściowych przynajmniej emeryturach. Następne pokolenie składa się z trzynastu osób. Jeszcze następne, jak dotychczas, z ośmiorga prawnuków moich rodziców.
Dla nich Powstanie Warszawskie będzie zapewne czymś podobnym do tego czym dla mnie było to Styczniowe - chwalebnym i tragicznym epizodem odległej już historii, bez większego jednak znaczenia dla codziennego życia własnego, najbliższej rodziny oraz całego Kraju. Życie płynie.
Za Wojciechem Młynarskim można by powiedzieć i o Warszawie:
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||