Duża liczba zdjęć będących nieodzowną wizualizacją poniższego tekstu zmusiła mnie do zamieszczenia ich w miniaturowym formacie, gdyż inaczej czas ładowania tej strony mógłby być bardzo długi. Te same zdjęcia można obejrzeć klikając na poszczególne miniatury. To otworzy odpowiednie strony z mojej galerii fotograficznej Kullaberg. Nie mniej, po obejrzeniu danej oddzielnej strony z większym zdjęciem należy ją zamknąć dla uniknięcia przeładowania ekranu.

Niezależnie od tego, gorąco zachęcam Czytelników do obejrzenia tej galerii w całości, korzystając z menu w ramce po lewej stronie ekranu.     (AMK)






DZIENNIK Z KULLABERG   (2001 – 2002)





ANDRZEJ M. KOBOS



                                                            Piotrowi Kobosowi,
mojemu synowi w Edmonton,
z kochającymi myślami
z dalekiego kraju.


Inicjacja

Lipiec 2000

Jestem na Kullaberg po raz pierwszy. W pochmurnym dniu, Barbara i ja przechodzimy czerwony szlak i część niebieskiego, wyłącznie na górze urwiska. Uderza mnie piękno lasu, szczególnie jego części bukowej.


Las bukowy

W pobliżu latarni morskiej widzimy z góry dwie zatoczki, ograniczone klifami, których piękność jest oczywista nawet z dystansu z góry. – "Muszę tu przyjść znowu i zejść do tych zatoczek, jeśli kiedyś wrócę do Szwecji" – postanawiam.



Dziennik

8 października, 2001

W trzy miesiące po ślubie z Barbarą, przenoszę się do Szwecji z Kanady, z Edmonton do Lund – miasta położonego około 110 km na południe od Kullaberg.


13 października, 2001

Mniej niż w tydzień od mojego przyjazdu, w słoneczną sobotę jadę na Kullaberg. Zmylone niejasnym oznakowaniem szlaku i równie zamazanymi moimi wspomnieniami szlaku sprzed ponad roku, moje zamierzone skróty okazują się dłużyznami. W końcu dochodzę do niebieskiego szlaku. Znowu tu jestem, pośród pięknego jesiennego lasu, kolorowych buków, pni i głazów pokrytych grubym mchem.


Buki

Migawka mojego Nikona klika często. Zaczyna się moja długotrwała więź z Kullabergiem. Natychmiast zdaję sobie sprawę, że to miejsce będzie moją ucieczką.

Schodzę stromo do trzech zatoczek, Käringmalen, Josefinelust i Djupadal. Nawet ze sztucznymi ułatwieniami, jak drewniane stopnie, drewniane lub metalowe poręcze i liny poręczowe, schodzenie stromo po najczęściej mokrych żlebach i zboczach klifów wymaga pewnej uwagi. Lecz gdy tylko osiągam dno, tj. kamienne plaże zatoczek, widok klifów, kamieni i morza staje się absolutnie zapierający dech. Skały wychodzą dość daleko w morze, jak rafy. Chociaż dzień jest słoneczny, to zatoczki i tuż przyległe morze są w cieniu. Południowe (od strony morza) urwisko okazuje się po prostu za wysokie i zbyt strome, aby niskie październikowe słońce mogło sięgnąć plaż i zamykających je klifów. Barwy skał klifów wyraźnie różnią się od zatoczki do zatoczki, chociaż te nie są odległe od siebie więcej niż kilometr wzdłuż tego samego wybrzeża. Käringmalen ma głównie brązowawe skały, Josefinelust czerwonawe, a Djupadal (najgłębiej leżący) niebieskawe i żółtawe.


Zachodni klif
Käringmalen

Zachodni klif z "psem"
Djupadal
Później okaże się, że te różnice w kolorach utrzymują się nawet na wiosnę i latem, chociaż odcienie zmienią się. Także kolory kamieni na plażach różnią się, od bardzo jasnych, bladoróżowych w Käringmalen poprzez czerwone w Josefinelust do niebieskawych w Djupadal.

Gdy wracam do domu, odkrywam na ciele całkiem sporo kleszczy. Niebezpieczna i potencjalnie śmiertelna sprawa. Następnego dnia lekarz usuwa mi je chirurgicznie. Jestem na antybiotykach przez następne dziesięć dni.


7 maja, 2002

Jest wiosna na tym w zimie smaganym wichrami i zazwyczaj mglistym urwisku. Dzień jest słoneczny i wcześnie dochodzę do niebieskiego szlaku. Płycej leżące zatoczki są w słońcu, kolory skał są jaśniejsze niż poprzedniej jesieni, ale największe wrażenie robi las na górze urwiska. Pąki drzew właśnie rozwarły się listkami, ich świeża zieleń jest cudowna. Mech na starych, pomarszczonych pniach i głazach także zazielenia się, pozbywając się zimowej brunatności. Przyroda właśnie obudziła się i życie wraca na Kullaberg w swoim odwiecznym, dorocznym cyklu.


"Znowu do życia I"


"Znowu do życia II"
Moje największe odkrycie ma miejsce na polance u wylotu zejścia do zatoczki Josefinelust: kolonia pni gęsto pokrytych hubą – grzybami rosnącymi w dół i na bok na pniach umierających lub umarłych drzewach. Większość pni jest powalonych i po części spróchniałych, ale jeden stoi pionowo, wysoki z odłamaną koroną. Wygląda jak totem Indian Haida na kanadyjskich Queen Charlotte Islands na Pacyfiku. Co za uczta dla kochającego drzewa fotografa, jak ja!

Totem Kullabergu

Huby
Ale wczesny maj okazuje się ciągle za wcześnie by promienie słońca dosięgły plaży i skał zatoczki Djupadal. Nie bez przyczyny "Djupadal" znaczy "głęboka dolina". Zatoczka jest w cieniu, lecz jej wyraźnie dostrzegalne szczegóły są majestatyczne. Przy wejściu od góry do zatoczki leży olbrzymi kamień, jakby blokujący wejście, podczas gdy przyległa brązowoczerwona skała wygląda jak gigantyczna głowa o wyraźnym profilu starego mędrca. Zupełna magia!

"Magia Djupadal"

"Nie wchodzić!"
Niebieskawe kolory poprzedniej jesieni teraz stały się bardziej brązowe, a obłe kamienie na plaży jakby wybielone. W pewnej odległości na zachód, na klifie jak wieża na granicy morza, a także na małych skałach wystających z wody, siedzą wielkie mewy – albatrosy. Ich krakanie dobiega plaży.


"Wieża"
Djupadal

Na zachodnim skraju plaży, czarny głaz w kształcie psa zmieniła się z granatowej na czarno-brązową. Klify nadal wyglądają wręcz zagrażająco. Pod wodą opadają one stromo do głęboko leżącego dna. Po wschodniej stronie plaży leży inny ogromny głaz, jak pięść, jakby odłamany z klifu i odrzucony przez jakąś straszliwą siłę.


"Pies"
Djupadal

"Pięść"
Djupadal
Jedna z pionowych skał wschodniego klifu pokryta jest wyschniętymi żółtymi glonami i tworzy maleńką sadzawkę o kamienistym dnie. Miniatura jakiegoś majestatycznego miejsca; przychodzi mi na myśl laguna w Fitzroy Range w Patagonii.


"Laguna"
Djupadal


Wspinam się z powrotem na szlak i kieruję się na zachód do zatoczki Josefinelust. Skały jej zachodniego klifu są wyraźnie czerwonawe. Z bliska, ściana jednej ze skał tego klifu przypomina skalną ścianę jakiegoś szczytu we włoskich Dolomitach. Wschodnia część plaży zatoczki pokryta jest dużymi głazami rumowiska skalnego, podczas gdy dalej w morze wschodni klif ma stromy i gładki stok, zbudowany z wielkich skalnych płyt.

"Dolomity"
Josefinelust

"Dolomity"
Josefinelust

"Skalny stok"
Josefinelust
W płycej i mniej stromo leżącej zatoczce Käringmalen klify i plaża zalane są słońcem. Na kamienistej plaży, wystające, niziutkie skałki o wymyślnych kształtach wyerodowanych przez wodę są wyraźnie rozróżnialne. Niektóre z nich pokryte są świeżymi morskimi wodorostami i glonami.

Skałki I
Käringmalen

Skałki II
Käringmalen
Na przeciwko wschodniego klifu znajduje się skupisko małych skał, jakby cypel. Jedna pionowo wystająca tam skała jest szczególnie uderzająca, znowu przypominając kanciasty profil głowy starca.

Käringmalen
 

"Stary człowiek i morze"
Käringmalen

"Przyczółek"
Käringmalen
Oświetlone słońcem małe skały wrośnięte w plażę, o głębokich cieniach ich zawiłych fałdów, wyglądają jak wyrzucone przez morze potwory morskie: rozkraczona ośmiornica, rekin z przerażającym okiem, szczypce homara. Inna skałka tuż w wodzie przypomina dużego żółwia, jak z Galapagos, i jest otoczona wodorostami, jakby zapasem żywności.

"Ośmiornica"
Käringmalen

"Rekin",
Käringmalen

"Żółw"
Käringmalen
Na zachód, górna krawędź klifu mogłaby służyć za grzebień jakiemuś morskiemu potworowi. Przed tym klifem leży ogromna oddzielna skała, jak gigantyczna misa z poszarpanym brzegiem.

"Grzebień"
Käringmalen

"Misa"
Käringmalen
Pajęczyna połączonych mini-wąwozów w skalnym podłożu wygląda jak tunel czasu z jakiegoś filmu science-fiction.


"Tunel czasu"
Käringmalen

Barwy kamieni na plaży, obłych jak pączki albo jajka, sięgają od różowej do niebieskiej, z ciemnymi żyłami wtopionymi w ich powierzchnie. Szczególnie urzekająca jest granica między lądem a morzem, zmieniająca swoje położenie z każdą falą dobiegającą brzegu.



"Między lądem a morzem"
Visitgrottan

"Między lądem a morzem"
Käringmalen
Kamienie na plaży wyglądają całkiem inaczej gdy suche albo mokre, z natężeniem i gamą kolorów wyraźnie większą u mokrych. Dotykając dłonią czuje się je również całkiem inaczej, mokre są znowu o wiele przyjemniejsze. Promienie słońca grają misterną grę kolorów i połyskujących refrakcyjnych wzorów, na płyciutkiej, podobnej do folii, warstwie wody ponad kamieniami plaży.

"Między lądem a morzem"
Käringmalen

"Między lądem a morzem"
Djupadal
Dalej na zachód, schodzę ze szlaku do następnej zatoczki, zwanej Visitgrottan. Fotografuję leżący na plaży wielki trapezoidalny głaz przypominający pojemnik na gruz oraz wielkie skały w morzu. Jedna z nich zupełnie przypomina południową ścianę Matterhornu.

"Gruz"
Visitgrottan

"Matterhorn"
Visitgrottan
Na tej plaży efekt glonów jest wręcz niewiarygodny, szczególnie na jednym głazie, wystającym z wody, który ja nazwałem "Wartownik". Kamienie na granicy morza i lądu, otoczone pianą bąbelków, wyglądają zadziwiająco.

"Wartownik"
Visitgrottan

"Między lądem a morzem"
Visitgrottan
Nie idę dalej wzdłuż linii morza aż do groty. Po prostu robi się już zbyt późno.


18 czerwca, 2002

Pamiętając gigantyczną głowę skalną w Djupadal, zachodzę tam znowu. Tym razem, tuż przed Środkiem Lata, słońce jest wystarczająco wysoko by zalać Djupadal swą światłością. Nad morzem są małe pierzaste chmury – cirrusy. Filtr polaryzacyjny pomaga mi zrobić wspaniałe zdjęcia tej magicznej głowy mędrca zamienionego w kamień.


"Mędrzec"
Djupadal

"Pies"
Djupadal
Na kamienistej plaży świetlne kontrasty są bardzo wysokie. Mój ulubiony kamienny pies tym razem wygląda jeszcze inaczej - jest czarny.

I gdy tutaj, w Djupadal, fotografuję tego psa, z góry zjawia się mężczyzna z prawdziwym, dużym ale przyjaznym, czarnym psem. Poza nami dwoma nie ma w zatoczce nikogo. Zaczynamy rozmowę po angielsku. – "No, to mamy tu teraz dwa duże psy" – mówię do niego, z moim kamiennym psem za plecami. – "Gdzie jest pański pies?", pyta ów człowiek, rozglądając się wokół nieco zaniepokojony. – "Tam." – odpowiadam wskazując kciukiem do tyłu przez ramię. Mija minuta lub dwie i mężczyzna pyta znowu: – "Czy pański pies to jest on, czy ona?" – "Chciałbym to wiedzieć." – odpowiadam. Człowiek staje się zupełnie zaskoczony i strapiony. – "Więc, gdzie jest ten pana pies?". W końcu odwracam się i wskazuję mu mojego, twardego jak skała czarnego psa.

* * *

W ogólności, w zatoczkach i na szlaku nie widziałem zbyt wielu rzeczy zrobionych przez człowieka, poza zabezpieczeniami zejścia do zatoczek. Dostrzegłem raczej niewiele śmieci na plażach zatoczek, kilka ławeczek i drewnianych oznakowań na północnym szlaku i, sporadycznie, jakąś odpiłowaną z drzewa gałąź. Jednakże, w każdej zatoczce napotykałem na białe, obłe kamienie, ułożone na większych głazach lub na naturalnych małych półeczkach skalnych w ścianach klifu. Oczywiście są to "pamiątki" po czyjejś tutaj obecności, jakby symboliczne zapewnienie sobie powrotu tutaj. W Djupadal sam ułożyłem podobny kamień. Tam też, na wystającej na plaży skale widziałem samotny i szczególnie duży taki kamień, stojący pionowo, jak ogromne jajko Kolumba. Tak, jak ofiara dla jakiegoś pogańskiego boga.


"Ofiara"
Djupadal


* * *

Później tego dnia, dochodzę do najbardziej na zachód wysuniętego punktu półwyspu, można rzec na przylądek. Moim celem jest sfotografowanie zagajników małych drzew, jak kosodrzewina. Na gołym, wichrowym, otwartym plateau, wśród głazów, niskie jak krzaki drzewa, przez uderzenia wichru znacznie przechylone w kierunku głębi lądu, tworzą na ziemi niezwykłą, jakby pełzającą plątaninę nagich, powykręcanych gałęzi. Oświetlone wczesnowieczornym słońcem, wyglądają prawie czerwone.

"Wiatrem smagane"

"Pełzanie"
23 lipca, 2002
Moja następna wyprawa na Kullaberg, tym razem z Barbarą, kończy się w Mölle. Niespodziewana, silna burza zmusza nas do odwrotu następnym autobusem do Höganäs (znanego w całym świecie z wyrabianej tam wspaniałej ceramiki) a stamtąd do Helsingborga, miasta naprzeciw, przez cieśninę, duńskiego Helsignoru z zamkiem Hamleta.


5 sierpnia, 2002

Zaczynam od Josefinelust. Fotografuję skały zachodniego klifu przypominające Dolomity.

W Käringmalen, gdzie morze jest wyjątkowo nieruchome, płaskie i niezwykle niebieskie, fotografuję znowu. Wracam na szlak i schodzę do zatoczki Visitgrottan. Tym razem idę na zachód po skalistej plaży wśród głazów aż do groty.

Po głazach posuwam się na zachód. Za niskim skalnym grzbietem nagle otwiera się wspaniały widok. Z morza wychodzi pionowo kilka wielkich skał, o kształtach bardziej regularnych niż zwykle, prawie trapezoidalnych. Na wybrzeżu, z dość gładkiego skalnego podłoża wystaje pionowo kilka skał. Jedna z nich, stożkowata, lub może falliczna w kształcie, robi szczególne wrażenie.


"Z morza zrodzone"
Visitgrottan

"Falus"
Visitgrottan
Sceneria jest idealnie oświetlona słońcem a niebo z rzadka usiane chmurami; wszystko to oferuje fotograficzną ucztę. W końcu, nieco wyżej, w niebieskawym, powikłanie spękanym klifie otwiera się grota. Trzeba odbyć do niej drobną wspinaczkę po skale. Grota okazuje się spektakularna, szczególnie gdy patrzeć z jej wnętrza.


Z groty
Visitgrottan

Wracam na górę. Lasem idę na zachód, mijam latarnię morską. Niedaleko od niej, trzymając się grubej liny, po prostu przywiązanej do drzewa i leżącej na błotnistej ziemi, opuszczam się szerokim ale stromym żlebem do innej zatoczki, którą widziałem z góry w roku 2000, a której nazwy nawet nie jestem zupełnie pewny: być może Kullalå. Na dole okazuje się być szeroka i długa, nietypowa spośród zatoczek Kullabergu. Dochodzę do plaży zasłanej wielkimi, czarnymi głazami. Niemal wprost pod zachodzące słońce, bardzo blisko brzegu leży wyspa z brązowoczarnej, litej skały.


Kullalå

Wyspa
Klif na samym morzem ma jakby piętra, spękane poziomy. Idąc taką półką, blisko misternie popękanej lewej ściany i nieco w góre w stronę trawiastej górnej partii zbocza, dochodzę do szeroko otwartej groty, która robi mniejsze wrażenie niż oczekiwałem.


"Sieć pęknięć"
Kullalå

W prawo, nieco dalej na południowy-zachód, półki klifu zdają się wyprowadzać nad inną zatoczkę, która chyba nie jest dostępna, przynajmniej łatwo. Moją eksplorację tego rejonu pozostawiam na następny rok. Przed powrotem w rejon latarni, dochodzę do wschodniego krańca zatoczki. Olbrzymi pionowy głaz przypomina krzywą wieżę.


"Krzywa wieża"
Kullalå



21-22 września, 2002

Z okazji "Kulturnatten" (Nocy Kultury) w Lund, mam dużą wystawę fotograficzną "Den Magiska Skåne" (Magiczna Skania) sponsorowaną przez Andersa Ekström'a i jego laboratorium fotograficzne "FotoFort" w Lund. Prawie połowa z 71 kolorowych powiększeń pokazuje Kullaberg, a pozostałe inne miejsca na wybrzeżu Skanii, a także niezwykle wyglądające drzewa, głównie w szczegółach. Słyszę wiele pochwał i pytań takich jak: "Skąd się tu znalazłem?" "Dlaczego robię takie zdjęcia?" "Co widzę w tych skałach i drzewach?" "Jak świeże i niezwykłe spojrzenie!" "Dlaczego przede wszystkim szczegóły?" "Dlaczego sama surowość, a nic z idyllicznego krajobrazu, dla którego Szwecja jest znana z widokówek?"



Wystawa fotograficzna "Magiczna Skania"
Lund, wrzesień 2002


7 października, 2002

Tego pięknego choć wietrznego i zimnego dnia moja ostatnia podróż na Kullaberg w 2002 roku. Noszę z sobą statyw. Tym razem postanawiam sprobować dostać się do bardzo pięknej i dzikiej zatoczki o nazwie Sockertoppen, na zachód od Djupadal, w stronę Josefinelust. Nie ma tam zejścia z góry, z niebieskiego szlaku, a wspinanie się przez klify wzdłuż morza z Djupadal byłoby niebezpieczne. Dochodzę do wylotu Djupadal i kieruję się przez las pod górę na północny-zachód, mając nadzieję osiągnąć co najmniej wylot Sockertoppen i wybadać możliwości zejścia do tej zatoczki. Po godzinie przedzierania się przez krzaki i ciernie maliniaków, poddaję się. Wysoko ze zbocza już w dół, widzę tylko "od zewnątrz" zachodnie obrzeże Djupadal i fale morza z siłą rozbijające się o jego klif.


Obrzeże Djupadal

Staje się dla mnie jasne, że nie będę w stanie osiągnąć Sockertoppen z góry, co najmniej bez pomocy jakiegoś przewodnika i wspinacza. Planuję wynająć w przyszłym roku motorówkę i dostać się tam od strony morza by zobaczyć i sfotografować klify i morskie skały o zaskakujących kształtach, jak np. "Kapelusz Napoleona".

A na razie, kilka znakomitych zdjęć umierających i powalonych drzew rekompensuje moje nieudane wysiłki.


"Umieranie drzewa"

"Śmierć drzewa"
Z punktu wyjściowego nie schodzę do zacienionego Djupadal, lecz decyduję się iść znowu do Käringmalen w nadziei zastania tam dobrych warunków fotograficznych. Po drodze, w lesie fotografuję pokryte mchem pnie, pogmatwane gałęzie, powalone i gnijące pnie, światło słoneczne przenikające przez jesienne liście. Jedno miejsce w lesie pobliżu zejścia do Josefinelust wygląda jak z baśni lub powieści Tolkiena.

"Próchno"

"Światłość w październiku"

"Tolkienowski Kullaberg"
Rzeczywiście, gdy około 3:30 popołudniu dochodzę do plaży w Käringmalen, zastaję jeszcze słońce na górnych partiach wschodnich klifów, choć większość zatoczki jest już w głębokim cieniu. Klify na zachód są bardzo ciemne. Lecz tym razem mam statyw. Morze jest dosyć wzburzone, ryczące w silnym wietrze, ciemnoniebiesko-zielone, jakby fluoryzujące w niskim słońcu od zachodu. Co za kontrast z gładkim, prawie nieruchomym morzem dwa miesiące wcześniej, w sierpniu!

Zmrok w Käringmalen

Morze w Käringmalen
Głazy w morzu, o kształtach żółwia i foki są teraz granatowe jak nocne niebo, a ich górne krawędzie "żarzą się" na tle wzburzonego, choć jaśniejszego morza. Skały plaży przypominające ośmiornicę i rekina prawie zniknęły pod grubą warstwą martwej trawy morskiej naniesionej falami. Cała sceneria wygląda zupełnie inaczej niż w lecie; niesamowicie surowo i wręcz zagrażająco. - "To jest księżycowy krajobraz", powtarzam do siebie. Tylko, że morze jest prawdziwe i mokre.

"Żółw"
Käringmalen

"Foka"
Käringmalen

"Księżycowy pejzaż z morzem"
Käringmalen
Wojując w zimnym wietrze by wypoziomować głowicę statywu, nagle mam moje wędrownicze buty pełne zimnej morskiej wody Kattegat. Nasiąknięte buty prawie wyschną od ciepła mojego ciała zanim po czterech godzinach zjawię się w domu, lecz po dwóch dniach zapłacę za to zapaleniem oskrzeli.

Nigdy nie spotykałem wielu ludzi w zatoczkach, szczególnie w tych bardziej odległych od latarni morskiej. Ale tego październikowego dnia na kilkukilometrowym szlaku nie napotkałem żywej duszy. Nawet ptaka. Co za wspaniałe odosobnienie!



Dlaczego Kullaberg ?

Dlaczego często jeżdzę do tego raczej opustoszałego miejsca?

Najprostszą, krótką i natychmiastową odpowiedzią byłoby "aby fotografować", dla czystej przyjemności samego fotografowania, którą znam aż nazbyt dobrze. Lecz przecież wszystkich skał ani wszystkich drzew i tak nie sfotografuję.

Wracam tam bardziej po to, aby po prostu być wśród groźnych skał, które zmieniają kolory w zależności od pory roku, pogody, oświetlenia i położenia słońca; aby być w opustoszałych zatoczkach, na pustych, kamienistych i skalistych plażach; aby patrzeć na subtelną strukturę skał klifów i obłych kamieni plaż; aby dotykać suchych i mokrych kamieni o różnych kolorach i odcieniach, aby widzieć zachodzące nad morzem słońcem; aby słuchać zmieniającego barwę morza, które raz może szeptać a innym razem ryczeć; aby znaleźć się w pięknym, starym, zróżnicowanym lesie; aby podziwiać surowość kształtów drzew i form skalnych.




Jest dla mnie wielkim, choć pokornym doświadczeniem, przede wszystkim duchowym, aby być z Przyrodą, rozmawiać z Przyrodą, z życiem. I by moim aparatem fotograficznym wydobywać, lub raczej w jakiś sposób transformować Naturę, jej niewypowiedzialną tajemniczość i potęgę.

A ponad wszystko jeżdżę na Kullaberg aby znaleźć osamotnienie w Przyrodzie, aby odnowić moją duszę.


Wszystkie zdjęcia Andrzej Kobos;   © 2002











Copyright © 2002-2004   Andrew Kobos