|
|
Dzień budził się bez wiatru, jak bezduszne morze bez fal. Bladoniebieskiego nieba nie zakrywała ani jedna chmura. Słońce było już wyraźne lecz bez ciepła. Przestworza bez przelatujących ptaków. Zupełna cisza, jeszcze trwającego snu. Śnieg leżał jak biały obrus, nieruchome drzewa stały jak posągi. Samotnie wędrowałam dróżkami parku, zostawiając za sobą wyraźne ślady. Mój cień wyprzedzał mnie, był moim drogowskazem. 1983 |