Duża liczba zdjęć będących nieodzowną wizualizacją poniższego tekstu zmusiła mnie do zamieszczenia ich w miniaturowym formacie, gdyż inaczej czas ładowania tej strony mógłby być bardzo długi. Te same zdjęcia można obejrzeć klikając na poszczególne miniatury. To otworzy odpowiednie strony z mojej galerii fotograficznej Kullaberg. Nie mniej, po obejrzeniu danej strony z większym zdjęciem należy ją zamknąć dla uniknięcia przeładowania ekranu.

Niezależnie od tego, gorąco zachęcam Czytelników do obejrzenia tej galerii w całości, korzystając z menu w ramce po lewej stronie ekranu.     (AMK)






DZIENNIK Z KULLABERG   (2003)





ANDRZEJ M. KOBOS



                                                            Piotrowi Kobosowi,
mojemu synowi w Edmonton,
z kochającymi myślami
z dalekiego kraju.



26 czerwca 2003

W tym roku później niż zamierzałem wracam na Kullaberg. Już po najdłuższym dniu w roku, Midsommardagen, jak nazywają to Szwedzi. Nie najlepsza pogoda wiosną oraz wykryte u mnie 1 czerwca nadciśnienie nieco odciągnęły mnie od mojego najbardziej ulubionego miejsca w Szwecji.

Ale jestem tutaj! Słońce, wysoko na niebie, nieomal nakazuje mi zejście do głęboko leżącej zatoczki Djupadal. W okolicy Midsommar, północna, kamienista plaża tej zatoczki, leżąca pod stromą, wysoką skarpą od strony słońca, jest najlepiej oświetlona. Na krótkim dojściu od szosy przez las do zejścia wyprzedza mnie para młodych ludzi. Po drodze fotografuję w lesie, rozstawiając statyw. Przekonałem się już, że warto na Kullaberg nosić statyw, choć niezbyt lekki. Chodzi mi o większą głębię ostrości zdjęć i stabilność aparatu z wyciągniętym zoomem.

Schodzę stromą trawiasto-kamienistą ścieżką, niekiedy sztucznie uformowaną belkami w stopnie. Przed końcowym zejściem na plażę po skale, rozciąga się w bok mały występ z widokiem z góry na zatoczkę i skały klifu. Najdalsza z nich stoi na granicy wody, jak wieża. Z daleka widać na niej albatrosy, których głośny krzyk dochodzi aż tutaj. Niebo na morzem zupełnie bezchmurne, błękitne, granica morza i nieba na horyzoncie jest nieco zatarta lekką mgłą. Rozkładam statyw i fotografuję skały wyciągniętym zoomem z filtrem polaryzacyjnym. Wokoło pustka. Widok niesamowity, ale przez ostre słońce pozbawiony pewnej grozy, surowości przyrody, którą często odczuwam w pustych zatoczkach Kullabergu. To ostre słońce daje ostre kolory i wielkie kontrasty. Niełatwo potem zrobić dobre odbitki fotograficzne tak kontrastowych ujęć. Na pierwszym planie dziwaczne, sterczą z plaży pojedyncze skały, pod nimi leżą kamienie plaży a dalej morze i czerwono-brązowy klif. Jest oczywiście niezwykła skała jak głowa mędrca.


"Daleka wieża"
Djupadal

"Sterczą skały"
Djupadal
Schodzę niżej, tuż na plażę. Mój magiczny Mędrzec tkwi nieporuszony a pod nim wielki kamień, w dzisiejszym świetle czerwonawy, a może różowawy, strzegący jakby wejścia z góry do zatoczki. Fotografuję Mędrca na tle zamglonej granicy morza i nieba, z różowawym pasmem na niebie nad samą wodą. To jeden z licznych efektów fizyki światła, optyki.

"Strażnik wejścia"
Djupadal

"Mędrzec"
Djupadal
Fotografuję kamienie na plaży, z zaciekami pienistej wody na granicy lądu i morza. Ich kolory również są bardzo ostre, kontrastowe, większość w tonacji czerwonawo-brązowej, ale niektóre w niebieskawej. Te ostatnie, po wschodniej stronie plaży, to kamienie, których zdjęcie Barbara – moja żona – wybrała na obwolutę swojego tomiku poezji Krople życia. Tu też, na granicy lądu i morza wystają z podłoża rozpłaszczone skały, z kolorowymi, kamiennymi pasmami, które mokre skrzą się w słońcu.

"Kamienie Barbary"
Djupadal

"Mokre skrzą się"
Djupadal
Idę do zachodniego krańca plaży zatoczki, pod skały stromo wychodzące w od razu głębokie morze. To tu, na granicy morza, "siedzi" mój kamienny pies. Dziś ma znowu inne kolory, czarno-czerwone, bardziej zlewające go ze skałą klifu, pod którą siedzi. Fotografuję go też bardziej en face, od strony klifu, na tle otwartego morza. Ma płaską, ściętą "twarz".

"Pies"
Djupadal

"Twarz Psa"
Djupadal
W stronę lądu, w czerwonej skale na podłożu dostrzegam jakby sznur jakiejś grubej trawy. Wygląda to niezwykle, jak zielony strumień w purpurowym kanionie. Między lądem a morzem mokre kamienie i morska piana skrzą się w słońcu.

"Zielony strumień"
Djupadal

"Między lądem a morzem"
Djupadal
Wracam na wschodnią stronę zatoczki. Z ostrym, bocznym słońcem fotografuję na plaży inny głaz, też przypominający jakiegoś zwierza z wyciągniętą głową, lub może wyciągniętą pięść. Znowu kolory inne niż przed rokiem i półtora, gdy byłem tu kilkakrotnie. Ostre kontrasty.


"Zwierz z wyciągniętą głową"
Djupadal

"Kolory inne"
Djupadal
Na skale klifu opala się dwoje wcześniej spotkanych ludzi. Nie przeraża ich bardzo intensywne słońce.

Po skale niskiego klifu, przekraczając w butach morską sadzawkę, która kiedyś przywiodła mi na myśl patagońskie laguny (znane mi tylko z fotografii), przechodzę na drugą stronę skalnego progu. Tu jeszcze nie byłem. Widok na małą, dość ciemną zatoczkę z kamieniami i skałami wystającymi z morza jest inny. W granatowo-czarnej wodzie, odbijają się skały. Tu jednak kontrasty są zbyt duże, nawet na mój fotograficzny gust. Niebo, w kierunku bliskim słońcu jest niemal białe. Nie mniej zdjęcia wychodzą ciekawe.


"Skały wystające z wody"
Djupadal

"Skały..."
Djupadal

"Mała ciemna zatoczka"
Djupadal

"Kontrasty"
Djupadal
Wracam na górę, do lasu. Strome wejście w upale daje mi się we znaki. Przy ścieżce w trawie dostrzegam duży, wysoki grzyb, chyba muchomor, a obok drzewo o niezwykłej w tym oświetleniu korze. Łapczywie wypijam puszkę ciepłej Coca-Coli. Idę dalej na zachód. Po drodze fotografuję suche krzaki – ich gałęzie w ostrym światłocieniu też wyglądają niecodziennie.

"Muchomor"

"Niezwykła kora"

"Niecodzienne krzaki"
Na polanie przy zejściu do zatoczki Josefinelust obejmuję mój umarły pień z hubami, sterczący wysoko w niebo jak indiański totem. Teraz w cieniu, huby są sczerniałe, a nawet całość jakby wyczerniona. Mam wrażenie, że zniknęły niższe huby.


"Wyczerniony totem"

"Huba zczerniała"
Nie schodzę do Josefinelust, nie mam w pamięci ujęć, które chciałbym sfotografować inaczej przed rokiem. Nie przyjdę już tu więcej w roku 2003. A potem będę tego żałować, bo oczywiście przypomniałem sobie nowe ujęcia. Może uda mi się wrócić tutaj latem 2004.

Idę dalej na zachód przez bukowy las. Schodzę do mojego ulubionego Käringmalen, którym jestem od dwóch lat oczarowany. Dopiero w jesieni 2003, na kursie szwedzkiego, rozszyfruję tę szwedzką nazwę. Käring znaczy czarownica, a mal, lub z rodzajnikiem określonym – malen, znaczy młyn. Chodzi więc o jakiś młyn czarownicy. Być może jest tam tak, szczególnie podczas wielkiego zimowego sztormu (którego nigdy na Kullaberg nie widziałem), jakby czarownica wśród skał klifu mieliła morze i kamienie plaży.

Schodzę do zatoczki. Niebo jest dalej bezchmurne, lecz jakby bielsze, nienajlepsze do zdjęć "panoramicznych." Słońce jest teraz bardziej centralnie, w okolicy zenitu. Stad i cienie krótsze a kontrasty mniejsze. Na skałach po wschodniej stronie opala się grupka ludzi, dzieci brodzą po wodzie. Nie ma już tego wrażenia samotności, surowości.

Na jasnych, okrągławych kamieniach plaży leży dużo zaplątanych, wysuszonych na czarno morskich wodorostów; więcej niż rok temu. Skalny rekin na podłożu plaży, dziś pokryty jest wodorostami.

Idę na zachodni skraj plaży, pod piękne, grzebieniaste skały klifu. Na krawędzi plaży pod skałami leżą cztery wielkie czarne kamienie. Trzy mniejsze, bliższe morzu, lśnią nieomal popielato w słońcu. Gładka, z dwoma podłużnymi pręgami powierzchnia jednego z nich robi niezwykle wrażenie aksamitu. Dotykam ten głaz jakbym dotykał aksamit. Drobne kamienie przed nimi są białe i czerwonawe, a morze za nimi ciemnoniebieskie. Cudowna kolorystyka!


"Lśnią popielato w słońcu"
Käringmalen

"Wrażenie aksamitu"
Käringmalen
Zdjęcia okażą się wspaniałe. Kamienny "tunel czasu" w podłożu plaży teraz leży w cieniu. Nie ta godzina, co rok temu.



"Tunel czasu"
Käringmalen


Wracam na wschód zatoczki. Moje ulubione kamienie w morzu – "żółw" i "foka" – bliziutko plaży są na swoim miejscu.

"Żółw"
Käringmalen

"Foka"
Käringmalen
Dalej, na cyplu wychodzącym w bok w morze, wśród skał inny kamienny starzec, o bardziej płaskiej twarzy, teraz czerwonawy. Bezchmurne, papierowe niebo i morze jak tafla szklana też nie są najlepsze do fotografowania.



"Kamienny starzec"
Käringmalen


Ale są oczywiście kamienie plaży. Te na samej granicy morza – szczególnie piękne. Zalewane od czasu do czasu, mokre lśnią w słońcu, lśni też morska piana pomiędzy nimi. W kamieniach widać w nich zawiłe żyłki, głównie czerwonawe i czarno-popielate. Żałuję, ze tak mało wiem o strukturze kamieni. Słońce odbija się od fragmentów ich morzem wypolerowanych powierzchni prosto w obiektyw mojego Nikona.

"Zawiłe żyłki"
Käringmalen

"Odbicia słońca"
Käringmalen
Tuż przy plaży, w morzu już, piękne płaskie prawie skały wystające z dna. Lśnią brązowymi i czarnymi pasmami, w niektórych miejscach obrośnięte są zielonymi glonami. Niekiedy jest to niezwykła kombinacja skały i leżących na niej kamieni. Wokół płytka woda, "cienka" niekiedy jakby wodny film, daje setki lśniących, drobnych refleksów. Co za subtelna struktura! A może nadsubtelna... W spodniach i butach wchodzę w wodę, rozkładam w wodzie statyw. Budzi to zainteresowanie dzieci bawiących się obok w wodzie. Dla takich fotografii, warto było się zamoczyć.

"Lśnią glonami"
Käringmalen

"Skały i kamienie"
Käringmalen

"Wodny film"
Käringmalen

"Struktura nadsubtelna"
Käringmalen
Upał. Wracam na górę wymęczony. Postanawiam wracać do domu, choć godzina jeszcze "młoda".



9 lipca 2003

Wczesnym rankiem jadę na Kullaberg. W Mölle jestem już o 8 rano. Pogoda piękna, słońce znowu ostre.

Tym razem idę do zatoczki Visitgrottan. Schodzę na małą plażę z kilkoma skalnymi blokami i pokrytą kamieniami. Zupełnie pusto, ani żywej duszy. Cieszę się, że jestem sam ze swoimi myślami. Mam zatoczkę dla siebie, wszystkie moje problemy zostały w Lund, zda się z dala ode mnie.

Chcę rankiem sfotografować kamienie wystające z morza tuż przy zachodnim klifie. Morze jest niespokojne, choć nie wzburzone. Jest jeszcze rano, około godziny 9. Boczne słońce oświetla interesujący mnie dzisiaj zachodni klif plaży. Miałem w pamięci jeden albo dwa oddzielne, obrośnięte glonami, duże kamienie przy klifie; jeden z nich rok temu nazwałem dla siebie "Wartownik".

I tu zaskoczenie. Tych kamieni między plażą a klifem jest więcej, glony zniknęły. Wszystkie wystające głazy są czerwono-brązowe, zalewane morzem. Lśnią w słońcu, Widać na nich każdą kamienną żyłkę, niemal mikrostrukturę ich powierzchni. Między nimi, co kilkadziesiąt sekund buszuje spieniona woda niewysokich fal rozbijających się o klif i krawędź plaży. Cudowne kolory kamieni, dna i wody, długie cienie, odbłyski słońca od mokrej powierzchni kamieni – wszystko to budzi prawdziwy zachwyt. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Kamienie są niby podobne do siebie, a każdy kamień inny. Jak u Mickiewicza – "a każda chmura inna".


"a każdy kamień inny"
Visitgrottan

"a każdy kamień inny"
Visitgrottan

"a każdy kamień inny"
Visitgrottan

"a każdy kamień inny"
Visitgrottan
I rzeczywiście – jeden jest wyraźnie inny: w cieniu, pod słońce, blisko płyty skalnej wchodzącej w plażę, ale i bardziej odsunięty od klifu, wychodzi nieco w morze. To właśnie mój "Wartownik", lecz w tym roku, o tej porze dnia, przy tym morzu, z nieco innego kąta, wygląda zupełnie inaczej. Fotografuję go kilkakrotnie. I na zdjęciach, szczególnie jednym, jest wszystko: kamień, wzburzone morze, cienie, słońce, zieleń glonów i kamienna czerń.


"Wartownik – jest wszystko"
Visitgrottan

"Kamienna czerń"
Visitgrottan
W listopadzie 2003, na mojej wystawie fotograficznej w Lund, gdzie wisiało to zdjęcie w dużym formacie, pani Barbara Garwicz dopatrzyła się tym kamieniu leżącego psa; grzbiet, uniesiona głowa i pysk.

Właśnie z tego kąta wystarczyło skierować obiektyw na kamienistą plaże, pod światło. Najpierw na pomarszczone, czarne, mokre płyty przy "Wartowniku". W ostrym słońcu płyty te, a za nimi fale rozbijające się na plaży lśniły niezwykłym blaskiem. Kolorowe, niewinne, małe kamienie plaży i wzburzone morze dały pod światło efekt swoistej, pięknej grozy.


"Czarne mokre płyty"
Visitgrottan

"Rozbijające się fale"
Visitgrottan

"Piękna groza"
Visitgrottan

"Piękna groza"
Visitgrottan
Pozostało jeszcze sfotografować wysokie skały klifu przy morzu, w tym tą przypominająca mini-Matterhorn. W ostrym słońcu, przy bezchmurnym niebie, ich czerwonawe "alpejskie" ściany sterczały nad ciemną wodą morza w cieniu u ich podnóża.

"Mini-Matterhorn"
Visitgrottan

"Alpejskie ściany"
Visitgrottan
Fotografuję też zupełnie granatowe, niespokojne morze pomiędzy wschodnim i zachodnim klifami zatoczki.



"Niespokojne morze"
Visitgrottan


Zupełnie zaczarowany, zrezygnowałem z pójścia dalej na zachód w stronę groty. Zostawiłem to na następny przyjazd na Kullaberg. W tym roku postanowiłem dawkować sobie piękno skał, dla lepszego zapamiętania konkretnych wrażeń, stopniowego delektowania się pięknem skał i morza.

W lesie na górze postanawiam jednak iść do latarni morskiej i zejść do zatoczki Kullalå. W kiosku koło latarni wypijam butelkę Fanty i idę nieco dalej na zachód. Zejście do Kullalå jest po mokrym, ziemistym, stromym stoku bez stopni. Tylko gruba, mokra, zabłocona lina, przywiązana na górze do drzewa służy za ubezpieczenie śliskiego zejścia i wyjścia. Z pewnym ociąganiem się decyduję się zejść. Piękny widok rozciąga się na plażę zasłaną ogromnymi, ciemnymi kamieniami, dużo większymi niż w innych zatoczkach Kullabergu, na niespokojne, ciemne morze i skalistą, ukośną wyspę niedaleko plaży.


"Przybrzeżna wyspa"
Kullalå

"Plaża zasłana głazami"
Kullalå
Kieruję się na zachód, wzdłuż morza, bardziej niespokojnego niż w poprzedniej zatoczce. Pod popołudniowe słońce morze jaśnieje i lśni. Na skałach, wystających z wody, morze burzy się, przy skałach klifu widać mgiełkę rozbryzgów. Nieco dalej słońce pod kątem oświetla wysokie, poszarpane skały klifu na lewej ścianie, dając wspaniałe efekty światłocienia. Nad skałami, na ciemno niebieskim niebie szybko zmieniają się chmury o wymyślnych kształtach. Dalej na zachód, klif przechodzi w trawiasto-skalisty stok, na jego szczycie widać kilka drzew.


"Mgła rozbryzgów"
Kullalå

"Morze burzy się"
Kullalå

"Szybko zmieniające się chmury"
Kullalå

"Efekty światłocienia"
Kullalå
Zamiast pójść do niezbyt ciekawej groty w ścianie klifu, kieruję się na prawo po dosyć płaskich skałach cypla klifu, jakby quasiprzylądka. Dochodzę do jego krawędzi od strony morza, naprzeciw lądu. I tu następuje moje absolutne olśnienie. Przede mną rozciąga się niewielka, zupełnie pusta zatoczka, praktycznie niedostępna z góry od lądu. Wprost pode mną mocno wzburzone morze, a w nim czarny prawie głaz. Siadam na samej krawędzi skały i siedzę tam długo. Podziwiam to co widzę, ani śladu człowieka. Fotografuję z góry tę nietkniętą, pierwotną zatoczkę, głaz w morzu i rozbryzgi morza na skale za mną.

Siedzę na krawędzi skały wysuniętej w morze, czerwono-brązowej, popękanej, szorstkiej. Wzburzone morze, kilka metrów pode mną, rozbija się o tę skałę. Pogoda słoneczna, niby bezwietrzna, lecz od czasu do czasu wysoka fala posyła w górę strugę rozbryzgującej się wody. Wtedy szybko odwracam się plecami do morza, zasłaniając aparat fotograficzny. Bryzgi zalewają mi plecy.


"Rozbryzgi I"
Kullalå

"Rozbryzgi II"
Kullalå
Skłębiona piana i fale o zlewających się odcieniach ciemnej zieleni, sinego karminu i granatu nieomal zapraszają w głębię do wiecznego spokoju we wzburzonej wodzie, w jej ciągłym, choć periodycznie zmieniającym ton szumie. W każdym razie rozbudzają myśli.

Patrzę na leżącą w odległości kilkunastu metrów, naprzeciw mnie, zda się niedostępną zatoczkę, bez śladów bytności człowieka. Od strony lądu zamknięta jest wysokimi, urwistymi, ciemnymi skałami klifu.

W ciągu tych niemal czarnych skał, jedna czerwona wyrasta z plaży zasłanej ciemnymi, obłymi kamieniami. Morze rozbija się, uderzając o wał kamieni, który utworzyło na krawędzi plaży tej zatoczki.


"Czarna skała"
Kullalå

"Czerwona skała"
Kullalå

"Rozbijające się morze"
Kullalå
Kilka metrów od plaży, pode mną, wystaje z morza niewielka skała, niemal płaski, graniasty głaz. Lity, czarny z odcieniem zielonego, co chwila mniej lub bardziej zalewany wodą. Na gładkich, wypolerowanych przez morze mokrych ścianach głazu skrzy się popołudniowe słońce. Świetliste, wyłaniające się z piany punkty na jego powierzchni, zlewają się w nieregularne smugi światła. Podobnie na oblewającym głaz morzu.

Skała-głaz jest wyraźnie inna, niż otaczające ją skały klifu i kamienista plaża. Inna w swej, na przemian wyłaniającej się z wody i tonącej w niej – samotności.


"Głaz inny w samotności I"
Kullalå

"Głaz inny w samotności II"
Kullalå

"Głaz inny w samotności III"
Kullalå

"Głaz inny w samotności IV"
Kullalå
Poza mną zupełna pustka. Tylko morze, fale, szum, słońce, skały klifu i ten samotny głaz. Siedzę w odległości kilku metrów od niego i kilka metrów ponad nim – w pewnym zbiorze punktów czasoprzestrzeni. Zawieszony między conradowskim lądem i morzem, zafascynowany nieomal nieprzerwanie wpatruję się w głaz, myślę w jakimś sensie conradowsko. Nachodzą mnie myśli, które potem spiszę jako moje "Myśli między lądem a morzem".


* * *


W końcu schodzę z "mojej" skały. Idę jeszcze pod wschodnią ścianę klifu po wielkich kamieniach plaży pod pionową skałę, którą rok temu nazwałem „Krzywą Wieżą". Byłem tu już wtedy i fotografowałem, ale dziś niezwykłe chmury, ciemne morze i cienie na skałach wabią mnie znowu.

"Wschodnia ściana klifu"
Kullalå

"Krzywa wieża"
Kullalå
Zbliża się wieczór. Niechętnie wracam na górę podciągając się na zabłoconej linie podniesionej ze śliskiego stoku. Zaczynam iść szosą od latarni w stronę Mölle. Mam przed sobą 6-7 kilometrów drogi i do tego statyw przywiązany do plecaka. Próbuję hitchhiking,. Nie sądziłem, że ktoś się zatrzyma, widząc moje zabłocone buty i spodnie. Po kilku moich próbach zatrzymuje się jednak duży Saab. Para miłych Duńczyków z trzymiesięcznym niemowlęciem. Zaczynamy rozmowę po angielsku, oczywiście o tym jak to Dania jest lepsza od Szwecji i ile alkoholu Szwedzi przywożą z Danii. Podwożą mnie na sam przystanek autobusowy i jeszcze tam przez chwilę rozmawiamy.



14 lipca 2003

Po niepełnym tygodniu wracam na Kullaberg, znowu wcześnie rano. Kierowca autobusu z Helsingborga do Mölle, zapewne nie znając tej miejscowości, niespodziewanie dojeżdża krętą, wąską drogę przez Mölle aż do granicy Parku Narodowego. Oszczędza mi to 20 minut marszu. W dodatku, ktoś podwozi mnie do pola golfowego, niedaleko od zejścia do Visitgrottan. W rezultacie jestem w zatoczce Visitgrottan już o 8:30. Tym razem idę dalej wzdłuż morza do groty. Znowu bezchmurne niebo. Tylko gdzieś nad morzem, na horyzoncie widać dalekie, prawie niewidoczne, zanikające chmury. Morze jest spokojne, jednak fale w kilku miejscach fale rozbijają się o stromy klif, wyrzucając w górę bryzgi wody. Filtr polaryzacyjny przyciemnia niebo i morze dodając niebieskim kolorom głębi, zaostrzając cienie wśród skał.


"Skały i morze"
Visitgrottan

"Skały i morze"
Visitgrottan

"Skały i morze"
Visitgrottan
Od strony morza grzbiet skał oddziela "siodło" klifu od wody. I te wyglądają jak alpejskie pasmo.

"Alpejskie pasmo I"
Visitgrottan

"Alpejskie pasmo II"
Visitgrottan

"Alpejskie pasmo III"
Visitgrottan
Dalej na zachód, w morzu oddzielne skały, małe wyspy, nawet z daleka wyglądają nieprzystępne. Przy samym brzegu klifu sterczy skała jak pochylony filar lub palec. Na siodle klifu, którym idę, pomiędzy klifem a skałami na krawędzi lądu leżą dość gładkie, prawie płaskie bloki skalne. Wszystkie skały mają kolor ceglasto-brązowy, z wieloma odcieniami tegoż, od jasności do czerni.

"Skalne wyspy"
Visitgrottan

"Pochylony filar"
Visitgrottan
Dochodzę do wąskiego przejścia pomiędzy ścianą skalną od lądu a skałą w kształcie fallicznym od morza. O wczesnej porze dnia, ta ostatnia jaśnieje tylko jedną ścianą, wyłaniając się częściowo, jakby samoistnie, z głębokiego cienia skalnego podnóża. Wygląda przez to inaczej niż rok temu porą popołudniową. W pobliżu, z morza stromo wystaje inna skała – z oświetloną krawędzią i czarną ścianą wygląda jak górna część otwartej paszczy morskiego potwora.

"Falliczna skała"
Visitgrottan

"Paszcza potwora"
Visitgrottan
Na krawędzi skał, leżą w morzu żółto-czerwone kamienie, niektóre obłe; oblewane rozbryzgującą się wodą zdają się być inne, niż te większe w zatoczce obok przed kilku dniami, lecz zapewne jest to kwestia nie tyle bardziej regularnego ich kształtu, ile innego oświetlenia.

"Kwestia oświetlenia I"
Visitgrottan

"Kwestia oświetlenia II"
Visitgrottan

"Kwestia oświetlenia III"
Visitgrottan
Przekraczam mały zaciek morskiej wody i przechodzę do małego wąwozu skalnego. Po lewej stronie ogranicza go skalna ściana z grotą powyżej. W grocie tej byłem już rok temu przy lepszym, popołudniowym oświetleniu okolicznych skał. Teraz najciekawsza jest dolna część pofałdowanej, pomarszczonej i spękanej skalnej ściany od strony lądu. Jest w cieniu, a jednak błyszczy odcieniami niebieskości i purpury. Jest zadziwiające, jak kolor skał zależy tutaj od oświetlenia. Po drugiej stronie tego małego wąwozu, od strony morza, zalana słońcem, wysoka skalna ściana jest czerwono-brązowa, podobnie jak inne skały tego klifu. Na skałach znajduję dwa duże białe pióra albatrosów, które zabieram z sobą.

"Odcienie niebieskości i purpury I"
Visitgrottan

"Odcienie niebieskości i purpury II"
Visitgrottan

"Odcienie niebieskości i purpury III"
Visitgrottan

"Odcienie niebieskości i purpury IV"
Visitgrottan

"Zalanie słońcem I"
Visitgrottan

"Zalanie słońcem II"
Visitgrottan
Wracam na lewy skraj głównej zatoczki. Na kamienistej plaży, którą fotografowałem przed tygodniem, stoi duża gumowa motorówka i kilkoro młodych ludzi. Dwóch z nich zakłada stroje płetwonurków. Dzisiaj nie zdołałbym już zrobić takich zdjęć jak przed tygodniem. Z odległości może dwudziestu metrów rozmawiam z nimi przez krótką chwilę po angielsku. Dwóch płetwonurków wypływa w morze, dość głęboko, blisko dna. Jestem zaskoczony jak głęboko jest już tuż przy plaży, widzę to obserwując płynących płetwonurków.

Wychodzę na górę urwiska, do lasu. Południowy upał. Czuję się zmęczony, postanawiam wracać do domu, mimo wczesnej pory. Przy stacji kolejowej w Lund spotykam Ilana, mojego izraelskiego znajomego, który robi mi wykład jak mam oczyścić i zdezynfekować pióra albatrosów, które wystają mi z plecaka.

Tak się złożyło, dziś nie bardzo rozumiem dlaczego, że był to mój ostatni przyjazd na Kullaberg w roku 2003.


* * *


Od listopada 2003 do lutego 2004 miałem w Bibliotece Väster w Lund wystawę ponad 40 fotografii. Większość z nich była z Kullabergu, a z nich tylko dziewięć (mniej niż chciałbym), było z roku 2003. Tyle zrobił mi w prezencie Anders Ekström w FotoFort, mój fotograficzny sponsor w Lund. Wybrałem tylko te mi najbliższe, z którymi czuję się emocjonalnie najbardziej związany.


Wszystkie zdjęcia Andrzej Kobos;   © 2003











Copyright © 2004   Andrew Kobos