PROCES
Der Prozess
Fragmenty
FRANZ KAFKA
[...]Ten pokój, jak K. dobrze o tym wiedział, zamieszkiwała od niedawna niejaka panna Bürstner, stenotypistka, która zwykła była bardzo wcześnie wychodzić do pracy, późno wracała do domu i z którą K. zamienił był zaledwie parę razy pozdrowienia. Teraz wysunięto na środek pokoju stolik nocny sprzed jej łóżka, niby stół na rozprawie sądowej, i za nim zasiadł nadzorca Założył nogę na nogę i jedno ramię oparł na poręczy krzesła.
W jednym kącie pokoju stali trzej młodzi ludzie i przypatrywali się fotografiom panny Bürstner, zatkniętym w wiszącą na ścianie trzcinową matę. Na klamce otwartego okna wisiała biała bluzka. Z okna naprzeciw znowu wychylali się oboje starzy, ale grupa powiększyła się, bo za nimi stał znacznie od nich wyższy mężczyzna z rozpiętą na piersiach koszulą, który przebierał palcami w swojej rudawej, spiczastej bródce.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
*
– Proszę – odpowiedziała młoda kobieta z błyszczącymi, czarnymi oczami, która prała właśnie w balii dziecięcą bieliznę i mokrą ręką wskazała otwarte drzwi sąsiedniego pokoju.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
*
Na drugim końcu sali, dokąd został zaprowadzony, na bardzo niskim, równie przepełnionym podium stał ustawiony na poprzek mały stół, a za nim blisko krawędzi podium siedział mały, gruby, sapiący mężczyzna, który rozmawiał wśród wybuchów śmiechu z kimś stojącym za sobą – oparł łokcie na poręczy krzesła i skrzyżował nogi. Od czasu do czasu siedzący wyrzucał w powietrze rękę, jak gdyby kogoś małpował. Chłopak, który prowadził K., próbował, nie bez trudu, zgłosić jego przybycie. Dwa razy usiłował wspiąwszy się na palce coś powiedzieć, ale człowiek z podium nie zwracał na niego uwagi.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
*
Prawie wszyscy czekający zebrali się teraz wokół człowieka, który już przestał krzyczeć, widocznie wypytywali go dokładnie o zajście. Naprzeciw K. wyszedł jakiś strażnik, którego można było poznać głównie po szabli o pochwie, jak się zdawało, z barwy sądząc aluminiowej. K. zdziwił się i chwycił nawet szablę ręką. Strażnik, który przyszedł usłyszawszy krzyk, zapytał, co zaszło. Woźny starał się go kilkoma słowami uspokoić, ale strażnik oświadczył, że sam będzie musiał sprawdzić, zasalutował i poszedł dalej pośpiesznym, ale bardzo drobnym, widocznie przez podagrę hamowanym krokiem.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
*
Panna Montag poszła za nim kilka kroków, jak gdyby mu nie całkiem dowierzała. Ale przed drzwiami musieli oboje się cofnąć, bo otworzyły się i wszedł kapitan Lanz. K. widział go z bliska po raz pierwszy. Był to wysoki mężczyzna, mniej więcej czterdziestoletni, o opalonej na brąz miedzianej twarzy. Złożył lekki ukłon, który odnosił się także do K., podszedł potem do panny Montag i ucałował z uszanowaniem jej rękę. Ruchy jego były sprawne i swobodne. Jego grzeczność wobec panny Montag jaskrawo odbijała od traktowania, jakiego doznała od K.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
*
– Tak jest dobrze – powiedziała i usadowiła się wygodnie na jego kolanach, wygładziła spódnicę i obciągnęła bluzkę. Potem uwiesiła się obiema rękami na jego szyi, przechyliła się w tył i długo wpatrywała się w niego.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
*
– Och! – zawołała natychmiast – pan mię pocałował! – Spiesznie, z otwartymi ustami wdrapała się kolanami na jego kolana. K. przyglądał się jej prawie przestraszony; teraz gdy była tak blisko, szedł od niej gorzki, podniecający zapach, podobny do zapachu pieprzu. Przytuliła jego głowę do siebie, przechyliła się nad nią i gryzła, całowała jego szyję, gryzła nawet jego włosy.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
*
Gdy obaj stali oparci o biurko i fabrykant gotował się do pozyskania wicedyrektora dla swej sprawy, miał K. uczucie, jakby ci dwaj mężowie, których postacie mimo woli wyolbrzymiał, pertraktowali nad jego głową w sprawie jego losu. Powoli podnosząc oczy badał ostrożnie wzrokiem, co się tam w górze nad nim działo, wziął nie patrząc jeden z papierów z biurka, położył go na wyciągniętej płasko dłoni, po czym wstając podniósł go ku obu panom. Nie myślał przy tym nic określonego, kierowało nim tylko uczucie, że tak musiałby się zachować, gdyby kiedyś ukończył swe wielkie podanie, które go miało całkiem z winy oczyścić.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
*
– Niech pan bez żenady wejdzie na łóżko – rzekł – robi to każdy, kto tu wchodzi.K. byłby to zrobił i bez zaproszenia, postawił już nawet nogę na pierzynie, ale nagle wyjrzał przez otwarte drzwi i cofnął nogę z powrotem. – Cóż to jest? – zapytał malarza.
– Czemu się pan dziwi? – odpowiedział tamten, ze swej strony zdziwiony. – To są kancelarie sądowe. Kancelarie sądowe są przecież prawie na każdym strychu, dlaczegoż akurat tu miałoby ich nie być? Właściwie i moja pracownia należy także do kancelarii sądowych, ale sąd oddał mi ją do dyspozycji.
K. przeraził się nie tyle tego, że znalazł i tu kancelarie sądowe, ile swoje ignorancji w sprawach sądu. Jako podstawową regułę zachowania się oskarżonego uważał, aby być zawsze na wszystko gotowym, nie dać się nigdy zaskoczyć – i przeciw tej regule wciąż na nowo wykraczał. Przed nim rozciągał się długi korytarz, napływało zeń powietrze, z którym porównane powietrze pracowni wydawało się orzeźwiające.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
*
– On mu wypowiada! – zawołał kupiec, zeskoczył z krzesła i biegał dookoła kuchni ze wzniesionymi ramionami. Wciąż na nowo wykrzykiwał: – On wypowiada adwokatowi.Leni chciała od razu rzucić się na K., ale kupiec zabiegł jej drogę, za co uderzyła go pięściami. Jeszcze z zaciśniętymi pięściami pobiegła za K., który jednak mocno ją wyprzedził. Był już w pokoju adwokata, gdy go Leni dopędziła. Zamykał już za sobą drzwi, ale Leni, która nogą zastawiła otwarte skrzydło, chwyciła go za ramię i chciała go odciągnąć.
Rys. Andrzej Płoski, 1985.
*
Ale Block miał mimo wszystko poczucie honoru, przynajmniej w stosunku do K., bo podszedł do niego odgrażając się pięściami i krzyczał tak głośno, jak na to tylko mógł się odważyć w pobliżu adwokata:– Nie wolno panu tak ze mną mówić, nie jest to dozwolone. Dlaczego pan mnie obraża? I do tego jeszcze tu przed panem adwokatem, który nas obu, pana i mnie tylko z litości toleruje? Pan wcale nie jest lepszym człowiekiem ode mnie, bo pan także jest oskarżony i ma także proces. A jeśli pan mimo to jest jeszcze panem, to ja jestem takim samym panem, o ile nawet nie większym. I żądam też, by tak się do mnie odzywali wszyscy, zwłaszcza pan.
Rys. Andrzej Płoski, 1985.
*
Także i w katedrze było pusto, nikomu, rzecz jasna, nie przychodziło do głowy zajrzeć tu teraz. K. przebiegł obie boczne nawy, spotkał tylko starą kobietę, która owinięta w ciepłą chustę, klęczała przed obrazem Matki Boskiej i wpatrywała się weń. Z daleka zobaczył jeszcze jakiegoś kulejącego sługę kościelnego, znikającego we drzwiach w murze.
Rys. Andrzej Płoski, 1985.
*
Ponieważ był zmęczony i chciał usiąść, wrócił do katedry, znalazł na jednym stopniu mały strzęp, coś w rodzaju dywanika, przyciągnął go końcami nóg przed jakąś bliską ławkę, owinął się szczelniej w swój płaszcz, nastawił kołnierz w górę i usiadł. Aby się rozerwać, otworzył album, kartkował w nim trochę, ale musiał wkrótce zaprzestać, gdyż zrobiło się tak ciemno, że gdy podniósł oczy, ledwie mógł jakiś szczegół rozróżnić w bliskiej nawie bocznej.
Rys. Andrzej Płoski, 1985.
*
Wtem zauważył przypadkiem za najbliższym rzędem ławek jakiegoś sługę kościelnego, który stał tam w luźno wiszącym, fałdzistym czarnym surducie. Trzymając w lewej ręce tabakierkę, ów człowiek przyglądał mu się uważnie. "Czego on chce? – pomyślał K. – Czy wydaję mu się podejrzany? Czy chce napiwku?" Ale gdy kościelny spostrzegł, że K. zwrócił na niego uwagę, wskazał ręką – między dwoma palcami trzymał jeszcze szczyptę tabaki – w jakimś nieokreślonym kierunku. Jego zachowanie się było prawie niezrozumiałe. K. czekał jeszcze chwilę, lecz kościelny nie przestawał pokazywać czegoś ręką i potwierdzał to jeszcze kiwając głową."Czegóż on chce, u licha?" – spytał cicho K., nie śmiał tu wołać, ale potem wyjął portfel i zaczął przepychać się przez następną ławkę, by dojść do tego człowieka. Ten jednak uczynił natychmiast wzbraniający ruch ręką, wzruszył ramionami i pokuśtykał dalej.
Rys. Andrzej Płoski, 1985.
*
– Józefie K.!K stanął jak wryty i patrzał przed siebie na ziemię. Na razie był jeszcze wolny, mógł iść dalej i wymknąć się przez jedne z trzech małych drzwi drewnianych, które były niedaleko przed nim. Znaczyłoby to, że nie rozumiał albo że zrozumiał wprawdzie, lecz nie troszczy się o to. W razie gdyby się jednak odwrócił, był schwytany, bo przyznałby się tym samym, że dobrze zrozumiał, że rzeczywiście jest tym wzywanym, i że chce usłuchać.
Rys. Andrzej Płoski, 1985.
*
Logika wprawdzie jest niewzruszona, ale człowiekowi, który chce żyć, nie może się ona oprzeć. Gdzie był sędzia, którego nigdy nie widział? Gdzie był wysoki sąd, do którego nigdy nie doszedł? Podniósł ręce i rozwarł wszystkie palce.Ale na gardle jego spoczęły ręce jednego z panów, gdy drugi tymczasem wepchnął mu nóż w serce i dwa razy w nim obrócił. Gasnącymi oczyma widział jeszcze K., jak panowie, blisko przed jego twarzą, policzek przy policzku, śledzili ostateczne rozstrzygnięcie. "Jak pies!" – powiedział do siebie: było tak, jak gdyby wstyd miał go przeżyć.
Rys. Andrzej Płoski, 1984.
Z niemieckiego przełożył Bruno Schulz
Andrzej Płoski (ur. 1949) jest znanym polskim artystą-malarzem, grafikiem i ilustratorem książek. Wykształcony w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, od roku 1975 mieszka w Lund, w Szwecji.
|
|
| ||||