PRZYCHODZIMY, ODCHODZIMY
LECIUTEŃKO NA PALUSZKACH
ANDRZEJ M. KOBOS
Pamięci Piotra Skrzyneckiego
Każdy, kto chociaż nieco wie o Krakowie, zapytany o sławne krakowskie kabarety (w sensie intelektualnym) wymieni zapewne dwa: "Zielony Balonik" i "Piwnicę pod Baranami"."Zielony Balonik", słynny nazwiskami Boya, Noskowskiego, Sichulskiego i Frycza, działał w kawiarni "Jama Michalika" przy ul. Floriańskiej w czasach Młodo-Polskich i to przez dosyć krótko, bo niespełna siedem lat: 1905 – 1912, wystawiając przeważnie satyryczne szopki kukiełkowe.
"Piwnica", natomiast, stała się fenomenem nie tylko krakowskim, ale i europejskim, czy nawet światowym, istniejąc przez ponad 40 lat, otoczona mgiełką tajemniczości i aurą cyganerii, ze zmieniającymi się w ciągu tych lat artystami, lecz związanymi z sobą chęcią dostarczania wykwintnej, intelektualnej rozrywki, a przede wszystkim osobą niezwykłego Piotra Skrzyneckiego. Piotr był jednym z twórców Kabaretu w listopadzie roku 1956, a wkrótce potem stał się jego duszą, inspiratorem, dyrektorem, reżyserem, jedynym konferansjerem i filarem, na którym "Piwnica" była zakotwiczona.
Piotr zmarł po długiej chorobie 27 kwietnia 1997 roku. Żył lat niespełna 67. Wszedł na stałe do Legendy Krakowa.
Nie będzie w tym artykule historii "Piwnicy pod Baranami" – ta zajęłaby sporą książkę. Taka, piękna, aczkolwiek również niepełna, została napisana przez Joannę Olczak-Ronikier w 1994 r. [1], a w 1998 r. Joanna napisała niezwykłą biografię Piotra Skrzyneckiego, pt. Piotr [2]. Tutaj, poza bardzo skrótowymi, wczesnymi dziejami Kabaretu, będą to niechronologiczne i zwięzłe moje wspomnienia z czasów (głównie z lat 1967-1973), kiedy związany byłem z "Piwnicą Pod Baranami" jako jej fotografik nadworny, po okresie "rezydencji" Zbigniewa Łagockiego. Był to jeden z tych okresów mojego życia, które wspominam najmilej, chociaż niektóre daty pozacierały się już w mojej pamięci, a kontakt mój z "Piwnicą" ustał zupełnie. Ale szczerze mówiąc, po śmierci Piotra, "Piwnica", nadal formalnie istniejąca tą samą nazwą, jakkolwiek interesująca, nie jest już dla mnie "Piwnicą". Tamta, "moja", przeminęła – jak we śnie.
Kabaret rozpoczął się jako wieczory poetyckie i muzyczne w czerwcu roku 1956 w Krakowie, z siedzibą we wspaniałej, gotycko sklepionej, kamiennej piwnicy Pałacu Pod Baranami (niegdyś i znowu należącego do Potockich), z płaskorzeźbą baranów w głównym portalu, w Rynku, na rogu ul. Św. Anny. Są to właściwie trzy duże, połączone piwnice, ze scenką i prostą widownią w jednej z nich. Do tej piwnicy wtajemniczeni mogli wchodzić także wprost z podwórka, przez zsyp węglowy, po klamrach w murze. Na samym początku nie było nawet sceny; imitowały ją puste paki.
"Piwnica pod Baranami" została założona jako pewien żart na jeden tydzień tylko, przez grupę młodych, niekonformistycznych ludzi: Jana Günthera, Kazimierza Wiśniaka, Piotra Skrzyneckiego, Wiesława Dymnego, Krzysztofa Zrałka, Barbarę Nawratowicz, Kikę Lelicińską, Andrzeja Bursę, Rajmunda Jarosza, Joannę Olczakówną, Jerzego Chromego. Rozmaicie (jak zwykle) potoczyły się losy ludzi związanych nieomal od zarania z "Piwnicą", większość odeszła z czasem, kilkoro stało się później sławnymi: Krysia Zachwatowicz i Kazimierz Wiśniak – scenografami, Bronisław Chromy – rzeźbiarzem; Joanna Olczakówna znakomitą pisarką, czterech – Andrzej Bursa (poeta), Wiesław Dymny, Piotr Skrzynecki i Krzysztof Litwin – nie żyje (Krzysztof Litwin nie występował już od wielu lat, poza rewią na 60-lecie Piotra Skrzyneckiego w roku 1990); Barbara Nawratowicz po wyjeździe z Polski prowadziła w Radiu Wolna Europa popularną muzyczną audycję zatytułowaną Rendez vous o 6:10, a teraz mieszka w Australii. Jedynie Piotr Skrzynecki pozostał sobą do końca.
Istotą Kabaretu był zawsze nastrój, rozbawiony choć głęboko poetycki, śmiech i refleksja. Tę, jakby kantowsko-immanentną cechę "Piwnicy" najlepiej chyba oddawała fraza z wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, przez lata śpiewanego przez Ewę Demarczyk: "Wciąż się śmiejesz, lecz coś tkwi poza tym...". Dalej, ta istota "Piwnicy", opierała się na skojarzeniach, często absurdalnych acz wykwintnych pomysłach i groteskowych, albo groteskowo interpretowanych tekstach, była nieprzerwaną, wspólną zabawą jej twórców i widowni.
"Piwnica" była kilkakrotnie zamykana przez władze administracyjne PRLu: po tym, jak partyjniacy poczuli się wyśmiani i obrażeni; po likwidacji reformatorsko-liberalnego tygodnika Po prostu (po słynnym obwieszczeniu na drzwiach "Piwnicy": "Bal po prostu zamknięty"), a już szczególnie (zwykle na krócej) przed wyborami, zjazdami partii, w czasach rozruchów i stanów wojennych. W roku 1962, po programie dla psychiatrów, wyrzucono Kabaret z piwnicy na trzy lata i znalazł on wówczas przytułek najpierw w klubie Związku Literatów przy ul. Krupniczej 22, a potem w Stowarzyszeniu Żydowskim przy ul. Sławkowskiej. W roku 1964 powróciła "Piwnica" do swojej piwnicy. Przez ponad dziesięć lat nie wolno było Kabaretowi występować nigdzie w kraju poza Krakowem, chociaż mógł wyjeżdżać z występami na Zachód, np. do Paryża oraz na festiwale w Arezzo (koło Florencji) i w Nancy, zawsze przyjmowany tam niezwykle gorąco. "Piwnica" była niewątpliwie tolerowana przez władze komunistyczne jako pewien element snobistyczny, reklama rzekomej "wolności intelektualnej" w PRL (oczywiście tylko dla bardzo nielicznej grupy i w bardzo ograniczonym zakresie), być może nawet jako pewien wentyl bezpieczeństwa dla upustu intelektualnej frustracji.
Występy Kabaretu odbywały się początkowo nieregularnie, a potem już bardziej regularnie, zwykle w soboty i niedziele, nigdy przed 11:00 wieczorem, a widzowie nigdy nie mogli być pewni co i kogo zobaczą i kiedy występ, a czasem jeszcze mała wódeczka dla niektórych, się skończą.
Formalnie każdy program miał swoją nazwę, którą zwykle była jakaś fraza występująca w jednym z wystawianych tekstów, lub w piosence. Były to nazwy różne i wspaniałe. Pierwszy program nie miał jeszcze nazwy, drugi (w roku 1957) zwał się Polska Stajnia Narodowa (z ostrą jak na owe polskie czasy satyrą polityczną, włącznie z fragmentami autentycznych mów Chruszczowa, wygłaszanymi przez Kwintę), Próba światła (po założeniu w piwnicy "Piwnicy" elektrycznego światła w roku 1958; wcześniej wszystko odbywało się przy świecach), Śmierć w kawiarni (aluzja do śmierci czyhającej w kawiarni "Maurizio" w Rynku, okupowanej przez najstarszych obywateli miasta Krakowa), Sen Namiestnika Hinkona; Jezioro Trzech Wieszczek; Siedem dziewcząt pod bronią czyli apoteoza Cesarza Franciszka Józefa; Jak żyliśmy, jak żyjemy i do czego doprowadzimy nasze mieszkania; Łaska Imperatora; Folguj szczątkom swej młodości; Kochać nie warto; Ja Cię Włodek psuć nie chciałem (miało być "Władek", ale cenzura nie przepuściła bo Gomułka był Władek; tytułowi temu przywrócono "Władka" po upadku Gomułki); Chiny wczoraj i dziś. To jest lista niepełna i z dawnych lat – tutaj tylko dla oddania smaku. Programy wystawiane były przez rok albo i dłużej, ewoluując i stając się konglomeratem kilku poprzednich. Każdy występ był inny, wszystko było bardzo spontaniczne i niezdeterminowane, indetermistyczne z natury Kabaretu.
Pierwszym monologiem w "Piwnicy" była opowieść o okrutnej markizie, napisana przez Kazimierza Wiśniaka dla Basi Nawratowicz:
Markiza ukryta w grocie oczekiwała kochanka. Kadzielnica miłości zawieszona u pułapu wydzielała wonny dym. Miesiąc sunął w chmurach. Była to siódma schadzka Markizy w tym ponurym tygodniu...Pierwszy kochanek został zaraz otruty. Drugiego Markiza własnoręcznie poćwiartowała i wrzuciła w czeluść wulkanu. Trzeci miał na imię Zefiryn... Silne uderzenie kadzielnicą miłości uniosło go z tego świata. Czwarty umierał długie godziny na łonie Markizy dzięki powolnemu działaniu laudanum. Piąty kochanek, Murzyn, musiał przebić się sam, długim dłutem do rozbijania brył marmuru. Szósty utonął w nurtach kaskady...
Markiza ukryta w grocie oczekiwała kochanka. Kadzielnica miłości zawieszona u pułapu wydzielała wonny dym. Miesiąc sunął w chmurach. Była to siódma schadzka Markizy w tym ponurym tygodniu...
Wiśniak napisał potem dla Basi jeszcze dwa inne monologi: Symfoniusz, historia zegara markizy (którym był Krzyś Litwin) i Izydor.Jednym z pierwszych skeczy był "strip-tease"; w "politycznym" – Basia Nawratowicz zdejmowała z pleców Joanny Olczakówny napisy: "Stopa życiowa", Mąka", "Chleb", "Węgiel", a w "rowerowym" – ta sama Basia wyuzdanie rozbierała... rower na części. Rozbieranie roweru było największą perwersją, jaką można było pokazać w latach 1956-1958.
Basia mówiła wówczas również inne monologi, takie jak: Duńska królowa, Malarka czy Antonina Gruszczenko – gwiazda kinematografii radzieckiej. Śpiewała też piosenki – pierwsza w Polsce sięgnęła do repertuaru lat dwudziestych – zaśpiewała Pokochaj mnie, którą to piosenkę musiała bisować czasem trzykrotnie podczas wieczoru. Nie było mikrofonów ani wentylacji – cud, że nie straciła głosu, bo to była pierwsza piosenka w "Piwnicy", z akompaniamentem Zygmunta Koniecznego, śpiewana w krzyku.
Wystawiano skecze, często z podtekstem politycznym lub erotycznym, produkcji własnej, albo dawne teksty wyszukane z literatury, niekiedy wielkiej, niekiedy quasi-naukowej, albo i podrzędnej lub gazetowej, niekiedy z pamiętników czy listów osób sławnych, kiedy indziej z austriackich operetek. Były także absurdalne fragmenty ze współczesnych przemówień dygnitarzy lub z artykułów politycznych w prasie codziennej PRL-u. Teksty te miały jednak jedną wspólną cechę: w interpretacji artystów "Piwnicy", stawały się perłami humoru, dostarczały wspaniałej rozrywki. Często trudno było odróżnić co pochodziło z "wielkiej" literatury, czy listu erotycznego Zygmunta Krasińskiego, a co z artykułu albo ogłoszenia w Trybunie Ludu. Były też oczywiście doskonałe piosenki, prawdziwe, poetyckie, albo bardziej prozaiczne. W programie Apologia Ambrożego Grabowskiego wyśpiewywano czystą prozę: fragmenty przewodnika Ambrożego Grabowskiego po Krakowie i okolicy z lat 1820. Po stanie wojennym, ale jeszcze za komunizmu, wyśpiewano nawet Dekret o Stanie Wojennym (nieznanego autora!) oraz abolicję (z lipca 1983) wyroku z marca 1983, skazującego Ob. Skrzyneckiego Piotra na grzywnę za to, że "nie opuścił zbiegowiska publicznego, pomimo wezwania do tego uprawnionych organów MO i swoją postawą, opanowaniem i spokojem jakby podtrzymywał demonstrujący tłum na duchu".
(Tu gwoli wyjaśnienia: 31 sierpnia 1982 Piotr został aresztowany w swoim mieszkaniu po demonstracji na Rynku Głównym, pobity po twarzy i przewieziony do kwatery milicji na ul. Mogilskiej, gdzie rozebrano go do naga i zamknięto w dosłownej drewnianej klatce. Opowiadając mi to we wrześniu 1987 roku w Toronto, Piotr powiedział: "nie masz pojęcia, jak czuje się człowiek publicznie rozebrany do naga. Poczułem się trochę lepiej dopiero gdy ktoś inny, też rozebrany, zawołał do mnie 'witaj Piotrze', a do kogoś innego, również nagiego, zwrócił się 'panie profesorze'".)
Wszystko to zamieniało się w "Piwnicy" w gejzery humoru i kunsztu wokalnego artystów Kabaretu, odbywając się na niewielkiej scenie, w brudnej, straszliwie zadymionej papierosami piwnicy. Kostiumy i rekwizyty najczęściej były znalezionymi lub ofiarowanymi starociami. Na scenie stały dekoracje niezwykle: znalezione gdzieś – stary kredens, trzy stare, nadjedzone przez mole mundury galowe, uprząż końska, wieniec pogrzebowy ukradziony na Cmentarzu Rakowickim, resztka zbroi, manekin krawiecki, rogi jelenie i obowiązkowy, duży świecznik. Zapalonych świec było zawsze w "Piwnicy" wiele. Częste też były iskrzące zimne ognie.
Barbara Nawratowicz wspominała w roku 1965 [3]:
Ogłosiliśmy w zaprzyjaźnionym z nami wieczornym dzienniku Echo Krakowa, że chętnie przyjmiemy stare przedmioty zbędne w domach, lub leżące na strychach. Apel dał wstrząsające rezultaty. Staruszki z całego c.k. miasta Krakowa zaczęły znosić nam najbardziej nieprawdopodobne przedmioty. Były tam części starych uzbrojeń, klatki na ptaki, lustra w złoconych ramach, fotele bez siedzeń i siedzenia bez foteli, wypchane zwierzęta, hełmy strażackie, gipsowe popiersia wielkości nadnaturalnej, szable, koronkowe suknie z trenami i cekinami, samowary i mundur powstańca z roku 1863, a także wspaniała purpurowa kanapa z czasów Franza Josefa, pełna moli, ale za to z frędzlami. Szalenie to wzbogaciło widok naszego wnętrza no i dodało niezbędnego splendoru przedstawieniu "operowemu" pt. Jezioro Trzech Wieszczek.Owe wspaniałe rekwizyty pozostały w "Piwnicy" przez lata, niektóre potem trafiły do różnych mieszkań jako niecodzienne elementy ich wystroju. Później, w "Solidarnościowym" okresie 1980-1981, znalazły przytułek w "Piwnicy" nawet pierwszomajowe chorągwie, wówczas porzucone, bezdomne. Na zakończenie programu bywały one chaotycznie podawane ludziom nad głowami "dla zaopiekowania się" nimi. Zjawiły się wtedy również dawne dekoracje socrealistyczne i duży portret Bieruta.Scenografię występów robili w początkowym okresie Wiesiek Dymny lub Kazimierz Wiśniak, a później wybitna scenografka, Krysia Zachwatowicz. Jezioro Trzech Wieszczek zawierało mrożący krew z żyłach efekt z linami, rozwieszonymi pod sklepieniem piwnicy przez znakomitego taternika Janka Długosza-"Palanta", niedługo przed jego tragiczną śmiercią na Zadnim Kościelcu w 1962 r.. Po tych linach zjeżdżały na scenę trzy wieszczki a Wiesiek Dymny, zwisając z nich głową w dół, mówił monolog "to nieprawda, że byłem cyrkowym koniem".
W programie Kochać nie warto artyści występowali w autentycznych sądowych togach, wypożyczonych z sądu przez mecenas Rutę Buczyńską, zaprzyjaźnioną z "Piwnicą". Była to przejrzysta aluzja do bezprawia po Marcu 1968. W programie tym Tadek Kwinta odgrywał opętanego przez diabła (do autentycznego starego tekstu) i wyciągał z gardła niby-węża, zwisając przy tym z lin głową w dół.
W Niepołomicach, w roku 1973, nad sceną w pałacu był nawet balon w powietrzu, niewielki lecz prawdziwy, z Markiem Pacułą w gondoli, oraz wielka kurtyna falliczna (niektórzy mówili wówczas: "kurtyna chujowa"), pędzla Wieśka Dymnego.
Poza spontanicznością i niebywałymi pomysłami programowymi i scenicznymi, wspaniałymi cechami "Piwnicy", nadanymi jej przez Piotra, były otwartość i "myślenie". Magia "Piwnicy", nie przespane noce i aura absurdu przyciągały najlepszych. Kto miał do zaprezentowania coś interesującego, oryginalnego, niecodziennego, lecz i na bardzo wysokim poziomie, zwykle miał do "Piwnicy" drogę otwartą. Piotr mówił – "no to przychodź mój(a) drogi(a)", i rychło było się zżytym z "Piwnicą". Tak trafiło do "Piwnicy" wielu wybitnych artystów. Wśród nich, piosenkarz i aktor Mieczysław Święcicki w 1958 r.; wspaniała Krysia Zachwatowicz i Miki Obłoński w 1959 r.; gwiazda pierwszej wielkości: Ewa Demarczyk w 1962 r.; kompozytor Zygmunt Konieczny we wczesnych latach 60.; poeta i niezwykły pieśniarz Leszek Długosz w roku 1965; znakomita aktorka Majka Zającówna w 1966. Później przyszli inni, młodsi.
Trafiali do "Piwnicy" i tacy, którzy rychło odchodzili, albo znudzeni, albo mający niewiele do zaproponowania. Chociaż od roku 1957 każdy program musiał być zaaprobowany przez cenzora z PRL-owskiego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (istniał takowy, całkiem groźny!), a ów w zasadzie bywał również na każdym występie (bacznie obserwując przede wszystkim reakcję widowni), to usłyszeć można było w "Piwnicy" teksty bardzo aluzyjne. W późniejszych latach, w środku nocy, na pożegnanie, Piotr mawiał: "żegnajcie, a teraz już idźcie, niech was Bóg, Papież, Jaruzelski i milicja prowadzą do domu"; ta lista polecanych "opiekunów" miała zresztą różne wariacje czasowe. Bodajże w roku 1969, przed jakimiś wyborami, był tajemniczy, nocny pożar w piwnicy "Piwnicy", na szczęście pustej. Spłonęły wówczas dekoracje i ławy, zaś wersji przyczyn tego pożaru istniało kilka. Od tego czasu, na każdym występie bywał nie zawsze trzeźwy strażak, w pełnym rynsztunku, wyglądający zresztą zupełnie bezsilnie. (Pałac Pod Baranami równie tajemniczo spłonął częściowo w sierpniu 1990, ale piwnice pozostały nienaruszone).
Publiczność tłoczyła się bezlitośnie u wejścia z sieni pałacu, ludzie zajmowali strategiczne pozycje już o 7. wieczorem, a po otwarciu drzwi z sieni przez p. Styca szybko i nieludzko przepychali się na schodach do piwnicy, próbując zdobyć lepsze miejsce na niewielkiej widowni. Mniej szczęśliwi tłoczyli się u wejścia do właściwej piwnicy, usiłując dojrzeć cokolwiek poprzez głowy i szyje innych; niektórzy zaprzyjaźnieni zajmowali obrzeża i tak małej sceny.
* * *
Teraz nieco o artystach mojego "Piwnicznego" okresu oraz o ich występach. (Utrzymując tutaj ton wspomnienia z dawnych lat, nie piszę o późniejszych artystach, gdyż mógłbym tylko powtarzać relacje innych.)Przede wszystkim, Piotr Skrzynecki. Od roku 1957 wspaniały konferansjer i organizator występów. Zawsze w czarnej marynarce (później w ciemnobrązowej opończy) i czarnym cylindrze albo kapeluszu, którego nigdy nie zdejmował. Z nieodłącznym dzwonkiem, wypadał zza pseudo-kulisów z przeraźliwym dzwonieniem i okrzykiem "Proszę państwa, proszę państwa", zapowiadał następne punkty programu, lub robił jakieś przezabawne komentarze. Zabawnie się myląc, witał niektórych gości spośród widowni. Niekiedy zaś stał, czasem odwrócony tyłem, w skupionym zamyśleniu. Sam prawie nigdy nie przedstawiał pełnego punktu programu. Bardzo rzadko, swoim miękkim, ciepłym głosem odczytywał inwokację (np. w Łasce Imperatora), albo (od programu Śmierć w kawiarni w 1959) na zakończenie mówił (według autentycznego dawnego anonsu) smutną, wzruszającą Wyprzedaż teatru – nikomu już niepotrzebnych rekwizytów odchodzącego dyrektora.
Dyrektor teatru w sławnym mieście N. ma zaszczyt donieść, że po długich trudach i pracach ma zamiar odpocząć i w tym to celu chce sprzedać pyszne swe zamki, ogrody wygodne i obronne twierdze, piękny i cienisty las, kilka łąk usianych kwiatami i znaczną ilość rozkosznych domów wiejskich w czarujących okolicach. Przedane także będą przez publiczną licytację wyborne sprzęty jego pałaców i inna ruchomość, a mianowicie: morze z dwunastu wielkich wałów złożone, z których dziesiąty na nieszczęście cokolwiek jest uszkodzony, półtora tuzina obłoków dobrze zachowanych, nadto jedna chmura przeszyta piorunem, śnieg doskonałej białości, z najlepszego pocztowego papieru. Prócz tego dwa rodzaje śniegu cokolwiek ciemniejszego, z papieru ordynaryjnego. Trzy butelki błyskawicy. Słońce zachodzące, cokolwiek przetarte, księżyc, cokolwiek stary. Wóz tryumfalny złocony, prawie nowy, dwoma smokami zaprzężony. Płaszcz purpurowy, dla Semiramidy zrobiony, a który służył później Agamemnonowi, Menelausowi i innym bohatyrom. Cały ubiór dla Widma, to jest: koszula okrwawiona, poszarpany płaszcz z dwoma łatami czerwonymi, wystawującymi rany śmiertelne. Pióro zrobione do hełmu Dziewicy Orleańskiej, ale tylko raz używane. Chustka do kieszeni Otella i kilka par wąsów baszów wschodnich. Wóz Kleopatry. Flaszeczka z winnym spirytusem, przydatna do wprowadzania duchów, wydaje bowiem wyborny płomień błękitny. Róż do użytku aktorów i aktorek. Trzy urwiska skał dobrze wypchane włosiem końskim i dwa darniowe stołki z drzewa sosnowego. Wielki stos ze wszech stron podpalony i kilka lat już palący się. Piękny niedźwiedź obciągnięty nowym futrem farbowanym i dwie owce wypchane wiórem. Cały obiad złożony z ciast z papieru klejonego, z kury także papierowej. Do tego należy kilka butelek z drzewa dębowego i owoce z wosku na wety. Pięć łokci łańcuchów z blachy, wydających brzęk straszny i łatwo przerażający. Zupełna kolekcja masek, drzwi zapadających, drabin z powrozów, stołów sędziowskich z długimi kobiercami. Głowa lwa, który jeszcze ryczeć potrafi, sztylet, na którego ostrzu zastygła kropla krwi, i flaszeczka, na której dnie została jeszcze odrobina laudanum.Nawet milczący, Piotr grał i stwarzał cudowną, niepowtarzalną atmosferę jednym lub kilku słowami, gestem, miną, zapalonym papierosem, dzwonkami. Tych dzwonków posiadał zresztą wielką rozmaitość: duże i małe, od krowich, poprzez mniej więcej normalne, pojedyncze, do poczwórnych – kościelnych.Dyrygował wszystkim, z jednym tylko celem, o którym kiedyś powiedział: "Jest mi przyjemnie; chciałbym posłuchać pięknej muzyki, piosenki, popatrzeć na cudny balet, czy też zatańczyć, czy cokolwiek, a ponieważ sam tego nie potrafię, to wszystkim mówię: malujcie, śpiewajcie, grajcie, róbcie co chcecie, byle było ciekawie". Ale przede wszystkim tryskał bezgranicznym humorem, śmiał się tym swoim cudownym, zaraźliwym śmiechem.
- fotografie
Ewa Demarczyk, wielka wokalistka, śpiewała zwykle kilka piosenek z muzyką Zygmunta Koniecznego lub Andrzeja Zaryckiego. Śpiewała m. in. wiersze Juliana Tuwima, liryczny Tomaszów i walcujący, agresywny Grand Valse Brilliant; smutny wiersz Bolesława Leśmiana Garbus; Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej nostalgiczne Pocałunki; przejmujący montaż kilku wierszy wojennych Krzysztofa Kamila Baczyńskiego (po których ludzie w Warszawie autentycznie płakali na widowni), jego Deszcze i uroczy, bardzo melodyjny Most w Avignon; Osipa Mandelsztama Cygankę i Skrzypka Hercowicza; Maryny Cwietajewej Imię Twe (do Aleksandra Błoka); niezwykły wokalistycznie Taki pejzaż młodego wówczas poety Wincentego Fabera. Rzadziej śpiewała dawne przeboje, jak Rebeka, lub Czerwonym blaskiem otoczona, z rozkoszy prężąc swe ramiona – z przejmującą zmianą głosu od krzyku do umierającego szeptu w jednym rozciągniętym słowie "[jęk] ko--na--nia", kiedy to porzucona przez niegdysiejszego kochanka tancerka przebija się nożem "w ostatnim tańcu swym".To w "Piwnicy", w nastroju kameralnym, bez licznej orkiestry i aparatury, z jednym reflektorem, obywały się premiery jej artystycznych pieśni, chyba każdej z nich, poza tylko tymi śpiewanymi w obcych językach. Pamiętam prawykonania Mostu w Avignon Baczyńskiego, wierszy Cwietajewej, Skrzypka Hercowicza Mandelsztama oraz biblijnej Pieśni nad Pieśniami. Ta ostatnia była rzeczą niesłychaną: religijna pieśń żydowska, śpiewana przez Ewę w długiej ciemnoczerwonej (nie jak zawsze czarnej lub brązowej) sukni, niedługo po Marcu 1968, w apogeum gomułkowskiej histerii antysemickiej, w obecności stada cenzorów i wyrafinowanej publiczności. Wcześniej, Ewa śpiewała fragmenty Psalmów Dawidowych.
Zawsze niewiarygodna była momentalna zmiana nastroju w "Piwnicy", od rozbawienia do pełnej powagi i skupienia, gdy nieruchoma Ewa, o nieruchomych czarnych oczach, stawała jeszcze milcząca przed mikrofonem. Przez lata śpiewała wybór tych samych piosenek, ale za każdym nieomal razem inaczej, wciąż poszukując coraz to innej ich interpretacji. Na pianinie akompaniowali Ewie kompozytorzy muzyki do jej piosenek: Zygmunt Konieczny albo później Andrzej Zarycki, a na skrzypcach grał jej Zbyszek Paleta.
W roku 1967 Marek Rostworowski, historyk sztuki, wielki przyjaciel "Piwnicy", napisał do swojego brata Jana w Lancaster w Anglii:
Jest coraz bardziej żywiołowa i nie ma cienia maniery estradowej. To jest naprawdę fenomen między światowymi pieśniarkami. Kiedy stoi przed publicznością, wygląda jak Joanna d'Arc. Gdy śpiewa powstańczy wiersz Baczyńskiego, "krew pachnie w tej sali" – jak powiadał Lechoń. Gdy śpiewa melancholijną miłowankę Tuwima o spotkaniu w Tomaszowie i "nic nie odpowiada i je zielone winogrona", mały złoty medalion odmyka się na samym dnie serca. Kiedy woła Psalmy Dawida, niebo pęka rodząc owych dwóch gwałtowników: Boga i Człowieka. Występuje w najlepszym kabarecie artystycznym między Paryżem, Londynem, Madrytem i Rzymem, w "Piwnicy pod Baranami" u Piotra Skrzyneckiego, przy krakowskim rynku. Nazywa się Ewa Demarczyk.Wiadomosci, 15/1097, Londyn 9 kwietnia 1967.
- fotografie
Krysia Zachwatowicz, która przystała do "Piwnicy" od programu Śmierć w kawiarni, zawsze ustrojona w przepyszne, surrealistyczne szale, kapelusze i makijaże, jako dama lub królewna, albo ucharakteryzowana na przerażającego ducha-zjawę, deklamowała albo czytała, zwykle śmiertelnie poważnie (a rzadziej śpiewała), raczej niedorzeczne teksty, fragmenty z pamiętników rozmaitych dam (np. hrabiny Mrozowskiej, o tym jak "jechała na Krym, sama między Tatary"), albo monologi (np. o schadzkach markizy-wampira). Krysia śpiewała "On to był hrabia w czarnym fraku" do słów Kazimierza Wierzyńskiego, mówiła teksty z listów, często erotycznych, lub z przepisów kuchennych, np. Zestawienie potraw jednogarnkowych na 600 osób, gdy to przejmującym głosem przeciągle wołała: "wooody! 300 litrów, chleeeba! 70 kilo, mąąąki! 4 kilo, kooości! 5 kilo". Innym razem, Krysia śpiewała naiwnie o "swojej" wizycie u amanta:To taka głupia, to ja już nie jestem,– zawsze dedykowane przez Piotra komuś z przyjaciół na widowni, np. mec. Jackowi Żuławskiemu. Piotr wtrącał [to taka głupia...] "panie Żuławski" [to ja już nie jestem], ku niezwykłej uciesze żony Jacka – Czesi. Była Krysia również doskonałą aktorką, jak potem pokazały to wielkie filmy Andrzeja Wajdy Człowiek z marmuru i Człowiek z żelaza, w których grała ona Hankę Birkutową.
głupia to może, ale taka to już nie!
I skoro raz tu już jestem
i skoro nie jest mi źle z tem,
to czemu nie, proszę bardzo,
to niech tknie!
- fotografie
Krzyś Litwin, olbrzymi talent komiczny, również artysta malarz i grafik, poza "Piwnicą" nie doceniony i nie w pełni ukazany. Być może odnajdywał swoją wielkość tylko w "Piwnicy"? Najcudaczniej poprzebierany, mówił teksty, często nie śmieszne, czasem z sensem, czasem bez, które w jego interpretacji stawały się przezabawne. Były to monologi, jak Beethoven (wyznania małego Beethovena o tym jak bardzo był on brzydki); Jestem głupi, ciemny chłop; Symfoniusz, Podróż, Śmiech (o rodzajach tegoż); listy do "Fali 56" i gazet; Placki – o tym jak od poniedziałku do soboty jedli placki, a w niedzielę jedli świnię, "i żebyście wiedzieli jak on się przy tym darł". Przezabawnie czytał fragmenty niebywałych listów Zygmunta Krasińskiego do przyjaciół, np. z listu do Adama Sołtana z Gräfenbergu z 25 października 1836, podczas epidemii cholery:Okolica zamienia się na pandemonium. Wszyscy coś trupiego mają do opowiadania. Pocztylion w rowie spotkał umierającą babę i dalej pod krzyżem dziecko umarłe z cholery. Rymarz, wracając z pola w nocy, obalony został na ziemię i nożem ktoś mu czole wyrżnął koronę cierniową. Burmistrz na to powiada, jak przed laty gdzieś w borze spotkał Cyganów i wielkie męstwo pokazał dobywszy szabli i uciekłszy co żywo przed nimi. Temu stanął zegarek, choć nie pękła żadna sprężyna; piekarzowi nie udały się bułki, u doktorowej drób zdycha, a mąż, choć przyrządza pigułki, nie może pomóc. Taki jest obraz dni smętnych, które spadły teraz na miasto szląskie imienia Freiwaldau. Co dalej będzie, nie wiem, wiem tylko, że co noc z pistoletami wracając do domu upatruję wszędzie wisielca i gotówem z niego zastrzelonego zrobić. Za tydzień znów Ci doniosę, co się z nami dzieje. Gdyby mnie jednak cholera wymazała z rzędu żyjących, pamiętaj, Adamie, żeś miał przyjaciela. Addio.Krzyś z niezwykłą, przezabawną, choć śmiertelnie poważną mimiką deklamował fragmenty broszurki antyalkoholowej Dr. Marcinkowskiego o tym, jak kiła przywędrowała z Hiszpanii do Krakowa, albo wyśpiewywał stare, austriacko-polskie piosenki żołnierskie. Krzyś był ozdobą każdego programu, wystarczyło że stanął na scenie nic jeszcze nie mówiąc, a widownia już szalała ze śmiechu. W czerwcu 1969 roku, podczas produkcji programu telewizyjnego (potem bardzo obciętego) na "Dni Krakowa", w towarzystwie Piotra, Krzyś bezkarnie paradował po Plantach w autentycznej bluzie i czapce milicjanta obywatelskiego.Krzyś Litwin zmarł 1 listopada 2000 roku w Krakowie po trzymiesięcznym zmaganiu się z rakiem krtani. Miał 65 lat. Odszedł wielki Artysta.
- fotografie
Miki Obłoński, od roku 1959 amant "Piwniczny", śpiewał różne męskie piosenki, jak "Kochać nie warto, lubić nie warto, jedno co warto, to upić się warto" Mariana Hemara (choć nawet w "Piwnicy" cenzorzy nie pozwalali wymieniać tego nazwiska). W programie Kochać nie warto, razem z Krzysiem Litwinem perwersyjnie rozcinali, przyprawiali i piekli kurczaka (wtedy jeszcze kurczaki można było kupić w Polsce bez kartek). (Po programie, tegoż upieczonego kurczaka konsumowali wybrańcy, zapijając wódeczką.). Miki i Krzyś śpiewali razem – "Wędrowali szewcy krawcy aż na Babią Górę, spotkali Madame Pompadour, zatkali jej ...". Z Ewą Demarczyk, Miki śpiewał bardzo smutny wiersz Rilkego Samotność. W programie Łaska Imperatora, z imperatorską dykcją i posturą wygłaszał instrukcje posłuszeństwa dla Polaków, wydaną przez Imperatora Wszechrosji, Aleksandra II.
- fotografie
Mietek Święcicki, nieśmiały, ale pełen inwencji romantyk, śpiewał, z rosyjskim akcentem, erotyczne (wszak według dawnych miar) romanse Wertyńskiego. Najlepsza chyba była jego piosenka Ah, te Cyganki, o Cygankach, z którymi bawił się w Moskwie, kiedy jako kupiec Zachar bywał tam "z interesem". Tutaj, to on był "stary dureń", a tam "Ha... te romanse, te cyganskoje...". W owych czasach, wystarczało jedno słowo wypowiedziane z akcentem rosyjskim, żeby ludzie wybuchali szaleńczym śmiechem. Mietek śpiewał również (do muzyki Zygmunta Koniecznego) szkocki, liryczno-erotyczny wiersz Roberta Burnsa Jęczmienne łany, stary sonet Pierre Ronsarda Chłodny mi całus dałaś, o rozpaczy, wiersze Nie wołaj mnie Antoniego Słonimskiego i Balladę beskidzką Emila Zegadłowicza.
- fotografie
Leszek Długosz, poeta, kompozytor i pieśniarz Przemijania, ujmującym, niskim głosem śpiewał wiersze: Krzysztofa Kamila Baczyńskiego Balladę morską, Juliana Tuwima Berlin 1913, Jerzego Lieberta Jurgowską Karczmę i bardzo nastrojowy wiersz Stanisława Balińskiego Jaka szkoda, zaczynający się od słów "W niedzielne, letnie popołudnie, gdy kulę smutku toczy demon", a kończący się "jaka szkoda, że dni nasze, dni wiosenne przeminęły beznamiętnie, bezszelestnie...". Śpiewał również piękne swoje wiersze, głębokie i nastrojowe, ale też nie wolne od elementów humoru, ironii..., np. Już nas ta nasza miłość nie obchodzi, a także pogodny Dzień w kolorze śliwkowym, o nastroju jesieni, o "próbowaniu nalewki z dzikiej róży, z porzeczki, aby sprawdzić czy zimą to wypić się da". Od roku 1978 Leszek przestał występować w "Piwnicy". Moja bliska przyjaźń z Leszkiem i jego żoną Barbarą przetrwała do dzisiaj.
- fotografie
Zygmunt Konieczny, raczej zamknięty w sobie, o nieśmiałym uśmiechu, jak ktoś powiedział "o wyglądzie przestraszonego ptaka", znakomity kompozytor, został wprowadzony przez Święcickiego do "Piwnicy" jako młody student. Pierwszą muzykę do piosenek, o których już sam nie pamięta, napisał dla Basi Nawratowicz. Zygmunt nadał "Piwnicy" niedościgniony, jedyny w sobie czar muzycznej poezji śpiewanej najpierw przez Święcickiego, a przede wszystkim później przez Ewę Demarczyk. Skomponował wiele sławnych melodii do poezji Tuwima, Leśmiana, Pawlikowskiej, Baczyńskiego, Burnsa. Ewa Demarczyk miała cudowny głos, ale bez muzyki Zygmunta Koniecznego nie byłoby wielkości artystycznej ani Ewy, ani "Piwnicy". Podczas programów "Piwnicy" Zygmunt akompaniował na pianinie wciśniętym gdzieś w kąt na lub przy scenie, lub wręcz w maleńkich, przyscenicznych kulisach.
Tadek Kwinta, inny świetny komik z niebywałą mimiką, mówił o łapaniu motyli, wygłaszał instrukcję składania wycinanki kaczuszki, instrukcję "fleczerowania", czyli przeżuwania, kazanie Księdza Piotra Skargi zaczynające się od "Zjechaliście się tu, wy głowy dla ciemnych" (szczególnie aktualne w okresie jakiegoś zjazdu PZPR), filozoficzne teksty Wincentego Lutosławskiego lub dwuznacznie śmieszne hasła z Encyklopedii Staropolskiej Aleksandra Brücknera. Ryzykancko zwisał nad głowami publiczności z lin u sklepienia piwnicy, jako opętany. W późnych latach siedemdziesiątych, przystał Kwinta do "Teatru Eref" Ryszarda Filipskiego, związanego ze skrajnymi odłamami partii komunistycznej, i... przestał bywać w "Piwnicy". Po jego odejściu, czasem z lin zwisał Jurek Cnota, przygodny "Piwniczny" artysta.
- fotografie
Wiesiek Dymny, scenograf, grafik i poeta, wygłaszał swoje polityczne monologi o Majewskim, charakterystycznym głosem Gomułki. Pisywał także teksty, które wygłaszali inni, np. Miki Obłoński. Zmarł Wiesiek niestety przedwcześnie, w lutym 1978 roku.Występował w "Piwnicy" też i drugi autor monologów upolitycznionych, Andrzej Warchał, który zawsze wychodził na scenę z rozkładaną mównicą, ale już nie był on klasy Dymnego.
- fotografie
Jerzy Kopczewski – "Bułeczka" – występował w "Piwnicy" z przerwami. Był znakomity mimicznie w programie "chińskim", gdzie przebrany za grubego mandaryna, śpiewał do jakiejś chińskiej muzyki: "Pchamy taczki, pchamy – gówno z tego mamy". A potem wszyscy razem, zaciągając z chińska, powtarzali : "Pchamy, pchaaamyyy...". "Buła" wpisał się jednak do partii, a wyjeżdżając z Polski podobno opłacał na wyrost składki partyjne.
- fotografie
Majka Zającówna grała sexy damę, wydekoltowaną, w "burdelowych" pończochach z czarnych koronek. Towarzyszył jej na ogół Krzyś Litwin, w groźnym bojowym rynsztunku, lub w fartuchu i czapce kucharza.
- fotografie
Doskonali byli w Szale. Była to inscenizowany, egzaltowanie erotyczny tekst oparty na recenzji Gabrieli Zapolskiej z obrazu Władysława Podkowińskiego Szał (1894), który obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym w Sukiennicach. Ubrana na czarno Zającówna, z długimi, rozwianymi włosami ze sznurków, mówiąc ten tekst, wpadała w "ekstazę" i maltretowała niby śpiącego z nudów Litwina, niemiłosiernie wykręcając mu głowę, gdyż on to był owym umęczonym koniem. Tego nie da się opisać, to trzeba było widzieć. Przynajmniej więc zacytuję ten tekst.Widziałam, zobaczyłam, byłam razem z nią, z nim. Jak to wygląda? To wcale nie wygląda. To leci, spada, krzyczy, opowiada. Co tu opowiadać, to trzeba widzieć!Jest skała czarna, stroma, nad przepaścią bez granic, bez dna. Z tej skały czarnej, nagiej, z rykiem potwornym, ześlizgnął się koń kary, wierzga na zadzie, przednie nogi zgięte, rzucone w przód, tym bezpamiętnym skokiem na zatracenie. Grzywa rozwiana burzą, z wyrazem takiego dzikiego zaślepienia, takiego rozwichrowania się wichrowego. Łeb skręcony w bok, a z pyska tego potwora, tej rozszalałej bestii apokaliptycznej, płynie piana szaleństwa, obłędu, orgia życia i śmierci. Do tej szyi potężnej, do tego karku cudownego rumaka przylgnęła miłośnie kobieta, o tak! Blada, oczy zamknęła, i z tym przedziwnym uśmiechem oddania, ekstazy, miłosnej rozkoszy i bólu – leci! Leci z nim, sama ze sobą, ze swoim wszystkiem, cała. Leci na zatracenie, w uniesienie, miłość i ból. Och! Szał, szał, szał!
Ja nie wiem, nie mam pojęcia. L'ecole, le symbolisme. Ja tylko wiem, że mnie porwał on sam! Porwał mnie za włosy, szarpał, targał, darł. Wlókł mnie nagą za włosy po śniegu, po twardym, czystym, przeźroczystym śniegu. I przez całe ciało szedł mi jeden dreszcz szalony i jedno palenie rozkoszne, kłucie szpileczkami zlodowaciałych szyszek pini – od głowy przez ramiona, przez piersi, przez kark. I tak wlókł mnie wśród męki, wśród chichotu, głaskania, łechtania, drażnienia całej mojej duszy. I tak mnie bił, tak mnie cudownie bił, kopytami swojego czarnego demona.
- fotografie
Kiedy Majka opadała, zupełnie wyczerpana "ekstazą", rozbudzony nagle Krzyś beznamiętnie mówił monolog z pamiętników Saint-Simone'a:Miłostki trzymają się mnie bardzo długo. Urzekam wdziękiem, urodą i odwagą. Byłem kiedyś w Arles z Księżniczką Orleańską, ale nie mogłem się oprzeć żeby nie oglądać się za innymi dziewczętami. Księżniczka o wszystkim się dowiedziała, podrapała mnie i wygnała. Precz! Od siebie! Pogodziła nas dopiero Markiza Physquie. Księżniczka stała z jednej strony alkowy, ja z drugiej i całą tę drogę przeszedłem na kolanach do księżniczki. Takie i inne sceny powtarzały się bardzo często, aż znudziło mi się być bitym i sam przetrzepałem księżniczkę i to kilka razy i to dosyć mocno. Od tego czasu nie utrzymuję z księżniczką żadnych stosunków. A dziś, choć mam ponad dziewięćdziesiąt jeden lat, chętnie dosiadam konia i to bardzo chyżo.
W wznowionym w 1972 roku programie Ja Cię Władek psuć nie chciałem, (za Edwarda Gierka Włodek mógł już być Władkiem!) Majka była królową, a królem na miejsce Krzysia Litwina był przez krótko Leszek Herdegen, nieżyjący już znakomity aktor.To w rodzinnym domu Majki, jej "aprztyfikant", Maciek Prus, poprawił kiedyś w starej książce kucharskiej państwa Zająców "zająca" na "Zająca" – we wszystkich przepisach na potrawy z zająca i... został odrzucony. Później Majka wyszła za mąż za Staszka Radwana, kompozytora (również "Piwnicznego") i reżysera teatralnego, wówczas w krakowskim Teatrze Rozmaitości. W roku 1974, Maciek Prus odgrywał Józefa Ignacego Kraszewskiego w wielkiej rewii powtarzającej sto lat wcześniejszą apoteozę Kraszewskiego w krakowskim Magistracie. (Nie widziałem tej rewii – byłem wówczas w Anglii – amk.)
- fotografie
Ola Maurer, która przystała w "Piwnicy" w latach siedemdziesiątych, zachwycała ślicznym, wysokim głosem śpiewając liryczny wiersz Bolesława Leśmiana Szewczyk, o szewcu, co Panu Bogu szył buty.
Grażyna Karasiówna, córka nieżyjącego już staromodnego fotografa z ulicy Szewskiej, przezgrabna i śliczna baletnica w powiewnych tiulach, niekiedy podtrzymywana przez niezdarnego Litwina, robiła szpagaty na scenie, zwykle dla kogoś z widowni, np. dla pana ambasadora amerykańskiego, czy potem dla Mieczysława Gila, przywódcy "Solidarności" z Nowej Huty – "bo jego żona tak nie potrafi".
Byli też inni krótkotrwali artyści "Piwniczni". W początkowym okresie (1957-1963) Kika Lelicińska, która wygłaszała zabawne monologi (przejęte później przez Krysię Zachwatowicz), na krócej Anna Polony, Joanna Plewińska i Kika Szaszkiewiczowa. Ola Kurczabówna (dziś żona Jerzego Pomianowskiego) śpiewała sentymentalne piosenki, zaś malarka Danuta Leszczyńska, zawsze wykwintnie ubrana w długie suknie, śpiewała w jednej chyba tylko Łasce Imperatora pięknie melodyjne romanse cygańskie i rosyjskie. Od roku 1968 Irena Wiśniewska śpiewała w kilku programach piosenki w beatowym stylu, Nawet podpity Jan Kaczara, "zaczarowany" dorożkarz, który niegdyś woził był po nocnym Krakowie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, przedstawiany publiczności przez Mietka Święcickiego, mówił kilkakrotnie w "Piwnicy" do wiersza.* * *
Były dwa hymny "Piwnicy", śpiewane kilkuosobowo nieomal w każdym programie. Jeden, ze słowami Wieśka Dymnego, na melodię góralską, zwykle na początku programu, zaczynał się: Pasą się, pasą, barany wełniane, a drugi, Prowizoryczni Janusza Jęczmyka, przejmujący, śpiewany był zawsze w zupełnej ciemności na zakończenie programu: Przychodzimy, odchodzimy leciuteńko na paluszkach...
Przychodzimy odchodzimy
leciuteńko na paluszkach
szczotkujemy wycieramy
buty nasze twarze nasze
żeby śladów nie zostawić
żeby śladu nie zostało
Miasta nasze domy nasze
na uwięzi się kołyszą
tuż nad ziemią ledwo ledwo
jak wiatr mały to nie widać
A jak wielki wiatr się zdarzy
wielka bieda – puszczą cumy
zatrzepoczą się zatańczą
miasta nasze domy nasze
I polecą w stratosferę
Przygarbionych w pustym polu
bez oparcia bez osłony
bez niteczki choćby co by
przytwierdzała nas do ziemi
wiatr nas porwie i poniesie
za kołnierze podniesione
porozrzuca – gdzieś w przestrzeni
Nam to na nic – my przeczekamy
aż się skończy aż ucichnie
to wstaniemy otrzepiemy
rączki nasze klapy nasze
(żeby śladu nie zostało)
Od początku zbudujemy
miasta nasze domy nasze
sprzęty nasze lampy nasze
żeby wiatr miał czym kołysać...
Od późnych lat 1970., śpiewano "nowy" hymn "Piwnicy" Dezyderata – polski przekład tekstu podającego moralną receptę na spokojne życie w zgodzie z Bogiem, który rzekomo został znaleziony w kościele Św. Pawła w Baltimore w roku 1692, chociaż naprawdę napisał go w roku 1927 Max Ehrmann w stanie Indiana.
Bywały, chociaż rzadziej, nadprogramowe rewie piosenek jednego tylko artysty, czasem Ewy Demarczyk, czasem Leszka Długosza, niekiedy kogoś przyjezdnego, raz nawet pewnego młodego Rosjanina, Witii Tattenberga, który śpiewał smętne ballady. Bywały wieczory muzyki jazzowej np. Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego, Jana Ptaszyna-Wróblewskiego i innych znanych polskich muzyków jazzowych.Lucyna Demarczyk, siostra Ewy, prezentowała w roku 1968 na wernisażu "Kwiaty mojej wyobraźni" fantazyjne bukiety z zaszuszonych kwiatów i liści, dzisiaj wszędzie tak modne.
Odbyła się kiedyś specjalna rewia dla pracowników ambasady USA, którzy tłumnie zjechali z Warszawy, z ówczesnym ambasadorem Walterem Stoesselem, przywożąc ogromne zapasy whisky, bourbonu, ginu i innych, wtedy jeszcze egzotycznych to u nas trunków, piwa i Coca Coli. Wypito wszystko.
Codziennie, o godzinie trzeciej po południu spotykali się artyści "Piwnicy" w kawiarence "Kolorowa" przy ul. Gołębiej. "Wewnętrzna Piwnica" była dosyć hermetycznie zamkniętym, ale jednocześnie niesłychanie intelektualnie stymulującym środowiskiem. Piotr przychodził do "Kolorowej" zawsze; było to jego drugie zakotwiczenie, obok nieodległego mieszkania u Janinki Garyckiej ("ducha" Piotra i "Piwnicy") na Placu na Groblach 12. Zawsze w kapeluszu, zwykle słomkowym, popijał czarną kawę, niekiedy z cytryną (jako lekarstwo na "kaca"). Inni przychodzili różnie, nie zawsze wszyscy. Opowiadano sobie rozmaite historie, wrażenia z występów, spotkań i podróży, plotki krakowsko-towarzyskie. Dyskutowano nowe punkty programu. Ze starych książek, czy gazet, wygrzebanych z prywatnych kolekcji i pobliskich antykwariatów, wybierano fragmenty literackie, fragmenty pamiętników, listów itp. Bywała tam zawsze Basia Długoszowa, żona Leszka, która wówczas prowadziła sprawy administracyjne kabaretu i rozprowadzała bilety na występy. Przychodził Michał hrabia Ronikier, bardzo wysoki i chudy, późniejszy dyrektor artystyczny kabaretu. Zjawiało się po bilety wielu ludzi, przyjaciół "Piwnicy" lub ich protegowanych, niektórzy dostawali darmowe wejściówki. Dla zwykłej publiczności przy kasie w sieni Pałacu pod Baranami, biletów zostawało już niewiele.
W krakowskiej gazecie popołudniowej Echo Krakowa okresowo, acz nieregularnie, drukowano Echo Piwnic – po części kronikę "Piwnicy pod Baranami" i wydarzeń z nią i jej artystami związanych, a po części dowcipnych anegdot i plotek.
Kwitnęło życie towarzyskie "Piwnicy" i kręgu jej przyjaciół. Pamiętam ślub Krysi Zachwatowicz z Mikim Obłońskim w roku 1968, którzy po ceremonii (ku niezadowoleniu ojca Krysi, Jana Zachwatowicza, znanego profesora architektury) przejechali przez Rynek krakowski wspaniałą bryką, podobną do tej, w której Lucjan Rydel niegdyś zwykł był przyjeżdżać z Bronowic. (Od prawie trzydziestu lat mężem Krysi jest Andrzej Wajda.) Odbył się chrzest kilkuletniej Kasi, córki Joanny Olczak-Zimmerer. Ojcem chrzestnym był Piotr. Po chrzcie zrobiono obowiązkowe zdjęcie u Adama Karasia na Szewskiej, mistrza sentymentalnej fotografii.
W roku 1968 odbył się wzruszający bal pożegnalny dla Rysia Taedlinga (który w roku bodajże 1960, zastępował był nawet Piotra, gdy ten leżał w szpitalu ze złamaną nogą po jeździe rowerowej na dziedzińcu Pałacu pod Baranami), dziennikarza z krakowskiego Dziennika Polskiego. Przed wyjazdem, Ryś napisał w Dzienniku Polskim bodajże pierwszy w ogóle artykuł o Leszku Długoszu, ilustrowany zdjęciem Leszka, które zrobiłem jemu i Barbarze na dziedzińcu Collegium Maius (było to pierwsze publikowane zdjęcie Leszka). Rysia wygnał z Polski (wówczas do Danii) po-Marcowy antysemityzm w Polsce.
- fotografie
Raz na rok, dwa, lub rzadziej, organizowany był "Wielki Bal Piwnicy", za niezwykłymi graficznie zaproszeniami, zwykle połączony z premierą nowego programu. Szalony bal odbywał się zawsze w wspaniałej scenerii, np. w renesansowym zamku w Pieskowej Skale pod Ojcowem w grudniu 1964, połączony z premierą programu Jak żyliśmy, jak żyjemy i do czego doprowadzimy nasze mieszkania (na którym nakręcono dokumentalny film); w Sukiennicach na krakowskim Rynku; w kilku barach krakowskich; pod ziemią w kopalni soli w Wieliczce w marcu 1970 (gdzie Piotr zamienił swój nieodłączny kapelusz na okrągłą, mundurową czapkę z napisem "Informator"), w pałacu w Niepołomicach, itp. Na bal niepołomicki w roku 1973, przybył nawet niedźwiedź (zakopiański). To był tenże niedźwiedź, który na królewskim polowaniu w puszczy niepołomickiej tak przestraszył był królową Bonę, iż ta poroniła drugiego syna. Stańczyk miał wówczas powiedzieć królowi Zygmuntowi I: "Głupi ten, co mając niedźwiedzia w klatce, wypuszcza go na swoją szkodę". (Rzeczywiście, kto wie, jak potoczyłaby się historia Polski, gdyby nie ów niedźwiedź; dynastia Jagiellonów nie wymarłaby była na ich jedynym męskim potomku – Zygmuncie II Auguście). A na dziedzińcu niepołomickiego pałacu stał oświetlony pomnik z czaszką i rogami barana i napisem "Baranowi Naród". Pomysły z okazji wielkich uroczystości "Piwnicznych" zawsze były niezwykłe, jak np. w roku 1996, kiedy na 40-lecie "Piwnicy", odbył się pochód prawdziwych baranów, przeprowadzonych przez juhasów wokoło Rynku krakowskiego.Odbywały się również bale sylwestrowe w "Piwnicy" oraz małe baliki, szczególnie majowe, gdzieś w uroczych zakątkach pod Krakowem.
Istniał cały krąg ludzi zaprzyjaźnionych z "Piwnicą", głównie z Krakowa, z literaturoznawczynią i miniaturzystką Janinką Garycką na czele. Janinka – "Duch Piwnicy" oraz Joasia Olczak (-Ronikier) były głównymi wyszukiwaczkami tekstów dla "Piwnicy".
Pierwszymi i wiernymi bywalcami "Piwnicy" (od roku 1956) byli Lidia i Jerzy Skarżyńscy, Marian Eile i Irena Ipohorska (z Przekroju) oraz Sławomir Mrożek, który wtedy napisał dla "Piwnicy" dwa śmieszne wierszyki. Adwokaci, profesorowie UJ, literaci, lekarze, naukowcy, aktorzy i reżyserzy teatrów, nawet kilku wyższych urzędników Rady Miejskiej. Chyba najwierniejszym i najbardziej uroczym z przyjaciół "Piwnicy" był w tamtych czasach (nieżyjący już) Maurycy Wiener, adwokat, wielki orędownik krakowskiego żydowskiego Kazimierza. Zjawiał się on z żoną na programie w każdą nieomal sobotę, zawsze z jedną czy dwiema piersiówkami wódeczki, którą po programie z odkręcanego kieliszka częstował artystów i przyjaciół. Innymi wielkimi przyjaciółmi kabaretu byli (również już nieżyjący) wytworny i powściągliwy Marek Rostworowski, kustosz Muzeum Czartoryskich w Krakowie, oraz Jerzy Turowicz, redaktor naczelny Tygodnika Powszechnego. Tych samych ludzi (ale również niekiedy i snobów) można było często spotkać na programach "Piwnicy", rewiach, balach i balikach.
W maju 1971, w piętnastolecie "Piwnicy", odbyła się całonocna "Wielka Rewia Jubileuszowa" w szacownej świątyni polskiej narodowej sztuki teatralnej – krakowskim Teatrze im. Słowackiego. Wielką empirową salę i lożę wypełniły same znakomitości we frakach, smokingach i sukniach balowych, a Piotr w cylindrze dzwonił z wielkiej sceny. W powietrzu, zrzucane z lóż, fruwały kilometry komputerowej taśmy perforowanej, pochodzącej z Instytutu Fizyki Jądrowej w Bronowicach w Krakowie. (Kto dziś już wie, co to była taśma perforowana?). Miał nawet bić narodowy dzwon "Zygmunt", ale ktoś ważny w Kurii nie zgodził się na taką "profanację świętości".
W roku 1976 na dwudziestolecie odbyła się taka rewia w sławnym Teatrze Starym. W maju 1990 roku, w Teatrze Słowackiego odbyła się rewia na cześć Piotra Skrzyneckiego w sześćdziesieciolecie jego urodzin. W nocy 22/23 czerwca 1996 roku miała miejsce w Teatrze długa, uroczysta rewia na 40-lecie "Piwnicy".
* * *
Pierwszy raz byłem na programie "Piwnicy" u "Literatów" na Krupniczej w roku 1963 ze śp. Staszkiem Gołubiewem i jego śliczną żoną, Zosią. Wtedy to po raz pierwszy usłyszałem Ewę Demarczyk, która śpiewała Czarne Anioły (do słów Wieśka Dymnego; napisaną wcześniej dla Basi Nawratowicz) i Karuzelę z Madonnami (wiersz Mirona Białoszewskiego). Jeszcze po kilkudziesięciu latach pamiętam tamto pierwsze wrażenie. Następny raz znalazłem się w "Piwnicy" dopiero w roku 1967. Wróciłem tam po tygodniu (jeszcze przez obłędną kolejkę za biletami) z aparatem fotograficznym. Kiedy wkrótce potem pokazałem moje zdjęcia w "Kolorowej", Piotr wykrzyknął, "ależ przychodź mój drogi". W kolejce za biletami już nigdy więcej nie stałem, mogłem zapraszać do "Piwnicy" moje sympatie. Ale nade wszystko fotografowałem. Plonem tych lat było około 200 zdjęć (wybranych z chyba 1000) robionych głównie ze sceny, na żywo podczas programów, bez lampy błyskowej, jedynie przy współpracy Bogusia Słoty, który obsługując reflektor, dawał więcej światła na mój znak ręką.W roku 1968, Zbigniew Łagocki opublikował piękny album swoich zdjęć z wyborem tekstów pt. Piwnica [4]. Przez całą jedną grudniową niedzielę, stara krakowska księgarnia Gebethnera pękała w szwach, gdy ludzie tłoczyli się po tę książkę i po autografy artystów. Na następny (mój) album nie było już później klimatu wydawniczego, chociaż było zainteresowanie.
Później to już było ze mną nieco jak u Boya w Słówkach. Zająłem się żoną, dziećmi, pracą naukową, często wyjeżdżałem z Polski dla fizyki jądrowej. "Piwnica" zmieniała się. Artyści przychodzili, odchodzili, ja też, w końcu na dobre. W sierpniu 1981 roku wyjechałem z Krakowa, z Polski. Do Polski, wówczas generała Jaruzelskiego, nie wróciłem. We wrześniu roku 1987, "Piwnica" przyjechała z występami do USA i Kanady. Spędziłem wtedy z nimi, szczególnie z Piotrem Skrzyneckim, urocze półtora dnia w Toronto. Skład zespołu był już niemal zupełnie inny niż za moich krakowskich "Piwnicznych" czasów. Z przyjaciół moich tamtych lat byli już tylko Piotr i Ola Maurer. Program był za to bardziej polityczny niż to bywało w Krakowie, parodia socrealizmu polskiego lat 1950., ze znakomitymi Zbigniewem Preissnerem (kompozytorem) jako Julia Mincowa (żona Hilarego) i Zbigniewem Rajem jako Marszałkiem Iwanem Koniewem na krakowskim pomniku. Piosenkarz i poeta Jacek Wójcicki odgrywał jednego z czołowych rzeźbiarzy i lizusów PRL, Antoniego Hajdeckiego, autora ogromnego pomnika Marszała w Krakowie. Zrobiłem wiele zdjęć w czasie występów w Toronto i poza nimi. Chociaż sprzęt fotograficzny miałem lepszy niż przed laty, to czar nie był już ten sam co niegdyś w Krakowie.
A jednak wzruszenie schwyciło mnie za gardło, gdy w Toronto śpiewali Piwniczanie:
Ta nasza młodość z kości i krwi
Ta nasza młodość co z czasu kpi
Co nie ustoi w miejscu zbyt długo
Ona, co pierwszą jest, potem drugą
Ta nasza młodość, ten szczęsny czas
Ta para skrzydeł, zwiniętych w nas.
Cały czas pilnie śledziłem dochodzące skąpo do Kanady wieści o "Piwnicy", o moich Piwnicznych Przyjaciołach z tamtych lat. W sierpniu 1993 roku, rzuciliśmy się sobie z Piotrem w objęcia na Rynku Krakowskim. Potem był długi przegadany wieczór i wódeczka w barze "Piwnicy". Już więcej nie zobaczyłem Piotra. A "Pod Baranami też już inny czas", jak śpiewa Leszek Długosz, z którym w 1993 i 1994 roku w Krakowie, a w roku 1995 w Edmonton, Alberta, Canada, znaleźliśmy, że jednak nie wszystko "przepłynęło, przeminęło...".
Pisane w latach dawnych – dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia.
Andrzej Kobos
Na początku roku 2000, po przeczytaniu tego tekstu, odezwała się do mnie z Australii Basia Nawratowicz z uznaniem oraz pewnymi uściśleniami co do wczesnej "Piwnicy pod Baranami."
W konsekwencji, tekst ten został poprawiony i uzupełniony. Bardzo serdecznie dziękuję Basi za Jej miłe słowa i uzupełnienia. Basia jest "Piwniczanką" na wieki. (AMK)
- Literatura przedmiotu Piwnicznego :
- Joanna Olczak-Ronikier, Piwnica pod Baranami, Wydawnictwo Tenten, Warszawa 1994; 1997;
Wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2002.
- Joanna Olczak-Ronikier, Piotr, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998.
- Barbara Nawratowicz, Piwnica pod Baranami, Wiadomości (Na Antenie) 48/1026; 51-52/1029-1030, Londyn 28 listopada 1965 i 19/26 grudnia 1965.
- Zbigniew Łagocki, Piwnica, Państwowe Wydawnictwo Muzyczne, Warszawa 1968.
Pożegnanie Piotra Skrzyneckiego, maj 1997
Umarł Piotr Skrzynecki
Trudno jest mi pisać o Piotrze nieżyjącym. Opłakuję Go po z górą dwudziestu latach od czasów kiedy byłem najbliżej z Nim.Nie ma już Piotra, nie ma tych ludzi "Piwnicznych", chociaż niektórzy niby są, wszak w dwadzieścia lat później, na innym kontynencie, od lat już nawet nie w "Piwnicy".
Nie ma już tych czarnych oczu, czarnych swetrów, wódeczki popijanej ze wspólnego srebrnego kusztyczka, kawy zakrapianej cytryną, czarnych i słomkowych kapeluszy Piotra. Zostały mi przemiłe wspomnienia, dźwięczą w uszach melodie, muzyka, okruchy tekstów, strzępy piosenek, wykwintny humor i perlisty, zaraźliwy śmiech Piotra, Jego przeraźliwe dzwonienie wszelkimi możliwymi dzwonkami świata. Teraz już dzwonią Mu dzwonki na niebiańskich halach, na których pasą się barany wełniane. Sprawdza czy Leśmianowy szewczyk rzeczywiście Panu Bogu szyje buty...
Został mi w oczach obraz Przyjaciela, Dobrego, Wrażliwego, Niepowtarzalnego Człowieka. W oczach, w nozdrzach ciągle mam gęsty dym papierosów, zapach palących się świec. W zakamarkach mózgu przechowuję niepowtarzalną atmosferę "Piwnicy" w gotyckiej, czarnej po węglu piwnicy. Zostało mi wspomnienie czaru tamtych lat. Jaka szkoda, że dni nasze, dni wiosenne...
Andrzej Kobos